Het Monster. TRZYNAŚCIE BRAM. Historia nauk ezoterycznych „od Adama do dziś”.
P r z e d m o w a
Bez chytrości nauczyłem się,
Bez zazdrości wykładam.
Mądrość
Salomona, 6:13.
Książka ta powstała na podstawie kursu wykładów, które autor wygłosił w latach 1994–1995 na Uniwersytecie Historii Kultury. Autor od dawna nosił się z myślą, by w sposób złożony i obiektywny przedstawić historię powstania tego, co obecnie przyjęło się nazywać ezoteryzmem, gdyż dotąd nie istniało takie opracowanie.
Choć książek opisujących poglądy naszych przodków na różne ezoteryczne zagadnienia istnieje wiele, jednak żadna z nich nie spełnia zasady sformułowanej jeszcze przez Jamblicha: o ezoteryzmie należy mówić językiem ezoteryzmu, o filozofii zaś — językiem filozofii. Książki te opisują historię i treść nauk ezoterycznych z punktu widzenia (lub w ramach) historii filozofii, historii religii, a nawet „Historii przesądów i czarów”, jak znana praca Alfreda Lehmana. I choć ezoteryzm styka się ze wszystkimi tymi dziedzinami ludzkiej myśli, to jednak stanowi on odrębną gałąź świadomości ludzkiej, której lepsze zrozumienie wymaga podejścia właśnie ezoterycznego, czyli nie tyle uwzględniającego terminy i kategorie przyjęte przez ezoteryków, ile wolnego od przywiązania do któregoś z filozoficznych, religijnych czy „przesądno-czarowniczych” kierunków. Dlatego że ezoterykiem może być zarówno filozof (Ibn Arabi, F. Bacon), teolog (Orygenes, P. Fłorienski), jak i poeta lub pisarz (G. Chesterton, D. Andriejew) oraz zwyczajny szewc (Hassanlar, Jakub Böhme). Ponadto, na przestrzeni wieków ezoteryzm obrosł taką ilością legend i mitów, iż jego istota zatraciła się za nimi całkowicie, choć jest prosta i praktycznie jedyna w każdej epoce. Dlatego niniejszy kurs należałoby właściwie nazwać „Historia i sens nauk ezoterycznych”, ale rzecz nie w tytule.
Temat ten jest oczywiście bardzo obszerny i zasługuje nie na książkę, lecz na cały wielotomowy traktat na wzór Le monde primitif analyse et compare avec le monde moderne („Świat pierwotny analizowany i porównany ze światem współczesnym”) Antoine’a Court de Gébelina. Court de Gébelin, ani inni autorzy, którzy podejmowali się tego niezwykle trudnego zadania, jak wiadomo, nie dokończyli swej pracy — zapewne taki traktat w ogóle nie jest możliwy do ukończenia.
Dlatego autor ograniczył się do zadania, jeśli nie tak szlachetnego, to przynajmniej realnego. Książka ta stanowi popularne (a może raczej popularnonaukowe) przedstawienie rzeczywistej HISTORII rozwoju myśli ezoterycznej, bez pochylania się przed jej poszczególnymi prorokami czy kierunkami, ale i bez popadania w nadmierny krytycyzm wynikający z przywiązania do innych nurtów.
Dlatego też wykład okazał się naturalnie krótki i niepełny w tym sensie, że musiano pominąć wiele niezwykle interesujących szczegółów (szczególnie polemicznych). Autor został zmuszony ograniczyć się jedynie do tego, co uznał za najważniejsze. Można to w pewnym stopniu uznać za subiektywizm, gdyż inny autor z pewnością wyodrębniłby coś innego, zacytował innych autorów itp.
Wieloletnie doświadczenie pracy w dziedzinie filozofii, teologii i samej ezoteryki daje jednak autorowi prawo spodziewać się, że jego subiektywizm jest „mniej subiektywny” niż subiektywizm słuchaczy, którzy od razu i chętnie zaczęli krytykować jego wykłady. Co więcej, z reguły podobało im się wszystko oprócz tego, co dotyczyło ich specjalności: sinolodzy z zapałem słuchali o Indiach, Grecji, Afryce, zarzucając autorowi niepełne przedstawienie Chin, egiptolodzy dziękowali za informacje o różokrzyżowcach i masonach, ubolewając nad niedostatecznym uwzględnieniem bogactw starożytnej kultury egipskiej, buddyści i wisznuici byli niezadowoleni z suchego wykładu o poglądach ich indyjskich poprzedników, a teologowie wszystkich światowych religii, kręcąc głowami, krytykowali autora za „pozareligijność”. Nie wspominając już o współczesnych „wtajemniczonych”, którzy nie znoszą żadnych prób postawienia się NAD nauką, którą uważają za swoją ukochaną.
Autor, uważający się za ezoteryka z powołania, nie zaprzecza. Niech tak będzie. W końcu pisał i wygłaszał swe wykłady nie dla wyznawców/adeptów któregoś z kierunków, lecz dla ludzi, którzy jeszcze nic nie wiedzą, i dlatego starał się unikać „narzucania”, aby każdy mógł sam wybrać sobie naukę według własnego uznania, a nie było to zadaniem autora — skłaniania go do własnej wiary. Choć i taki „bagaż” posiada.
Autor jest wdzięczny założycielom Uniwersytetu Historii Kultury za to, że zmusił go do znalezienia czasu i podjęcia tej pracy. I niech nawet wyszła ona krótka i popularna („dla uczniów”), to jednak coś nowego znajdą w niej dla siebie współcześni filozofowie i teologowie, poeci i pisarze oraz zwyczajni szewcy. Bo tylko ten może uważać się za prawdziwego szewca, kto umie patrzeć ponad swoim butem.
Autor starał się także w miarę możliwości ujednolicić terminologię, której używają ezoterycy różnych kierunków, gdyż jest to bolączka, jeden z tych kamieni obrażenia, o które rozbijają się próby porozumienia między różnymi szkołami. Zresztą problem ten dotyczy nie tylko ezoteryzmu, lecz większości innych, w pełni akademickich nauk, i pozostaje tylko mieć nadzieję, że nadchodząca era Wodnika pomoże wszystkim badaczom się porozumieć.
Stąd też wynika pisownia słowa „świat” w znaczeniu „Wszechświat” (`o Kosmos) przez „i dziesiętne”, a słowa „świat” w znaczeniu „brak wojny” (`h’ Eirhnh) przez zwykłe „i”, jak dotąd przyjęte w pracach teologicznych: autorowi było tak wygodniej, a czytelnikowi nie zaszkodzi. Historia nauk ezoterycznych
1. Czym jest ezoteryzm
2. Kultury przednowe
3. Era Barana
4. Chiny i Tybet
5. Indie i Persja
6. Kultury egzotyczne (Bambara, Benin, Surinam, szamanizm)
7. Sumer i Babilon
8. Kabaliści i sufici
9. Grecy i barbarzyńcy
10. Europa chrześcijańska
11. XVIII wiek
12. XIX wiek
13. XX wiek
Het Monster. Historia nauk ezoterycznych
Wykład 1. Czym jest ezoteryzm
W etyce konfucjańskiej istniało pojęcie „czeng-ming”, dosłownie „naprawianie imion”, co oznaczało, że nazwa powinna odpowiadać istocie rzeczy. Problem jednolitości terminów, a raczej jej braku, od dawna dojrzał we wszystkich dziedzinach ludzkiej wiedzy, a ezoteryzm nie jest tu wyjątkiem. Dlatego chciałbym rozpocząć od zdefiniowania pojęć. Tym bardziej, że wiele z nich, do których się odwołamy w tym wykładzie, kilkakrotnie w ciągu naszej historii nabierało nowego życia.
***
Ludzie nigdy nie wątpili, że obok świata widzialnego istnieje także świat niewidzialny, choćby jak go nazywano. Na początku ludzkiej historii te dwa światy w ogóle nie były rozdzielane w ludzkiej świadomości: ludzie i bogowie współistnieli, każda rzecz miała duszę. Później nastąpiła pewna dyferencjacja, ale nadal łączyło je przekonanie o jedności praw, które rządzą tym i tamtym światem. Naukę o jedności tych praw nazywa się dziś ezoteryzmem.
EZOTERYZM, także. ezoteryka, ezoteryczny: słowa te pochodzą od gr. esoterikos, „wewnętrzny”. Termin powstał w epoce hellenistycznej (IV–III w. p.n.e.). Historycznie oznaczał on tajemną wiedzę, „WEWNĘTRZNĄ DOKTRYNĘ” religijnego, filozoficznego lub innego nauczania, dostępną jedynie po przejściu wyższych stopni inicjacji, w odróżnieniu od EGZOTERYCZNEJ, „zewnętrznej”, której studiowanie było nie tylko dostępne dla wszystkich, ale i nakładane jako obowiązek.
Porównaj: tajemne nauczanie i „ogólnokształcący program” Pitagorasa, batini i zahir u ismaelitów, chrześcijańskie tajemnice, z których w prawosławiu zarówno duchownym, jak i świeckim dostępne są wszystkie siedem, w katolicyzmie prawo to przysługuje jedynie duchowieństwu, różne stopnie inicjacji u masonów (od pierwszego do trzeciego u Francuzów i do trzydziestego trzeciego u Szkotów), wreszcie tajemnice Biura Politycznego, dostępne jedynie wąskiej elicie — z jednej strony, i powszechne zajęcia polityczne, które wielu z nas jeszcze pamięta — z drugiej. Wtajemniczony w ezoteryczną wiedzę musiał ją zachowywać w tajemnicy — i czuł się, rzecz jasna, wybranym, należącym do „elity”.
Dziś ezoteryzm to ogólna nazwa współczesnego nurtu lub, precyzyjniej, wyobrażenia o świecie i człowieku jako jedności makrokosmosu i mikrokosmosu, wykraczającego poza badanie samych tylko ich materialnych cech, metoda poznania „wewnętrznej istoty” wszystkich rzeczy, której miarą, jak wiadomo, jest człowiek.
Ponadto, od czasów „wielkiego mistyka” Kalliope (koniec XVIII wieku), a ostatecznie — madame Bławatskiej (koniec XIX wieku) oraz Aleistera Crowleya (początek XX wieku), w podstawie współczesnego ezoteryzmu leży porównawcze badanie nauk Wschodu i Zachodu, których celem jest pomoc człowiekowi w poznaniu przede wszystkim samego siebie, skoro już miarą wszystkich rzeczy jest on sam, gdyż bez tego nie zdoła on poznać niczego innego. A poznanie samego siebie, jak wiadomo, jest nie tylko najstarszym, ale i najtrudniejszym zadaniem, jakie kiedykolwiek stawiał człowiek. Nie bez powodu na świątyni Apollina w Delfach widniał napis: Gnwri se auton — „Poznaj samego siebie”.
Nazwa ta ostatecznie przyjęła się po drugiej wojnie światowej na Zachodzie jako termin mający zastąpić dwa analogiczne i, ogólnie rzecz biorąc, synonimiczne określenia, których znaczenie w tym czasie uległo zmianie: hermetyzm i okultyzm.
Jeśli nie wdawać się w szczegóły, to wszystkie trzy terminy oznaczają to samo: w ujęciu filozoficznym — pewien pogląd na świat, zakładający, że to, co niepoznane, a nawet uznane za niepoznawalne, wymaga równie szacunku i rygorystycznego podejścia naukowego, jak to, co już poznane lub uznane za poznawalne; w ujęciu praktycznym zaś — zbiór dyscyplin badających prawa wspólne dla obu sfer.
Jaka jest między nimi różnica?
Słowo „hermetyzm”, podobnie jak „ezoteryzm”, zostało wymyślone przez Greków w epoce hellenistycznej lub nieco wcześniej. Herodot (484–425 p.n.e.) opowiadał o egipskich kapłanach posiadających tajemną wiedzę, którą sprowadzano do pewnego Hermesa Trismegistosa, od którego imienia utworzono to słowo.
Od tego samego słowa, a ściślej — od imienia, pochodzi także pojęcie „hermeneutyka” — sztuka interpretacji świętych tekstów, nazwa „egzegeza”, przyjęta w praktyce prawosławnej (interpretacja Pisma Świętego), a także powszechnie znane słowo „hermetyczny” w znaczeniu „szczelnie zamknięty”.
Starożytni, a nawet Grecy epoki hellenistycznej, zapuszczając się w obce kraje, nie kłopocząc się hermeneutyką, czyli nie wnikając w szczegóły lokalnego panteonu, po prostu dopasowywali lokalnych bogów do swoich — głównie pod względem funkcji, choć funkcje greckich bogów z czasem również ulegały zmianom.
Wyobraźmy sobie sytuację: w czasach Aleksandra Macedońskiego do Egiptu przybywa uczony Grek. Prowadzą go do sanktuarium boga Thota (tak może on wymawiać to imię).
— Jak nazywa się wasz bóg? „Tłumacz”? On dał ludziom pismo, liczbę i umiejętność liczenia? W takim razie to Hermes!
U Egipcjan ten bóg nazywał się Dżuti (Ten), a centrum jego kultu znajdowało się w mieście Chmun na południu Egiptu, które Grecy nazywali Hermopolis. Był on bóstwem księżycowym, przedstawianym z dwoma rogami: rogi te służyły symbolem mądrości i nauczania. Później odbiło się to w (arabskim) przydomku Aleksandra Wielkiego: Zu-l-Karnajn (Dwurogi). Rogi (w postaci promieni światła) jako symbol mądrości zdobią także wizerunki proroka Mojżesza i niektórych innych wielkich reformatorów.
W rzeczywistości jednak, jak się wydaje, Ten był pierwotnie nie bogiem, lecz kapłanem świątyni starożytnego boga księżyca o tym samym imieniu (Ten, Dżuti) w tym mieście, uczonym. Historia zresztą pisana jest zawsze retrospektywnie, a im dalej od opisywanych wydarzeń, tym bardziej wydaje się ona znacząca i piękniejsza.
W końcu został ubóstwiony — najpierw przez Egipcjan, później przez Greków. Jednakże, w odróżnieniu od ich własnego boga Hermesa — starożytnego bóstwa akadyjskiego uosabiającego siły przyrody — Grecy nadali egipskiemu Hermesowi przydomek „Trzykrotnie Wielkiego” (Trismegistosa).
Na przełomie starożytności i epoki hellenistycznej powstały hermetyczne nauki, badające zjawiska jednego poziomu (sfery) bytu poprzez ich przejawy na innych poziomach zgodnie z zasadą podobieństwa. Zasada ta, inaczej zwana prawem podobieństwa (lub analogii, sympatii), została — według przekazów — odkryta przez samego Hermesa Trismegistosa i wyrażona w słynnej formule: „To, co w dole, podobne jest do tego, co na górze”.
Epoka hellenistyczna jest zresztą swego rodzaju wododziałem między starożytnym a nowym światem. Dlaczego — o tym powiemy później. Kiedy to było? Liczyć należy od Aleksandra Macedońskiego: 333 rok p.n.e., drei — drei — drei, bei Issos Keilerei, jak zapamiętywali niemieccy gimnazjaliści, zwycięstwo pod Issos.
Ci, którzy żyli przed tą epoką, wydają się nam ludźmi dość dzikimi, a przynajmniej dziwnymi. Aby się o tym przekonać, wystarczy spróbować przeczytać księgi Starego Testamentu napisane przed epoką Aleksandra lub, ściślej, przed czasami Ezdrasza i jego ucznia Nehemiasza (V w. p.n.e.). Współczesny człowiek nie rozumie logiki, którą kierowali się autorzy tych ksiąg i ich bohaterowie. Jak powiedział kiedyś Wiktor Wasiliewicz Biczkow, filozof i historyk kultury, „cały czas wydaje się, że byli to kosmici”. Nasza logika zaczyna się od Eklezjastesa.
Później do Hermesa jako uczonego, posiadacza tajemnej wiedzy, zwrócili się gnostycy. Klemens Aleksandryjski (III w. n.e.) uważał go za autora aż 42 dzieł o treści astrologiczno-kosmograficznej i religijnej. Do naszych czasów w greckich i łacińskich przekazach zachowały się: „O naturze bogów” (De natura deorum), „Poimandres albo o potędze i mądrości Bożej” (Poimandres sive de potestate et sapientia Dei) oraz słynna „Smaragdowa Tablica” (Tabula smaragdina). Szczegółowiej zob. np. Agapowa Z. Hermes — bóg poznania ziemi i nieba. Almanach „Hermes”, Moskwa, 1992.
Tak więc pod pojęciem hermetyzmu ludzie tamtej epoki rozumieli naukę, która powstała jako uznanie istnienia ukrytej, niepoznawalnej istoty rzeczy, dostępnej jedynie wtajemniczonym. Słowo „ezoteryzm” zaczęli natomiast stosować do siebie hierarchowie chrześcijańscy: uważali się oni za ezoteryków i nie bez powodu — jakież inne wyznanie może być bardziej ezoteryczne niż religia? — a pozostałych, włącznie z władcami, za egzoteryków. Nie bez powodu nawet święty Konstantyn, którego pamięć wraz z jego matką Heleną obchodzona jest dziś przez Cerkiew prawosławną 21 maja (3 czerwca), w dokumentach soboru nicejskiego (325) nazywany jest o ’episkopos twn ’exoterikwn — „Biskupem zewnętrznych”.
Hermetyzm jako nauka i termin przetrwał do przełomu poprzedniego i obecnego tysiąclecia, czyli do Wielkiej schizmy 1054 roku, kiedy papież rzymski (Lew IX) i patriarcha konstantynopolitański (Michał Kirularios) wzajemnie się ekskomunikowali. XI wiek był zresztą okresem ostatecznego ukształtowania się dogmatów we wszystkich trzech religiach światowych — judaizmie, chrześcijaństwie i islamie.
Konsekwencji tego było wiele, dla nas ważne jest to, że skoro ukształtowała się doktryna, to ukształtowało się także pojęcie tego, co do niej nie należy, czyli koncepcja dogmy i nie-dogmy. Dawniej znajomość przynajmniej podstaw hermetyzmu uważana była za oznakę wykształcenia i erudycji. W horoskopy można było wierzyć lub nie, ale umiano je układać — o tym świadczy choćby wybitny bizantyński pisarz i dworzanin Michał Psellos (1018–1078), współczesny wielkiej schizmie. Teraz zaś wiedza ta stała się podejrzana, zła („pogańska”, od łac. paganus). Prawo do kontaktu ze światem niewidzialnym zostało zmonopolizowane przez Kościół, wszyscy inni ezoterycy stali się rywalami, konkurentami, których likwidacja nie zwlekała — rozpoczęła się era palenia czarownic. Hermetyzm wraz z całym dziedzictwem antycznym został uznany za diabelszczyznę i zapomniany.
Wprawdzie odżył on wkrótce, i to także wraz z całym dziedzictwem antycznym, ale już pod inną nazwą: okultyzm.
Słowo „okultyzm” pochodzi od łac. occultus — „ukryty” i oznacza to samo nauczanie o istnieniu ukrytego związku między zdarzeniami i zjawiskami, niedającymi się w pełni wyjaśnić ani z punktu widzenia kanonicznej teologii, ani z punktu widzenia nauki racjonalnej.
W XII wieku rabi Abraham ben Dawid z Toledo zebrał starożytne teksty, uzupełnił je własnymi opracowaniami i przedstawił światu pierwszy zbiór nauk Kabały. W XIII wieku hrabia Bolsted, znany również jako Albert Wielki, zrzekł się godności biskupa i został nauczycielem nauk tajemnych. W XIV wieku Rajmund Lull stworzył swoje Ars Magna — „Wielką sztukę”, książkę o magii i alchemii. W XV wieku młody hrabia Pico della Mirandola zrozumiał, że świat widzialny i niewidzialny stanowią jedność, a najlepszym środkiem poznania nazwał Kabałę. W XVI wieku żołnierz o imieniu Henryk, za męstwo pasowany na rycerza na polu bitwy pod imieniem Korneliusz Agrippa z Nettersheim, napisał trzytomowe dzieło o tajemnej filozofii — De occulta philosophia, stając się w istocie założycielem współczesnego ezoteryzmu (znamy go jako Agrippę). W XVII wieku młody Benedykt Spinoza… Spinozie, prawda, bardziej wypada mówić w kursie historii religii.
Rozwój nauk przyrodniczych w XVI–XVII wieku (wynalazek teleskopu i mikroskopu, dwumian Newtona, system heliocentryczny) osłabił zainteresowanie okultyzmem, a wkrótce nastała epoka Oświecenia, której przedstawiciele zaczęli wypędzać z masowej świadomości nie tylko diabła, ale i Boga, a przy okazji, naturalnie, wraz z wodą wyrzucili i dziecko — nie jedno, a kilka. Nas, na razie, interesuje tylko jedno dziecko, mianowicie okultyzm: ponownie zapomniano o nim na prawie półtora wieku. Mam na myśli, rzecz jasna, jedynie wykształcone kręgi, gdyż wiara w cuda wśród ludu nigdy nie zanikła.
Odkrycie Urana (1784) zbiegło się z początkiem nowego okresu w historii ezoteryzmu. Pod koniec XVIII i szczególnie w XIX wieku okultyzm odrodził się z nową siłą dzięki poszukiwaniom filozoficznym członków licznych tajnych stowarzyszeń (różokrzyżowców, iluminatów, masonów), praktycznym potrzebom uczonych-przyrodników, głównie lekarzy (Mesmer, Gall, Hahnemann), oraz „odkryciu” przez Europejczyków wschodnich i własnych starożytnych nauk, przetworzonych na nowym poziomie teoretycznym (chiromancja, spirytyzm, teozofia).
Drogą wielu prób i błędów okultyści szukali sposobu połączenia starożytnych, w wielu przypadkach przestarzałych teorii z danymi ówczesnej nauki. Każde małe społeczeństwo tworzyło wówczas własny język pojęciowy. Różnice między tymi językami są odczuwalne do dziś. Problem w tym, że okultyzm popychał ich ku polityce. Ezoteryczny pogląd na świat jest filozofią człowieka wolnego od wszelkich przesądów, a początkujący studenci często mylili wyzwolenie duchowe z wyzwoleniem społecznym. Wystarczy wspomnieć rosyjskie związki dekabrystów, które powstały na bazie loży masońskich. Ale o masonach będzie jeszcze osobna mowa.
Tak czy inaczej, do końca XIX wieku okultyzm ukształtował się w większości jako spójny i w pełni naukowo uzasadniony światopogląd. Przez całe dziewiętnaste stulecie dokonano w nim ogromnego postępu we wszystkich dziedzinach. Pojawiło się wiele nowych dyscyplin. Jednak epoka fin de siècle („końca wieku”) i następujące po niej dwudziestolecie wojen i rewolucji ponownie pomieszały wszystkie szyki. Najpierw okultyzm stał się modą, po czym, rzecz jasna, pojawiło się mnóstwo jawnych oszustów i szarlatanów, a sprawa zakończyła się tym, że przestano traktować go poważnie. Zaczęto się z niego naśmiewać. Nawet Jaroslav Hašek w „Przygodach dobrego wojaka Szwejka” wprowadził postać kucharz-okultysty Jurasia. Zainteresowanie okultyzmem stało się dla ludzi wykształconych czymś wstydliwym.
W latach dwudziestych–trzydziestych rozpoczęła się nowa, jak dotąd ostatnia, faza rozwoju ezoteryzmu. Słowo „okultyzm”, które stało się obraźliwe, zostało zapomniane, a nazwy zaczęto dobierać na nowo.
Odzyskało siły od ciosów losu Towarzystwo Teozoficzne założone przez Helenę Bławatską. W Szwajcarii dr Rudolf Steiner założył świątynię antropozofii. W Ameryce powstał Instytut Parapsychologii, w Rosji zaś — cały kierunek naukowy zajmujący się badaniem możliwości człowieka (Biechtieriew). Naziści w Niemczech próbowali postawić na swoją służbę astrologów i jasnowidzów. W Anglii pod nazwą „Srebrnej Gwiazdy” odrodził się zakon „Złotej Świątyni”, założony pod koniec XIX wieku, i tak dalej.
Najrozumniejsi z możnowładców zaczęli uświadamiać sobie wartość ezoterycznej nauki. Wszystkie badania, które mogłyby w jakikolwiek sposób wpłynąć na układ sił na świecie lub na prestiż państwa, zaczęto subsydiować — i utajniać. Dotychczas cała ezoteryka, włącznie z Kościołem, przez tysiąclecia utrzymywała się jedynie z własnych dochodów i prywatnych, nawet jeśli królewskich, datków.
W latach drugiej wojny światowej rozwój ten uległ spowolnieniu, wielu ezoteryków zginęło. Jednak zaraz po wojnie odżył on i szybko poszedł naprzód. Powstało mnóstwo towarzystw i organizacji, centrów edukacyjnych, wydziałów, wydawnictw i sklepów, zaczęło ukazywać się coraz więcej nowych książek oraz wznowień starych. Pojawienie się komputerów pozwoliło stworzyć specjalne programy i bazy danych. Powstały nowe kierunki i dyscypliny, do starych teorii znaleziono nowe podejścia. I jakoś przyjęła się wówczas nazwa EZOTERYKA jako pewne określenie łączne. Początkowo, rzecz jasna, rozpowszechniła się ona za granicą, a po upadku socjalizmu — także u nas.
U nas, co prawda, ezoteryka rozkwitła wówczas bujnym kwiatem, jak na początku wieku. Ale to minie, i już mija.
Ogólnie rzecz biorąc, pomimo oczywistego uznania, ezoteryka zajmuje do dziś pozycję marginalną, niejako na peryferiach świadomości społecznej. Ezoteryzm jako filozofia jest przede wszystkim wygodny, gdyż pomaga wyjaśnić i zrozumieć wiele zjawisk, a także przewidywać ich rozwój. Spełnia zatem wymogi stawiane teorii (wiadomo, że teoria powinna nie tylko wyjaśniać, ale i przewidywać). Ponadto jej konstrukcje są piękne, a piękno jest kolejnym znakiem dobrej teorii. Zastosowania ezoterycznych dyscyplin są tym wygodniejsze, że pomagają znaleźć rozwiązania wielu praktycznych problemów.
Mimo to tysiącletnie piętno „hańby” jeszcze się nie zatarło. I choć królowie i prezydenci, mistrzowie sportu i służby specjalne, nie mówiąc już o zwykłych ludziach, z powodzeniem korzystają z usług uzdrowicieli i jasnowidzów, astrologów i wróżek, przyznawanie się do tego uchodzi za nie na miejscu. I chodzi tu nawet nie tyle o tajność, co o stanowisko nauki akademickiej, która niepostrzeżenie zajęła miejsce Kościoła jako strażnika obyczajów.
Nie jest tajemnicą, że wiele dziedzin współczesnej nauki przeżywa nie najlepsze czasy. Nie jest tajemnicą również to, że wielu jej przedstawicieli bardziej interesuje się własnym, niż cudzym sukcesem. Są jednak i sumienni uczeni, którzy nadal demaskują „te średniowieczne zabobony” jedynie dlatego, że swoją znajomością ezoteryki zawdzięczają taniej amerykańskiej literaturze, astrologowi-połamie lub lekarzowi-szarlatanowi.
Ale tak nie będzie zawsze. W historii ludzkości nadchodzi nowy przełom, „watershed”, i bardzo możliwe, że ludzie XXIII wieku będą postrzegać nas takimi samymi obcymi, jakimi wydajemy się mieszkańcy starożytnego Sumeru. Już w niedalekiej przyszłości, w XXI wieku, ezoteryczne nauki zajmą swoje miejsce w programach nauczania obok wszystkich innych. Przecież w rzeczywistości te i tamte są ze sobą ściśle powiązane. Przejście od dawnej logiki do nowej, choć już się rozpoczęło, zajmie kilka stuleci.
Ta prognoza opiera się na specjalnej chronologii przyjętej przez astrologów i ogólnie w współczesnym ezoteryzmie. Pewnie słyszeliście wyrażenie: „nastała era Wodnika”. Co to oznacza?
Zacznę od daleka. W II wieku naszej ery astronom Hipparch, żyjący na wyspie Rodos, odkrył zjawisko precesji, czyli przesunięcia punktu równonocy wiosennej.
Punktem równonocy wiosennej nazywa się punkt przecięcia równika niebieskiego z ekliptyką. Dzień, w którym Słońce przechodzi przez ten punkt, przechodząc z południowej półkuli niebieskiej do północnej, nazywa się dniem równonocy wiosennej, według współczesnego kalendarza — 21 marca. Od tego dnia w wielu starożytnych kalendarzach rozpoczynał się rok, a obecnie punkt ten stanowi początek układu współrzędnych niebieskich.
Otóż Hipparch porównał swoje obserwacje z astronomicznymi tabelami Egipcjan sprzed kilku stuleci i stwierdził, że ten punkt przesunął się. Obliczył również prędkość kątową jego ruchu. Wynosi ona około 50 sekund na rok. Oznacza to, że dla ziemskiego obserwatora cały pas gwiazdozbiorów zodiakalnych stopniowo się przesuwa: jeśli w epoce Hipparcha Słońce w tym dniu rzeczywiście wschodziło wraz ze znakiem Barana, to w naszych czasach wschodzi w tym dniu wraz ze znakiem Ryb, choć jego położenie względem równika i ekliptyki nie uległo zmianie. Za około dwa tysiące lat będzie wschodzić w tym dniu wraz ze znakiem Wodnika.
Na tym między innymi opierają swoją argumentację przeciwnicy astrologii:
– Astrolodzy twierdzą, że od 21 marca do 21 kwietnia Słońce znajduje się w znaku Barana, natomiast w rzeczywistości wchodzi do niego dopiero 18 kwietnia!
Tak jest w istocie, jednak w astrologii uwzględnia się nie gwiazdozbiory, a znaki Zodiaku. Gwiazdozbiory mają różną rozciągłość i rzeczywiście zmieniają swoje położenie, natomiast znaki to umowne sektory nieboskłonu, każdy po 30 stopni, odliczane od punktu równonocy wiosennej. Zatem ten punkt przesuwa się jedynie względem gwiazdozbiorów, natomiast znaki kolejno poruszają się wraz z nim, gdyż ich początek jest do niego przywiązany. Za dziesięć tysięcy lat w dniu równonocy wiosennej Słońce będzie wschodzić wraz ze znakiem Wagi, jednak dla astrologów osoby urodzone w ciągu miesiąca po tym dniu nadal będą miały „cechy Barana” – nie gwiazdozbioru Barana, który naturalnie nie posiada żadnych cech, a owego psychologicznego archetypu, opisywanego w literaturze jako „Baran”.
Przy prędkości 50 sekund kątowych na rok punkt równonocy wiosennej potrzebuje około dwóch tysięcy lat na przejście jednego gwiazdozbioru (a ściślej mówiąc, jednego znaku prawdziwego Zodiaku). W okresie mniej więcej od początku naszej ery do dzisiejszego dnia znajdował się w znaku Ryb. Przedtem przez około dwa tysiące lat przebywał w Baranie, czyli mniej więcej od czasów „wielkiej wędrówki ludów” w XX wieku p.n.e. aż do narodzenia Chrystusa. Dwa tysiące lat wcześniej znajdował się w Byku, i tak dalej. W najbliższej przyszłości przejdzie do znaku Wodnika.
Odpowiednio do tego historia ludzkości dzieli się na odcinki mniej więcej po dwa tysiące lat każdy: historia Sumerów i Egiptu do końca epoki Średniego Państwa – era Byka i byk jako symbol boskiej i królewskiej władzy, ok. 4000–ok. 2000 p.n.e.; następnie, po okresie wojen i zmian trwającym cztery–cztery stulecia, nastała era Barana – Asyria i Babilon, Hebrajczycy ze swoją kozą ofiarną i Grecy ze złotym runem, II i I tysiąclecie p.n.e.; potem ponownie okres zmian, czyli epoka hellenizmu i pierwszych gmin chrześcijańskich, znów trzy–cztery stulecia, i początek ery Ryb – jeśli pamiętacie, symbolem pierwszych chrześcijan były właśnie ryby.
Po erze Ryb powinna nadejść era Wodnika, której przejście już się rozpoczęło. Jeśli pominąć pierwszych jej zwiastunów, którzy pojawili się jeszcze w XIX wieku, to prawdziwy początek przypada dopiero na nasze czasy. Zajmie ona również trzy–cztery stulecia, dlatego jeszcze przed XXIII wiekiem mówienie o definitywnym odejściu ery Ryb będzie przedwczesne. O znaczeniu każdej z tych er porozmawiamy jeszcze, a wy sami możecie zajrzeć do literatury astrologicznej, by dowiedzieć się, czym jest archetyp Byka, Barana, Ryb i Wodnika.
Oczywiście, to podział umowny – podobnie jak podział historii na „epokę niewolnictwa”, „epokę feudalizmu” i tak dalej. Jasne jest również, że nasz krótki wykład dotyczy głównie kultury judeochrześcijańskiej, czyli faktycznie europejskiej. W różnych regionach Ziemi zmiana er przebiegała odmiennie. Ale te szczegóły omówimy później.
Ogólnie rzecz biorąc, ta chronologia jest dla nas wygodna, gdyż pozwala łatwo prześledzić główne etapy rozwoju myśli ezoterycznej, uporządkować je według logiki ludzkiego myślenia. Teraz rozumiecie również sens tytułów drugiej i trzeciej lekcji: „Przed erą Byka” i „Era Barana”. I zastanawiając się nad tym, co każda z tych er znaczyła dla samoświadomości ludzkości, będziemy mogli jaśniej wyobrazić sobie etapy jej rozwoju.
Przykładowe dyscypliny ezoteryczne
Dyscypliny ezoteryczne rozwijały się tak samo jak wszystkie inne, na przykład fizyka czy chemia. Jeśli początkowo zajmowano się nimi „w kompleksie” – chemik naturalnie studiował alchemię, astronom zaś astrologię itd. – to później drogi tych nauk się rozeszły, tak że dziś musimy mieć do czynienia z wieloma wąskimi dyscyplinami. Granice między nimi są jednak rozmyte, dlatego na ich styku nieustannie pojawiają się nowe dziedziny, a sama sfera nauk ezoterycznych ściśle styka się z innymi dziedzinami ludzkiej wiedzy, które można by połączyć pod nazwą nauk o człowieku.
Takich nauk jest bardzo wiele. Nawet ich alfabetyczna lista, od antropologii po językoznawstwo, zajęłaby tyle samo miejsca, co cały ten artykuł. W dzisiejszych czasach człowiek, który postanowił studiować którąś z tych nauk, zmuszony jest nie tylko „poznaje coraz więcej o coraz mniejszym” (wąska specjalizacja), ale i stale zwracać się do „sąsiednich” dziedzin. Tak więc psychiatrze często przychodzi studiować socjologię, pedagogikę i filozofię, natomiast astrologowi nie obędzie się bez chiromancji, grafologii czy Tarota.
Aby bliżej zapoznać się z naukami ezoterycznymi, dla wygody podzielimy je na trzy grupy. Po pierwsze, są to dyscypliny, które posługują się danymi obiektywnymi o człowieku, czyli takimi parametrami, których on sam zmienić nie może: datą urodzenia, kształtem i liniami dłoni, pismem itd. Do takich dyscyplin należą przede wszystkim astrologia, grafologia i chirologia (chiromancja), a także daktyloskopia, która w istocie jest jednym z działów chirologii.
Do tej grupy zalicza się również frenologia (określanie charakteru na podstawie kształtu czaszki), fizjognomika (to samo na podstawie rysów twarzy), a także numerologia – określanie charakteru i przewidywanie losu na podstawie liczbowej wartości liter imienia oraz cyfr daty urodzenia.
Do nich też zaliczają się dyscypliny nieokultystyczne, które również posługują się danymi obiektywnymi: kryminalistyka, paralingwistyka (badanie mimiki, gestykulacji) oraz wiele metod diagnostycznych – na przykład irydologia, określająca stan zdrowia na podstawie tęczówki oka. Ostatecznie należałoby tu zaliczyć również psychiatrię, której wnioski również opierają się na obiektywnych przejawach osobowości – reakcjach, wypowiedziach itd., których symulowanie jest wystarczająco trudne.
Druga grupa nauk ezoterycznych operuje danymi subiektywnymi, czyli takim materiałem, który człowiek dostarcza sam o sobie. Są to głównie pewne obrazy podświadomości, których sam człowiek zwykle nie potrafi zinterpretować; specjalista występuje tu w roli „tłumacza”. Do tej grupy należą wszelkie dyscypliny mantyczne, czyli różne metody wróżenia.
Sposobów wróżenia istnieje bardzo wiele, poczynając od wróżenia z kart, patyczków czy fusów kawy, a kończąc na egzotycznych metodach starożytnych ludów Dalekiego Wschodu, przewidujących los na podstawie lotu ptaków, pęknięć na pancerzu żółwia lub charakteru dymu unoszącego się nad ołtarzem ofiarnym. Wróżenie można praktykować na wszystkim, gdyż odpowiedź na pytanie już tkwi w podświadomości pytającego, inaczej nie powstałoby samo pytanie. Wróżebne symbole jedynie pomagają uczynić tę odpowiedź zrozumiałą.
Interpretacja snów (oneirologia) również należy do tej grupy, gdyż sny należą nie do świata obiektywnego, a subiektywnego. Do tej grupy należy również kabalistyczna numerologia, badająca przypadkowe kombinacje liter i cyfr.
Z punktu widzenia nauk nieokultystycznych do dyscyplin mantycznych zalicza się psychologia, która również zajmuje się badaniem danych, które człowiek dostarcza o sobie samym, przekazując coś, a coś ukrywając. Najwyraźniej cechy psychologii uwidaczniają się w psychoanalizie Freuda. Oczywiście, do tej kategorii należą również powszechnie stosowane obecnie testy psychologiczne.
I wreszcie trzecia grupa nauk okultystycznych – nauki magiczno-teurgiczne, których głównym celem nie jest badanie charakteru człowieka ani przewidywanie losu, lecz coś zupełnie innego. Magią zajmowali się zarówno profesjonaliści (kapłani, czarownicy, szamani), jak i zwykli ludzie. Trzej magowie, którzy według Ewangelii przybyli, aby oddać pokłon Dzieciątku Jezus, również nie byli nikim innym, jak babilońskimi magami, którzy dowiedzieli się o narodzeniu Zbawiciela dzięki obserwacjom nieboskłonu.
Istnieje kilka rodzajów magii, różniących się celami i sposobami działania. Profesjonalną magię od dawna dzielono na białą (teurgię) i czarną (czarnoksięstwo, czary). Różnica między nimi ma przede wszystkim charakter etyczny, a nie techniczny: pierwsza ma na celu zmniejszenie zła na świecie, druga zaś – przeciwnie.
Natomiast magia naturalna, czyli „ludowa”, stanowi nieodłączną część naszego życia. „Każde świadome działanie jest już magią” – mawiał Aleister Crowley i miał rację, gdyż samo uświadomienie sobie przez człowieka swojego zamiaru wywołuje zmiany w otaczającym świecie, ułatwiając jego realizację, jeśli nie narusza kosmicznej równowagi, lub utrudniając ją, jeśli ją zakłóca.
Szczegółowe informacje na temat poszczególnych dyscyplin ezoterycznych oraz ich historii można znaleźć w książce Alfreda Lehmana „Ilustrowana historia zabobonów i czarów” (M., 1900, reprint Kijów, 1993). Historia ta przedstawiona jest tam w sposób krytyczny, a nawet sarkastyczny, jednak fakty zostały podane precyzyjnie i poprawnie.
Het Monster. Historia nauk ezoterycznych
Wykład 2. Kultury przednowożytne
Historia, jak już wspomniałem, pisana jest z perspektywy czasu. Im dalej w przeszłość sięgają historycy opisując ludzi i wydarzenia, tym bardziej te osoby i zdarzenia wydają się wspaniałe i znaczące, a początek historii przesuwa się coraz głębiej w czasy pradziejów. Tak więc Chaldejczycy (Babilończycy) twierdzili, że ich ezoteryczna wiedza gromadzona była przez 500 tysięcy lat, Egipcjanie rościli sobie pretensje do 600 tysięcy, a Hindusi liczyli nawet w milionach (twierdzono, że pierwszy podręcznik astrologii, Surja Siddhanta, został napisany w 2 163 102 roku p.n.e.).
Historię ezoteryzmu można uznać za w miarę udokumentowaną począwszy od epoki hellenistycznej. Według naszej chronologii jest to początek lub okres poprzedzający erę Ryb, czyli VI–III wiek p.n.e. Wszystko, co wcześniejsze, to jedynie hipotezy, nawet jeśli wydają się bardzo przekonujące. Ponieważ jednak interesuje nas nie tylko sama historia ezoteryzmu, lecz także wyobrażenia o niej samych ezoteryków, chciałbym zacząć od jednej ciekawej hipotezy, a raczej teorii, która zdobyła bardzo szerokie uznanie. Jest to teoria Siedmiu ras korzeniowych – przedstawiona w pracach Heleny Bławatskiej, Heleny Rеріch i innych zachodnich miłośniczek Wschodu.
Siódemka, liczba siedmiu, jest świętą liczbą wielu ziemskich cywilizacji. Aby lepiej zrozumieć, o czym mowa, przypomnijmy, że według ezoterycznych poglądów człowiek składa się również z siedmiu ciał, których zespół stanowi jego istotę. Czasami ciała te grupuje się w „plany” lub „poziomy” – fizyczny, astralny, mentalny.
W starożytnych Chinach odpowiadały im „trzy dusze” człowieka: Gui i Hun. Pierwsza, najniższa (hebr. ruach, gr. pneuma, łac. anima, sanskr. prana), schodziła do ziemi, druga (gr. daimon/as/: bezcielesna istota, elementarz) stawała się duchem przodka, którego czczono, a trzecia, wyższa (łac. spiritus, sanskr. atman), odlatywała do nieba, gdzie zaliczana była do chóru duchów. Później taoiści również różnicowali te plany, dzieląc je na siedem.
W różnych źródłach liczba i nazwy ciał mogą się różnić – może ich być więcej lub mniej, choć siódemka przeważa (a dlaczego – zobaczymy później). Najpóźniejsi okultyści (C.W. Leadbeater) dzielili każde ciało na siedem podciał lub podplanów, otrzymując w ten sposób 49. Ci, którzy chcą, mogą sięgnąć po książki Leadbeatera w tłumaczeniu A.W. Trojanowskiego („Plan astralny”, Petersburg, 1908, reprint Baku, 1990; „Plan mentalny”, Petersburg, 1912, reprint M., „KOKON”, 1991), my zaś przyjmiemy najbardziej rozpowszechnioną wersję: ciało fizyczne, eteryczne, astralne, ciało mentalne (manas, niższy umysł), ciało buddhiczne, czyli umysł abstrakcyjny, oraz dwa ostatnie ciała – ciało umysłu duchowego i ciało kauzalne. Dwa ostatnie ciała tworzą monadę.
MONADA (od gr. monas, „jedność”): najprostszy element, niepodzielna cząstka bytu; w okultyzmie – podstawa ludzkiej istoty, łącząca ciało kauzalne i ciało umysłu duchowego. Znana od czasów antycznych; w średniowieczu mianem monady określano „pierwotną” substancję nie tylko człowieka, ale i wszystkich złożonych rzeczy. Monada jest bezpłciowa i zapewnia reinkarnację zarówno w męskiej, jak i żeńskiej postaci. Według Leibniza jest swego rodzaju „atomem”, duchową jednostką bytu, posiadającą zdolność percepcji (postrzegania) i apercepcji (aktywnego działania). Nie istnieją dwie identyczne monady. Monady mogą też występować w różnych porządkach: są niższe (m. kamieni, roślin), wyższe (zwierzęta, ludzie) oraz najwyższa (Boga).
Zatem teoria. Sformułujmy jej istotę krótko, bez wchodzenia w szczegóły.
Teoria Siedmiu ras
Życie rozumne na Ziemi zostało stworzone celowo, czyli z premedytacją, jednak nie przez antropomorficznego Boga-Stwórcę, jakim wyobrażały go sobie zapewne wszystkie religie na pierwszych etapach swojego istnienia, lecz przez cały kompleks wyższych sił, dla których nie ma odpowiedników w ludzkich językach.
Pomysł celowości Stworzenia, wyrosły z wyobrażenia o Bogu-Stwórcy, dał później liczne teorie o „przyniesieniu” życia na Ziemię z przestrzeni kosmicznej – wystarczy wspomnieć choćby filmy niemieckiego paleofuturysty Ericha von Dänikena czy opowiadania Stanisława Lema, jednego z największych filozofów współczesności.
Pierwsze monady zostały stworzone jednocześnie z powstaniem Ziemi. Były one jednak zbudowane wyłącznie z subtelnych ciał, czyli dla nas byłyby niewidzialne. Ponadto nie posiadały rozumu. Była to Pierwsza rasa.
Stopniowo wszystkie pierwotne monady rozpadły się, a z ich elementów powstała Druga rasa. Były to monady podobne do pierwszych, lecz w toku ewolucji znalazły nowy sposób rozmnażania, który można opisać jako „wydzielanie jaja”. Stopniowo ten sposób stał się dominujący.
W ten sposób powstała Trzecia rasa – rasa Jajorodnych. Na początku nie miały one również gęstego, fizycznego ciała, co było nawet korzystne, gdyż warunki geologiczne Ziemi były wówczas nieodpowiednie do fizycznego istnienia ciał białkowych.
Trzecia rasa ewoluowała szybciej: pojawiła się na początku ery archaicznej, ery powstania pierwszych organizmów żywych, a wkrótce potem u monad doszło do podziału płci i pojawiły się zalążki rozumu. Świat zwierzęcy i roślinny Ziemi również stopniowo się rozwijał, lecz my zajmujemy się nie jego ewolucją, lecz jedynie ewolucją protomonad CZŁOWIEKA.
Każda taka rasa dzieliła się ponadto na siedem podras, z których każda miała swoje szczególne cechy. Pierwsze trzy podrasy Trzeciej rasy stopniowo gromadziły gęstą otoczkę – dla nas byłyby one częściowo „prześwitujące”, „półprzezroczyste” – aż w okresie czwartej podrasy Trzeciej rasy nie pojawiły się pierwsze LUDZIE posiadający prawdziwe fizyczne ciało. Miało to miejsce jeszcze w erze dinozaurów, czyli około 120 milionów lat przed naszą erą. Dinozaury były olbrzymie, odpowiednio i ludzie również byli olbrzymi, mierzący nawet 18 metrów wzrostu lub więcej. W kolejnych podrasach ich wzrost stopniowo się zmniejszał. Dowodem na to powinny być skamieniałe kości olbrzymów oraz mity o gigantach (Goliat u Żydów, Pelops u Greków itd.).
Pierwszy człowiek nie posiadał jednak jeszcze pełnego kompletu ciał, jakimi dysponujemy my. Nie miał świadomej duszy, czyli ciała umysłu duchowego (według innych wersji tej samej teorii ludzie nie mieli manasu, czyli sumienia). Dlatego zachowywali się jak zwierzęta, stąd mit o upadku człowieka i błyskotliwa teoria uboczna o pokojowych neandertalczykach, którzy nie upadli i zostali wytępieni przez wojowniczych ludzi (ten sam Stanisław Lem). Od tych człowieko-zwierząt pochodziły wyższe naczelne (małpy) – nie odwrotnie, jak uczono nas w szkole, lecz małpy od ludzi, a nie ludzie od małp.
Po tym, według jednej z wersji, najwyższe siły-stwórcy, które powołały do życia na Ziemi rozumnych mieszkańców, interweniowały ponownie i wprowadziły do świadomości ludzi „Iskrę Bożą” — nie wszystkich oczywiście, ale przynajmniej niektórych. Według innej wersji, iskra ta narodziła się sama w niektórych ludziach, którzy stali się nauczycielami kolejnych pokoleń.
Ostatnie podrasy Trzeciej Rasy stworzyły pierwszą cywilizację na protomateriku Lemurii, według innych wersji — Gondwany. Kontynent ten znajdował się na półkuli południowej i obejmował południową część Afryki, Australię wraz z Nową Zelandią, a na północy Madagaskar oraz Cejlon. Dobrą mapę Lemurii można znaleźć w książce: Westwood, Jennifer. The Atlas of Mysterious Places. Weidenfeld & Nicolson, New York 1987. Do kultury lemuryjskiej należała również Wyspa Wielkanocna.
W okresie siódmej podrasy Trzeciej Rasy cywilizacja lemuryjska upadła, a ostatecznie sam kontynent zatonął. Stało się to pod koniec trzeciorzędu, czyli około 3 milionów lat przed naszą erą.
Trzecią Rasę nazywa się czasem również Rasą Czarną. Jej potomkami uważa się ciemnoskóre plemiona afrykańskie oraz australijskie.
W tym czasie narodziła się już Czwarta Rasa — rasa Atlantów. Oczywiście na kontynencie zwanym Atlantydą. „Północnym swym krańcem Atlantyda sięgała o kilka stopni na wschód od Islandii, obejmując Szkocję, Irlandię oraz północną część Anglii, a na południu — aż do miejsca, gdzie obecnie znajduje się Rio de Janeiro” (Stulginskis, patrz niżej).
Atlantowie byli potomkami lemuryjczyków, którzy przenieśli się na inny kontynent około miliona lat przed zatonięciem Lemurii. Pierwsze dwie podrasy Czwartej Rasy pochodziły od tych „pierwszych osadników”. Trzecia podrasa pojawiła się już po zagładzie Lemurii bądź Gondwany: byli to Toltekowie, Czerwona Rasa, która przybyła z Zachodu.
Atlantowie czcili Słońce, a wzrost mieli powyżej średniej — dwa i pół metra. Ogólnie rzecz biorąc, wraz z każdą nową rasą wzrost mieszkańców Ziemi stopniowo się zmniejszał. Stolicą ich imperium było miasto Stało Złotymi Wrotami. Największego rozkwitu ich cywilizacja osiągnęła właśnie w okresie tolteckim, czyli Czerwonej Rasy. Było to około miliona lat temu.
Lecz ten rozkwit nie trwał długo: aktywność geologiczna Ziemi postępowała. Pierwsza katastrofa, która wydarzyła się około 800 tysięcy lat temu, przerwała lądowe połączenie Atlantydy z przyszłą Ameryką oraz Europą. Druga — około 200 tysięcy lat temu — rozbiła kontynent na kilka wysp, dużych i małych. Powstały współczesne kontynenty. Po trzeciej katastrofie, około 80 tysięcy lat przed naszą erą, pozostał tylko wyspa Posejdonis, która zatonęła około 10 tysięcy lat przed naszą erą. Jej zagłada została bardzo przekonująco opisana w powieści A. Biełajewa „Ostatni człowiek z Atlantydy”.
Atlantowie przewidywali te katastrofy i podejmowali środki w celu ratowania swoich uczonych oraz zgromadzonej przez nich wiedzy. Uważa się, że to oni zbudowali gigantyczne świątynie w Egipcie i otworzyli tam pierwsze szkoły ezoteryków. Ezoterykami byli już lemuryjczycy, filozofia ezoteryczna była, można by rzec, ich państwową filozofią oraz zwyczajnym spojrzeniem na świat. W obliczu zagrożenia zatonięciem kontynentów ratowano przede wszystkim najwyższych wtajemniczonych, dzięki którym starożytna wiedza przetrwała wieki i tysiąclecia.
W związku z tym istnieje jeszcze jedna interesująca teoria uboczna — o budowie przez Atlantów, a nawet jeszcze przez Lemuryjczyków, statków kosmicznych i ratowaniu najwyższych wtajemniczonych na planetę Mars. O ile mi wiadomo, po raz pierwszy została ona przedstawiona przez Anglika Fredericka Spencera Olivera (pseudonim Philon Tybetańczyk) w powieści „Mieszkaniec dwóch światów”, wydanej w 1894 roku (Philon the Tibetan. A Dweller on Two Planets).
Jesteśmy jej wdzięczni dzięki Aleksiejowi Tołstojowi, który w młodości pasjonował się okultyzmem. Ogólnie rzecz biorąc, chcący dowiedzieć się więcej o pierwszych rasach mogą po prostu przeczytać jego powieść „Aelita”, w której bardzo mądrze i szczegółowo przedstawiono wszystko, o czym była mowa powyżej („Drugi opowiadanie Aelity”).
Katastrofy Atlantydy spowodowały nowe fale migracji, podczas których z kontynentu uciekli nie tylko wtajemniczeni, ale i zwykli ludzie („egzoterycy”). Tak powstały następujące podrasy Czwartej Rasy: Hunowie (czwarta podrasa), protosemici (piąta), Sumerowie ( szósta) oraz Azjaci (siódma). Azjatów, którzy zmieszali się z Hunami, nazywa się czasem również Rasą Żółtą, a protosemitów oraz ich potomków, którzy utworzyli Piątą Rasę — Rasą Białą.
My z kolei należymy do Piątej Rasy. Dzieli się ona również na siedem podras, z których dotychczas istnieje tylko pięć.
Piąta, czyli Aryjska Rasa: Hindusi (jasnoskórzy przedstawiciele plemion), [2] młodsi Semici (Asyryjczycy, Arabowie), [3] Irańczycy, [4] Celtowie (Grecy, Rzymianie oraz ich potomkowie), [5] Tewtonowie (Germanie oraz Słowianie).
Naturalnie, powinny nadejść kolejno szósta i siódma rasa korzenna. Ale o tym, jakie będą lub powinny być, porozmawiamy później, a na razie wróćmy do historii.
Ogólnie rzecz biorąc, ci, których interesują szczegóły, mogą sięgnąć po książkę S. A. Stulginskisa „Kosmiczne legendy Wschodu”, która ukazała się w kilku wydaniach, na przykład: M., „Sfera”, 1991, lub do książki Eduarda Szuré „Wielcy wtajemniczeni”, również wznawianej w naszym kraju (Kaługa, 1914, reprint M., 1990).
Zatem od Atlantów przekaz wiedzy ezoterycznej przeszedł do Egipcjan. Egipcjan, notabene, Europejczycy długo uważali za twórców wszelkiej ezoterycznej wiedzy, sądząc, że przed Egipcjanami na Ziemi nikogo nie było: powyżej przedstawiona teoria ras korennych ukształtowała się dopiero pod koniec XIX wieku. Wówczas też otrzymała swój (retrospektywny) rozwój półzapomniany mit o Atlantydzie, w czym oczywiście dużą rolę odegrały również indyjskie wyobrażenia o światowych okresach historycznych (kali-juga), trwających setki tysięcy lat.
Tym bardziej że na początku ery Byka, czyli w IV tysiącleciu przed naszą erą, zaczęły kształtować się kultury nie tylko w Indiach i Egipcie, ale również w Sumerze, Chinach i Meksyku. I choć rozwijały się one niezależnie, wiele je łączyło. Co to więc była era Byka?
Era Byka
Myślenie ludzkie w tym okresie było mitologiczne: mit okazuje się najlepszym sposobem zrozumienia i zapamiętania związków między zjawiskami. My, na przykład, mówimy, że zaćmienia Słońca i Księżyca zachodzą, gdy obydwa ciała niebieskie, z punktu widzenia ziemskiego obserwatora, znajdują się w pobliżu węzłów swojej orbity, których różnica szerokości nie jest duża. Starożytni mówili: „Smok pożera Księżyc (lub Słońce)”, i oznaczało to dla nich to samo. Pamiętacie u Aleksieja Tołstoja o małym Miti?
On mówił bardzo, bardzo dobrze. Ale tylko konia nazywał „wiewit”, psa — „awawa”, a pluszowego misia — „Patapum”. Tak Miti rozumiał lepiej, a koń, pies, miś rozumieli go lepiej.
Tutaj stary okultysta Aleksiej Tołstoj, nawiasem mówiąc, porusza ważny ezoteryczny problem, którego nie zauważyli, niestety, niepiśmienni cenzorzy lat 30. Wiadomo, że embrion, a następnie dziecko niejako powtarzają historię rozwoju wyższych organizmów: wyjście ze środowiska wodnego do powietrznego (skrzela zmieniają się w płuca), stopniowe przejście od niższych form percepcji do wyższych, nabycie rozumu. Okultystom zaś wydawało się, że embrion i dziecko powtarzają również etapy duchowego rozwoju wyżej wymienionych siedmiu ras: mały człowiek, który jeszcze nie umie mówić, komunikuje się ze światem otaczającym telepatycznie, a potem ta zdolność zanika.
Pamiętacie „Historię bliźniąt” w książce Pameli L. Travers o Mary Poppins? (M., 1972). „Chcecie powiedzieć, oni rozumieli i szpaki, i wiatr, i… — I drzewa, i mowę promieni słonecznych i gwiazd — tak, tak, tak — powiedziała Mary Poppins. /…/ Nic na to nie poradzicie. Nie ma żadnego człowieka, który pamiętałby to, gdy skończy mu się rok”. — To, oczywiście, bardzo obrazowy i uproszczony opis problemu, ale nie ulega wątpliwości, że Pamela Travers była obeznana z tą teorią: na Zachodzie podstawy ezoteryzmu są dostępne dla wszystkich i stanowią nieodłączną część „kulturguta”, jak mówią Niemcy — dziedzictwa kulturowego.
Ta teoria nie powstała z niczego. Sami z pewnością nie pamiętacie, ale jeśli komuś przyszło żyć obok małego dziecka, mógł się przekonać, że między dzieckiem a matką przez długi czas, nawet do siedmiu lat (!), istnieje najściślejszy niewidzialny związek, wspólne pole: tworzą oni jedną całość, podobnie jak Ziemia i Księżyc. Dziecko płacze, gdy matka odchodzi, choruje matka – choruje i dziecko, i odwrotnie, i tak dalej.
Była ona znana także ludziom starożytnym, choć oczywiście dawali oni temu bardziej prymitywne wyjaśnienia. Istnieje starożytna legenda o pewnym królu, który postanowił dowiedzieć się, który język na Ziemi powstał jako pierwszy. Zebrał on kilkudziesięciu noworodków różnych narodowości i zakazał niańkom z nimi rozmawiać, czekając, aż same zaczną mówić. I one zaczęły mówić… po hebrajsku. (Sądzi się, że legenda ta, według zakończenia, została spisana przez rabinów na przełomie naszej ery).
Zatem, aby wyjaśnić prawidłowości widzialnego i niewidzialnego świata, człowiek epoki Byka posługiwał się legendami i mitami. Mity zaś powstały jako opisy obserwowanych zjawisk w języku ówczesnym. Dlatego nie planety otrzymały imiona bogów, jak długo uważano, lecz przeciwnie: obrazy bogów i bohaterów wyłoniły się jako odbicie ziemskich i niebiańskich zjawisk. W okresie ery Byka kształtują się także wielkie (ogólne) mity kosmogeniczne.
U podstaw mitów kosmogenicznych tego okresu leży wyobrażenie o pierwotnym chaosie, z którego powstają niebo, ziemia i inne rzeczy. Powstają one poprzez podział żywiołów, połączonych w jaju świata (Egipt, Indie) lub oceanie świata (Sumer). Być może, że motyw podziału tej „nierozdzielnej jedności” sięga ery Bliźniąt — nie bez powodu temat bliźniąt pojawia się w wielu mitologiach (Gilgamesz i Enkidu u Sumerów, Jama i Jami u Indian, Niebiańscy i Ziemscy Bliźniacy u Indian Starożytnego Meksyku, a wreszcie późniejsze Dioskurowie, Kastor i Polluks).
Zamiast jednego Boga-Stwórcy jest cały orszak bogów o różnej randze, hierarchia których stale się zmienia. Natomiast własną genealogię ludzie wywodzili od pierwszej pary ludzi, stworzonych przez bogów z gliny (Sumer, Egipt) lub po prostu zrodzonych przez nich w związku małżeńskim (Indie, Meksyk).
Świat zaś, raz stworzony, dla ludzi tamtej epoki był cykliczny: w przyrodzie wszystko się powtarza. Świat jest taki, jakim był od początku czasów, i pozostanie taki do końca. Żadne zmiany nie są nie tylko możliwe, one po prostu nie są potrzebne. „I widział Bóg, że to było dobre” – to zdanie z późniejszego źródła, ale zawiera ono echo wyobrażeń okresu ery Byka o „przestrzennym i czasowym zamknięciu świata”, jak pisze Władimir Romanowicz Arsienjew (Zwierzęta – bogowie – ludzie. M., 1991).
Dlatego też, między innymi, dla kultur „byczych” nie jest charakterystyczny lęk przed śmiercią: śmierć nie jest dla nich całkowitym zniknięciem, odejściem na zawsze, lecz jedynie zakończeniem kolejnego cyklu, po którym następuje taki sam cykl w zaświatach, w innej egzystencji, i nowy cykl na Ziemi, tym razem zewnętrznie w potomku. Stąd też kształtowanie się wyobrażeń o reinkarnacji (nowych wcieleniach duszy) i mitów o umierających i zmartwychwstających bogach.
Ślady mitologicznej świadomości zachowały się, między innymi, także we współczesnym ezoteryzmie. Chcąc scharakteryzować jakieś zjawisko, mówimy „Wenus”, bo tak jest krócej. Jednak to słowo dawno utraciło jakikolwiek związek z „Gwiazdą Poranną” i nawet z bogami starożytnego świata jej poświęconymi: dla nas jest to dynamiczny archetyp, zespół symptomów i symboli, system skojarzeń, powoli, lecz nieprzerwanie zmieniający się, choć zachowujący jakąś podstawę, „monadę”.
Tak, Wenus to przede wszystkim symbol sztuki i miłości. Jest ona związana z Bykiem przez pokrewieństwo charakterów, dlatego Byk uważany jest za „dom” lub „miejscem podniesienia” Wenus. Ale Byk to także miejsce podniesienia Księżyca, a Księżyc jest symbolem płodności, mądrości (dwurożność) i wrażliwości na subtelne wibracje, „fluidy”.
Jednak Byk ma także swoje własne cechy. Przede wszystkim przedstawia on jeden z czterech żywiołów – ziemię – a cechy archetypów Księżyca i Wenus są modyfikowane zgodnie z tym: wrażliwość księżycowa na subtelne wibracje słabnie (w okresie ery Byka nie dochodzi do nowych odkryć w świecie niewidzialnym, ludzie polegają nie na intuicji, lecz na autorytecie „wyższych wtajemniczonych”), natomiast zdolność do płodności wzrasta (rolnictwo jako najbardziej rozpowszechniony rodzaj zajęć w społeczeństwach epoki Byka).
W tym okresie powstają kulty płodności oparte na żeńskim, a nie męskim początku (Byk to „żeński” znak). Przy tym miłość (seks) i płodność (macierzyństwo) nie są jeszcze zróżnicowane: egipska Izyda, sumeryjska Inanna, a nawet późniejsza babilońska Isztar i armeńska Anahit łączą w sobie elementy archetypów Księżyca i Wenus lub po prostu uważane są za księżycowe boginie.
„Wielka Matka” ludów śródziemnomorskich, zwana także Sorny-Ekwa („Złota Baba”) u Mansów i Wogulów, olmecka Czac Kit, słynna Kybele – to nierozróżniony księżycowo-ziemny archetyp (system matka-dziecko), symbol jeszcze nieodróżnialnej jedności między płodnością istot rozumnych i nieświadomych.
Ponadto, Byk gromadzi i akumuluje – zapasy żywności, dobra materialne, ziemię, wiedzę, dzieła sztuki. Społeczeństwa „bycze” są samowystarczalne, nie interesuje ich życie innych plemion. Nie bez powodu mieszkańcy takich społeczeństw najczęściej nazywają siebie „ludźmi”, a przedstawicieli innych plemion – „obcymi”, „przybyszami” lub, jak później Grecy, „bełkotliwymi” (barbarzyńcami).
Jednocześnie Byk jest patronem sztuki, znawcą, a często i autorem jej dzieł. W okresie ery Byka kształtuje się (formalizuje) podstawowa gama barw oraz symbolika koloru. Powstają dzieła sztuki, które niejednokrotnie przetrwały tysiąclecia: pomalowane kamienne posągi, świątynie i grobowce, naczynia i ozdoby. Ale Wenus w Byku jest wykonawczynią, a nie twórczynią, i raz po raz wybrane wzory powtarzają się z wieku na wiek.
Byk nie jest teoretykiem, jest praktykiem: nie tworzy uogólnień, lecz po prostu gromadzi coraz to nowe informacje, uzupełniając statystykę, z której skorzystają ludzie następnej ery. Jego nauki mają charakter praktyczny: geometria, astronomia, medycyna służą jedynie porządkowaniu życia codziennego, „organizacji pracy”, jak powiedzielibyśmy dzisiaj.
Ponadto, są one kompleksowe: geometria nieodłączna od geomancji, astronomia od astrologii, medycyna od magii. Nie są one rozdzielane nawet w świadomości ludzi zajmujących się nimi, a są to z reguły kapłani, „kasta wtajemniczonych”. I nie chodzi tu tyle o tajemny charakter tych wiedzy, ile o konieczność zapewnienia ich zachowania i ciągłości: pisma jeszcze nie istnieją.
Stąd też męskie wcielenia księżycowych bogów: Thot u Egipcjan, Nanna u Sumerów, Ćandra u Indian jako wynalazcy nauki i pisma, patroni magii i medycyny. Na początku ery Byka księżycowi bogowie i boginie zajmują w panteonach pierwsze, najważniejsze miejsca (jeszcze dlatego, że Księżyc jest podstawą najstarszych kalendarzy).
Byk jest konserwatywny i wierny tradycji. W okresie ery Byka czysto naukowe operacje nabierają charakteru rytuału, utrwalane są w hymnach i mitach dla lepszego zapamiętania. W tym samym okresie, pod koniec ery Byka, powstają pierwsze systemy pisma – ponownie po to, by utrwalić zgromadzoną wiedzę.
Rytuały zaś opierają się na uczuciu (gdyż Byk to przede wszystkim uczucie, a nie logiczny wniosek). Wyobraźcie sobie obrzęd inicjacji na kapłana. Chłopiec przybywa do świątyni. Dokonuje się nad nim obmycie, ubiera się go w szaty rytualne, wymawia modlitwy lub zaklęcia. Prowadzi się go ciemnym korytarzem, ozdobionym wizerunkami najstraszniejszych bogów zaświatów. Przechodzi on próby bólu, spędza długi czas w samotności, bez jedzenia i picia. Jeśli wszystko wytrzyma, doprowadza się go do przysięgi wierności, i teraz staje się on strażnikiem starożytnych tradycji. Jaką gamę uczuć musiał przeżyć!
Ci, którzy chcą poznać szczegóły takich obrzędów, mogą sięgnąć po wspaniały film Jerzego Kawalerowicza „Faraon” na podstawie powieści Bolesława Prusa lub opowiadania tego samego Edwarda Schuré „Kapłanka Izydy” (Sankt Petersburg, 1993). Istnieje także znakomita powieść „Córka Montezumy” Henry’ego Ridera Haggarda. Nie należy sądzić, że autorzy tych książek po prostu fantazjowali na zadany temat lub przerabiali dostępne źródła — takie książki piszą nie przypadkowi ludzie, lecz z reguły ci, którzy posiadają bogatą pamięć rodową, genetyczną lub karmiczną, nazwijmy to jakkolwiek. Przecież nawet J.R.R. Tolkien nie był autorem nowych, a jedynie zafascynowanym odtwórcą starożytnych celtyckich mitów.
Zatem era Byka to ułożenie „fundamentów” głównych mitów kosmogonijnych, maksymalna rytualizacja działań i gromadzenie statystyk. Świat dla mieszkańców ery Byka jest całościowy i jednolity, a mieszkańcy świata niewidzialnego są równie realni jak mieszkańcy domu naprzeciwko. Do komunikacji z nimi i innymi istnieją określone reguły, a jeśli się ich ściśle przestrzega, można osiągnąć pożądany rezultat. Są ludzie, którzy znają te reguły (kapłani), i są ludzie, którzy zmuszeni są zwracać się do nich o pomoc, płacąc za to pieniądze. Świat jest dobrze i logicznie urządzony i nie ma potrzeby go zmieniać.
Taki pogląd na świat jest prosty i wygodny. Nic dziwnego, że wiele tradycyjnych kultur do dziś zachowało cechy „byczości” — po pierwsze, są to Indie i Chiny, choć oczywiście nie chodzi o całe kraje, a jedynie o kilka konfesyjnych lub etnicznych grup. Po drugie, niektóre ludy afrykańskie — Benińczycy, Aszanti oraz szereg innych. Jednak większość kultur poszła dalej i przeszła do ery Barana, która zapoczątkowała nową fazę rozwoju ludzkiej świadomości, zarówno zbiorowej, jak i indywidualnej.
Podsumowując, można powiedzieć, że wybrana przez nas chronologia pozwala uporządkować wiele zjawisk w historii ludzkości, które nie poddają się systematyzacji za pomocą innych kalendarzy i chronologii. Jednak chronologia precesyjna nie jest jedynym sposobem ezoterycznego podziału historii. Istnieją także podziały większe i bardziej szczegółowe, na przykład cykle pięciusetletnie, z którymi jeszcze się spotkamy. Chronologia precesyjna pozwala mniej więcej dokładnie przeanalizować okres dziesięciu tysięcy lat w jedną lub drugą stronę, licząc od dzisiejszego dnia, a więcej w tym przypadku nie jest nam potrzebne.
Wczesne epoki
Kolejną ilustracją skuteczności chronologii precesyjnej może być starożytna tradycja przypisywania archetypom planet określonych metali lub, szerzej rzecz ujmując, określonych pierwiastków układu okresowego Mendelejewa. Jak wiadomo, metalem Wenus, a zatem i Byka, jest miedź. IV tysiąclecie p.n.e. to początek epoki miedzi i brązu. Metalem Marsa, a wraz z nim Barana, jest żelazo: początek ery Barana (II tysiąclecie p.n.e.) pokrywa się z początkiem „żelaznego wieku”.
Zgodnie z tym poprzednia era Bliźniąt, której władcą jest Merkury (VI–V tysiąclecie p.n.e.), powinna odpowiadać rtęci. Jednak z rtęci nie można sporządzić ani ozdób, ani broni. Jak zatem postąpić? Odpowiedź daje alchemia: „rtęć jest matką kamienia”, uważali starożytni. „Ojcem” kamienia, nawiasem mówiąc, była siarka. A co stanowi połączenie rtęci i siarki? Cynober, minerał o czerwonym kolorze, czerwony barwnik, bardzo wygodny do malowania na ścianach jaskiń i nanoszenia na twarze i piersi „barw bojowych”, a później — najważniejsza substancja magiczna alchemicznych doświadczeń.
Era Bliźniąt to koniec epoki kamiennej, ustrój rodowo-plemienny, kult przodków i duchów otaczającej przyrody: gór, wody, lasu. W tym okresie dominowało logiczne myślenie: ludzie starali się dociec przyczyn tego, co się dzieje, poprzez rozumowanie. Oczywiście odczuwali obecność świata niewidzialnego, ale ich zasób wiedzy był zbyt mały. Dlatego pojawiały się u nich małe (lokalne) mity kosmogonijne, różne u każdego plemienia, choć miały podobną strukturę.
Podobną mitologię opisuje Daniel Defoe w dialogu Robinsona Crusoe i Piętaszka. Robinson zapytał Piętaszka: „Kto stworzył morze i ziemię, po której chodzimy, kto stworzył góry i lasy?”. Ten odpowiedział: „Stary człowiek o imieniu Benamucki, który mieszka wysoko, wysoko”. Nic więcej nie mógł powiedzieć o tej ważnej osobie poza tym, że jest bardzo stary, znacznie starszy od morza i ziemi, starszy od księżyca i gwiazd”.
Nasza judeochrześcijańska strefa nie zachowała podobnych mitów, ale one wciąż istnieją w ginących kulturach, zagubionych na peryferiach współczesnych cywilizacji technologicznych, począwszy od Aborygenów Australii, a skończywszy na plemieniu Yanomami, odkrytym niedawno przez Witalija Sundakowa w głębi Amazonii (zob. np. „Komsomolskaja Prawda”, sobotni numer z 22 lipca 1994 r.).
Mity te zawierają z reguły jednego Boga-Stwórcę — przypomnijmy sobie „Pana Życia” Gitche Manitou z „Pieśni o Hiawacie” lub „Stwórcę Życia” Kiangnika z podań azjatyckich Eskimosów, ale nie jest to monoteizm późniejszego czasu, a bardziej prymitywne, uosobione wyobrażenie o początku wszystkiego, co istnieje.
Genealogię swoją ludy „kultur bliźniąt” wywodzą bezpośrednio od tego Boga-Stwórcy lub w ostateczności od stworzonych przez niego zwierząt: lud Rody Króliczej, lud Rody Łabędzia… Kapłanów u nich nie było, byli szamani, ale ich rola była ograniczona, ponieważ kontakt ze światem niewidzialnym mógł nawiązać każdy. (Szamanizm, jak widać, zjawisko dość dawne.) Każdy myśliwy mógł narysować na korze brzozy lub na ścianie jaskini obraz bizony i poprosić, by stał się on jego zdobyczą. Każdy mógł narysować wroga i przeszyć go strzałą lub ulepić z gliny figurkę ukochanej dziewczyny i posmarować ją tłuszczem, by wywołać jej przychylność. Było to naturalne. Można powiedzieć, że „ezoteryzmu” jako nauki dla wąskiego grona w tamtych czasach nie istniało: ezoterykami praktycznie byli wszyscy, a szaman był „wybrany” jedynie w tym sensie, że dosłownie wybierano go na stanowisko oficjalnego wykonawcy obrzędów, zwalniając z innych zajęć. Historia ezoterycznych nauk tak naprawdę nie jest zbyt długa.
W okresie ery Byka taka „inicjatywa obywatelska” była już zakazana, a aby dowiedzieć się, jak przeprowadzać skomplikowane obrzędy magiczne, należało zwrócić się wyłącznie do kapłanów, którzy zachowali tę prerogatywę dla siebie.
Jeszcze wcześniejsze epoki, era Raka i era Lwa, doskonale współgrają z wyobrażeniem o Srebrnym i Złotym Wieku, ponieważ metalem Raka jest srebro, a metalem Lwa — złoto. Nie należy jednak rozumieć tego dosłownie: ludzie X–VI wieku p.n.e. nie jedli na złotych i srebrnych naczyniach, a ich życie wcale nie było tak beztroskie, jak wyobrażali sobie znacznie później starożytni Grecy. Lew i Rak w tym przypadku oznaczają jedynie dominujący typ samoświadomości — „tożsamości”, jak lubią mówić na Zachodzie. Rak to tworzenie rodziny, choćby poligamicznej, zakładanie własnego „gniazda” i posiadanie przodków, a Lew — realizacja prawa silniejszego, prawa do wyboru partnera, które trzeba potwierdzić w pojedynku z innym pretendentem.
Możliwe jest także, że Rak jako symbol początku żeńskiego i matriarchatu zapoczątkował obraz Władczyni Zwierząt, który dotarł do nas w postaci Potnii Teron z mitów kreteńskich (era Byka). Podobnie jak cechy dziedziczne często przekazywane są przez pokolenia, od dziadka do wnuka, tak jeden „żeński” znak (Byk, IV–II tys. p.n.e.) mógł ożywić mit innego „żeńskiego” znaku (Rak, VIII–VI tys. p.n.e.).
Poglądy ezoteryczne w tych epokach były jeszcze bardziej prymitywne: Rak, kolejny żeński znak, oznaczał nie tylko matriarchat, ale i politeizm — każdy kamień, każdy krok i czyn miały swojego ducha, a nimi nie można było rządzić, można je było jedynie przebłagać; Lew, męski znak, oznaczał nie tyle patriarchat, co raczej brak stałych związków małżeńsko-rodzinnych, współżycie samotników, całkowite utożsamienie się z siłami świata niewidzialnego: człowiek jest śmiertelny i nieśmiertelny jednocześnie. Wzywa imienia nieśmiertelnego bóstwa lub ducha i wierząc, że ten obdarzył go swoją siłą, dokonuje czynów, do których uważa się niezdolnym w swoim „śmiertelnym” stanie.
W naszych czasach kultur tego rodzaju prawie nie pozostało. O reszcie zaś porozmawiamy, jeśli będzie czas. W następnej zaś prelekcji będziemy musieli przejść do ery Barana.
Starożytny Egipt
Jeśli mamy czas, możemy jeszcze chwilę porozmawiać o Starożytnym Egipcie, gdyż później do niego nie powrócimy.
Historia Starożytnego Egiptu, jak już wspomniano, doskonale wpisuje się w ramy ery Byka. Do połowy IV tysiąclecia p.n.e. ukształtowały się Królestwo Północne i Południowe. Na początku III tysiąclecia p.n.e. rozpoczęto budowę piramid. Piramidy i świątynie uznawane są za najważniejsze świadectwo wysokiego poziomu wiedzy Egipcjan.
Istnieje wiele teorii na temat tego, czym są piramidy. Na początku naszego stulecia niemiecki uczony Netling odkrył odpowiedniość między niektórymi wymiarami piramidy Cheopsa a odległościami w Układzie Słonecznym. Na tej podstawie wysunął hipotezę, że Egipcjanom były znane także planety transaturnowe, czyli Uran, Neptun i Pluton, odkryte dopiero w ostatnich dwustu latach. Co więcej: według niego piramida przewidywała istnienie kolejnej planety między orbitami Saturna i Urana. W 1977 roku, już po śmierci Netlinga, właśnie tam odkryto planetoidę Chiron – rzeczywiście planetę, tylko bardzo małą. Netling wysuwał także inne podobne przypuszczenia astronomiczne, jednak jak dotąd nie zostały one potwierdzone.
W naszych czasach aktywnie pracuje się nad wymiarami piramid, zwłaszcza piramidy Cheopsa, w różnych krajach. Tworzy się małe modele piramid z drewna, metalu i innych materiałów, częściej otwarte (szkieletowe) niż zamknięte. Umieszczone w nich rośliny szybciej rosną, brzytwy ostrzą się, a człowiek, siedząc w piramidzie, nabywa zdolności paranormalnych. (Szczegółowe informacje na temat piramid można znaleźć np. w książkach: Katalin, Cellar. Architektura kraju faraonów. M., “Budwywyd”, 1990; oraz Toth, Max; Nielsen, Greg. Pyramid Power. Freiburg 1988.)
Wyjaśnienie jest następujące: w podstawie kształtu piramidy leżą kwadrat i trójkąt, czwórka i trójka – dwa symbole oznaczające dwie przeciwstawne zasadniczo początkowe siły, podobne do yang i yin. W sumie trójka i czwórka dają siódemkę. Każda starożytna kosmogonii jest czwórką w wymiarze poziomym (północ, wschód, południe, zachód) i trójką w pionowym (niebo, ziemia, podziemie). A jeśli przypomnimy sobie, że piramidy poświęcone były kultowi Słońca, stanie się jasne, iż w nich, chcieli tego budowniczowie czy nie, zostały utrwalone podstawowe prawidłowości właściwe naszemu Układowi Słonecznemu…
Wyjaśniam. Liczby od jednego do dziesięciu są proste, odpowiadają planetom. Trójka to trzy planety najbliższe Słońcu: Merkury, Wenus, Ziemia (lub, według hipotezy tego samego Netlinga, Przedmerkury, Merkury, Wenus). Czwórka to cztery inne znane starożytnym: Księżyc, Mars, Jowisz, Saturn. Księżyc to zdecydowanie nie tylko satelita Ziemi, w ezoterycznych teoriach zajmuje on bardzo ważne miejsce, dlatego w pełni zasługuje na rangę planety. Kolejna trójka (planety transaturnowe) dopełnia siódemkę do dziesiątki. Dziś uważa się, że starożytni, choć nie mogli obserwować planet transaturnowych, przewidywali ich istnienie. A dziesiątka to symbol Układu Słonecznego. To liczba następnego rzędu. Odpowiednio do tego setki i tysiące to symbole gwiazd, galaktyk, metagalaktyk i tak dalej.
Podchodząc do historii obiektywnie, trudno przypuszczać, by Egipcjanie rzeczywiście rozumieli, tak jak my, wszystkie te złożone powiązania. Jednak oni obserwowali i zapamiętywali. Niczego nie wymyślali, a jedynie rejestrowali prawidłowości otaczającego ich świata. Nic dziwnego, że notatki Egipcjan okazały się trafne: nasz świat jest jeden i w największym, i w najmniejszym wymiarze. Tak twierdził Hermes Trismegistos, genialny uczony żyjący trzy tysiące lat przed naszą erą w Hmun. (Samo to słowo zresztą oznacza „ósemkę” – porównaj hebr. „szmune”, czyli cztery pary pierwszych bogów, mężczyzn i kobiet). Dziesiętny system powstał nie dlatego, że człowiek ma dziesięć palców u rąk, lecz dlatego, że dziesiętny jest sam Układ Słoneczny. I nie mogli oni inaczej zbudować swoich piramid: wszystko, co człowiek tworzy, nieuchronnie opiera się na ogólnych prawach Wszechświata.
Het Monster. Historia nauk ezoterycznych Wykład 3. Era Barana
Era Barana rozpoczęła się wraz z kolejną wielką wędrówką ludów.
W ogóle wędrówki ludów wyraźnie sprzyjały postępowi ludzkiej świadomości, czyli likwidacji pozostałości świadomości starych er oraz rozwojowi nowych. Tam, gdzie takiego ruchu nie było, cechy stare mogły przetrwać tysiąclecia. Przejście od jednej ery do drugiej trwa, jak wspomniano, kilka stuleci, ponadto różne plemiona wyruszały w drogę w różnym czasie; dlatego dla nas ważniejszy jest ogólny obraz niż precyzyjne datowanie.
Dlaczego zresztą się wędrowali?
Przez długi czas w zachodniej, a zwłaszcza w sowiecko-marksistowskiej nauce (Engels F., Anty-Dühring) panował pogląd, że: 1) dzikie narody „zjadały” wszystko, co mogła dać im rodzima okolica, i wyruszały na poszukiwania nowych miejsc pożywienia; 2) mieszkańcy obszarów klimatycznie niekorzystnych (które stały się takie np. wskutek zlodowacenia) dążyli do ciepłych krajów.
Nie odwołując się obecnie do Arnolda Toynbee, Mircei Eliadego i innych metahistoryków, przypomnijmy Borisa Fiodorowicza Porszniewa, jednego z pierwszych (jeszcze w czasach sowieckich), który odważył się wysunąć inną hipotezę: ze starych miejsc odchodzili młodzi, którym nie do wytrzymania było dłużej znosić dyktat starszych, ich ślepą wierność tradycjom oraz wymagania posłuszeństwa wobec młodszych (konflikt „ojców i dzieci” to w gruncie rzeczy wieczna sprawa). – Zob. Porszniew B.F. O początku historii ludzkości (Problemy paleopsychologii. M., „Myśl”, 1974).
Inna sprawa, że przybywszy na nowe miejsce, młodzi tworzyli swoje tradycje, potem sami stawali się starymi i wszystko zaczynało się od nowa…
Zatem pierwsze stulecia II tysiąclecia p.n.e. Do Indii i Iranu z północy wtargnęli Indoaryjczycy.
Indoaryjczycy byli jasnoskórzy („pierwsza podrasa piątej rasy”, jak mówią teozofowie). Wypchnęli na południe żyjących tam ciemnoskórych Drawidów (pozostałości czwartej rasy) i zaczęli tworzyć indyjską kulturę.
Z Mezopotamii do Palestyny wyruszyli Chamici-Kananejczycy (Fenicjanie), niosąc ze sobą zwyczaj handlu oraz fenicki (zmodyfikowany akadyjski) alfabet.
Nazywano ich Chamitami, gdyż według tradycji trzej synowie biblijnego Noego – Sem, Cham i Jafet – uważani są za protoplastów plemion, a nawet całych grup plemiennych. Tak więc Sem stał się protoplastą Semitów, czyli Żydów i Arabów, oraz szeregu innych ludów; Cham dał początek Chamitom, czyli południowym plemionom, głównie ciemnoskórym (Etiopczycy, Fenicjanie) – ich języki, choć spokrewnione z semickimi, są od nich znacznie bardziej oddalone. I wreszcie plemiona jafetyckie, potomkowie Jafeta, żyjący nad brzegami Morza Czarnego i na Kaukazie (Ormianie, Gruzini i wiele innych mniejszych ludów).
O nich i ich językach pisał Nikołaj Jakowlewicz Marr (1864–1934), syn Szkota i Gruzinki, wybitny rosyjski językoznawca, autor niezwykłej teorii semantyki systemowej (pochodzenie wszystkich słów od czterech prakorzeni: sal – ber – jom – rosz). Nie zdążył sformułować swojej teorii, została ona przedstawiona przez jego uczniów i bardzo nie spodobała się Stalinowi: „to… wróżenie z fusów kawowych” (J. Stalin. Marksizm a zagadnienia językoznawstwa, s. 33).
Dlatego jeśli kiedyś w bibliotece trafią się wam grube, białe z złotem tomy dzieł N.J. Marra, nie leniuchujcie i przeczytajcie cokolwiek: znajdziecie dla siebie wiele interesującego.Z miasta Ur w Sumerze wyrusza wraz z całym swoim rodem Abraham, syn Teracha, i idzie szukać szczęścia w Kanaanie (Fenicji) – zaczyna się historia Żydów. Nie bez powodu imię „Aw-Ra’am” oznacza „Ojciec ludu”. Z Arabii do Syrii i Mezopotamii ciągnęły plemiona innych semickich koczowników.
Jednak Żydzi jeszcze długo pozostawali prymitywnym ludem koczowniczym. Nie od razu osiedlili się w Palestynie, lecz jeszcze wędrowali do Egiptu, potem wracali, a Abraham wraz z żoną Sarą i bratem Nachorem przez długi czas uznawani byli za bogów-przodków, których kult przetrwał niemal do okresu niewoli asyryjskiej (VII w. p.n.e.).
Do Grecji znowu z północy wtargnęły plemiona Achajów – zaczyna się historia starożytnych Greków.
Achajowie wypchnęli żyjące tam plemiona – Driopów, Karijczyków, Pelazgów (Peleszet) – najpierw na wyspy Morza Śródziemnego, a potem do Afryki, Azji Mniejszej i Palestyny. Stąd „Filistyni” – Palestyńczycy.
Według niektórych hipotez, mniej więcej w tym samym czasie następuje kolejna fala zasiedlenia Ameryki Południowej: na terytorium Meksyku, Kolumbii i Peru napływają Olmekowie lub inne, nieznane nam plemiona, które zmieniły rolniczą protocywilizację.
Jedni Egipcjanie nigdzie się nie przenosili (co prawdopodobnie przyczyniło się do tego, że pozostali w erze Byka tak długo). W tym okresie Egipt jednoczy się pod władzą Teb – również miasta Stu Wrót, choć nie złotych. Tak nazywali je Grecy, w odróżnieniu od swoich, greckich Teb w Beocji, które nazywali Siedmiobocznymi. Jednak Egipcjanie nie pozostawali bezczynni, lecz prowadzili wojny i podbijali sąsiednie kraje – Nubię, Syrię, Palestynę, bądź sami byli podbijani (Hyksosi, później Persowie, a następnie Aleksander Macedoński).
Mimo to taka „wymiana” do końca ery Barana przyniosła ważne rezultaty: elementy kultury egipskiej, a przede wszystkim egipskiej ezoteryki, czyli spojrzenia na świat widzialny i niewidzialny, zostały przekazane wielu ich sąsiadom, począwszy od plemion Aszanti na południowym zachodzie, a kończąc na indiańskich plemionach na północnym wschodzie, o czym jeszcze będziemy musieli mówić. Sami Egipcjanie, jak przystało Bykom, prawie w ogóle nie przyjęli nowej idei, co potwierdza przykład faraona Echnatona.
Około 1500 r. p.n.e., kiedy Mojżesz wyprowadza Izraelitów z Egiptu, pojawia się faraon Amenhotep IV, który przyjmuje imię Echnatona i próbuje wprowadzić kult jedynego boga słonecznego – Atona. Jego śmierć kończy ten „monoteistyczny” kult – Egipcjanie nigdzie się nie przenosili, pozostając w epoce Byka, a kult „Pana” nie przyjął się. Jednak Izraelici, opuszczając Egipt, zabrali ze sobą tę ideę, a już w X wieku p.n.e. pojawia się u nich pierwsze zjednoczone królestwo Izraela i Judy (Sulejman ibn Daud, pokój z nimi obydwoma – dynastia Salomona). Nawrót „świadomości byka” ujawnia się u Izraelitów, kiedy Mojżesz na górze Synaj rozmawia z Bogiem, aby otrzymać od niego tablice przykazań jedynobóstwa, podczas gdy jego współplemieńcy budują sobie złotego cielca, któremu oddają cześć.
Jahwe miał żonę, którą nazywano Anat, opiekunkę miasta Hebronu, którego czyny jako wodza opisywano w „Księdze wojen Jahwe”, która do nas nie dotarła; był też bóg wojny Lacham oraz bogini śmierci Mot, bóstwo słoneczne Szamasz i wielu innych.
Jednak „barani” stan u Izraelitów okazał się nietrwały. Główny archetyp Izraelitów, Ryby (a dokładniej kwinkunks Ryby-Skorpion), słabo współgra z zasadami Barana, a ponadto Jahwe jest przecież bogiem saturnicznym, czyli ma do Barana bardzo pośredni stosunek. Prawdziwego rozkwitu idea Izraelitów osiąga dopiero w epoce Ryb, czyli praktycznie w naszych czasach. Ale ta myśl jest początkowo antypaństwowa, dlatego rozproszenie (Galut) jest naturalnym następstwem, a nie karą Bożą. I samo rozproszenie rozpoczęło się znacznie wcześniej niż zniszczenie świątyni przez cesarza Tytusa (9 lub 70 r. n.e.).
Do połowy II tysiąclecia p.n.e. ten proces został w zasadzie zakończony. Około 1400 r. p.n.e. chiński wódz Pan Geng przeprowadził swoje plemię nad rzekę Huanghe, gdzie zbudował „wielkie miasto Shang”, które dało nazwę dynastii i epoce chińskiej historii (Awdiejew W.I. Historia Starożytnego Wschodu. M., „Wyższa Szkoła”, 1969).
Praktycznie wszędzie powstały nowe królestwa, które od razu zaczęły ze sobą wojować. Żywioł Barana to żywioł ognia, pochłaniającego i pożerającego wszystko: Śiwa zrzucił swoje płodne nasienie w płomienie Agni, i narodził się bóg wojny Skanda, zwany także Karttikeja, Mangala oraz Kujja. Rozpoczął się długi okres podbojów i tworzenia wielkich królestw, „imperiów”: nie bez powodu w kartach Tarota z archetypem Barana wiąże się IV arkan, wszechmocny „Cesarz” lub „Władca”.
Baran uważany jest za „dom” Marsa. To przede wszystkim męski początek, zapładniający pole. W kosmogonicznych mitach pojawia się motyw zapładniania lub samozapładniania (słynny lingam Śiwy, egipski Atum „który zapłodnił samego siebie”, przypadki okaleczania wśród starożytnych greckich bogów i tytanów, a wreszcie przysięga „kładąc rękę pod udo” u semickich i niektórych innych ludów).
Udo (hebr. jarech) – rzecz jasna, późniejsza redakcja. Porównaj komentarze N.M. Nikielskiego i o. P. Florenskiego. Ogólnie wszystkie miejsca w Biblii, gdzie mowa o narządach płciowych, zostały starannie poprawione, choć można się w nich połapać. Przysięgano właśnie na narządy płciowe, kładąc pod nie prawą rękę. Nie bez powodu u Rzymian później nazywano je verenda, od słowa vere – „prawdziwie”.
Ten sam Baran, czyli kozioł lub baran, starożytny symbol żywiołu ognia, był symbolem ofiary przebłagalnej, oczyszczającej. Stąd „kozioł odpuszczenia” u starożytnych Izraelitów – czarny cap, na którego zrzucano wszystkie grzechy ludu, a następnie wypędzano go na pustynię, oddając demonowi Azazelowi. I mnóstwo rogaczy, kozłonogich i ogólnie kozłopodobnych bóstw: Ryba-Kozioł Ea, bóg mądrości u Babilończyków, złotorunny baran u Greków i wiele innych.
Mars-wojownik zastąpił Marsa-rolnika, gdyż metal Marsa to żelazo. Do 1500 r. p.n.e. większość ludów posiadała już żelazo. Rolnikom ery Byka nie było dane spokojne życie. Pokojowi męscy bogowie płodności, zamiast fallusa, zaczęli dzierżyć włócznię. Męski (janski) bóg płodności przemienił się w boga wojny, „uosobienie okrutnej wojowniczości, źródło zagłady, zniszczenia i krwiopluć” (Legendy i podania starożytnej Grecji i starożytnego Rzymu. Red. A.A. Niechardt. M., „Prawda”, 1987). Tak do obrazu mężczyzny, początkowo czystego symbolu siły jangu, doszły pojęcia przemocy i wojny, które, niestety, na długo ukształtowały świadomość i samoświadomość jednostki oraz społeczeństwa.
Klasycznym przykładem jest grecki Ares, zwany także rzymskim Marsem (Mawor). Początkowo był bogiem płodności i męskiej siły, w epoce żelaza stał się okrutnym bóstwem wymagającym krwi. Przed rozpoczęciem wojny, zwłaszcza z przeważającym przeciwnikiem, bogu wojny składano ofiary, często ludzkie.
Niemiecki poeta Ludwig Uhland napisał wiersz Ver Sacrum, „Święta wiosna” (przy okazji, powstał on dokładnie 165 lat temu, w listopadzie 1829 roku):
Wszystko, co do tej pory przechowywaliśmy w stodole,
Poświęcimy świętemu ogniowi:
Niech nie zna jarzma wół, jagnię – strzyży,
I niech nie chodzi osiodłany koń!
Uhland opisuje znaną rzymską legendę o tym, jak mieszkańcy miasta Lawinium, obleganego przez Etrusków, postanowili złożyć w ofierze Marsowi najlepszych młodzieńców i dziewczęta, uratowało ich jedynie cud: włócznia wbita w ziemię zapłonęła, a ofiara została odłożona (niestety, nie odwołana. Zob. Uhland L. Wiersze. M., „Chud. lit.”, 1988).
Ale najgorsze było nawet nie to. Mars w Baranie, „we własnym domu”, oznacza nie tylko agresywność i brak granic egoizmu, ale także zdradę, oszustwo, podłość. Kogoś, kto ci przeszkadza, należy zabić, jeśli jest słabszy. Jeśli jest silniejszy – należy go oszukać, aby nie zabił ciebie.
Aby nie szukać daleko przykładów, przypomnijmy „ojca narodów” Abrahama, który dwukrotnie выдаwał swoją żonę Sarę za siostrę, mając nadzieję, że obcy król „weźmie” ją i będzie mu życzliwy (Rdz 12:13, 20:2), lub historię Judyty, która zabiła śpiącego Holofernesa. Nie wspominając już o „sprawiedliwym królu Dawidzie”, który w młodości trudnił się rozbojami i nie gardził żadnymi środkami, aby umocnić swoje królestwo (Księga Królewska 1, 2).
Takich przykładów można przytoczyć mnóstwo, i to nie tylko z Biblii. Indyjscy, greccy, chińscy bogowie ukazują prawdziwe cuda przebiegłości i zdrady.
Ta prymitywna logika zwyciężyła w ludzkiej świadomości tak bardzo, że do końca ery Barana (pod wpływem ery Ryb) we wszystkich świętych księgach i prawach pojawia się przykazanie „Nie zabijaj”. A także inne przykazania, które miały położyć kres skrajnościom archetypu Marsa: „nie kradnij”, „nie kłam”, „nie cudzołóż”… (dziesięć przykazań biblijnych, pięć przykazań jogi i buddyzmu, tabu afrykańskich i amerykańskich protocywilizacji itd.). „Człowiek, który dopuścił się przemocy, powinien być uważany za większego łotra niż łajdak, złodziej i ten, który uderzył kijem” (Prawa Manu, rozdz. VIII. Tłum. S.D. Elmanowicz. M., 1992).
Kolejnym następstwem marsjańskiego charakteru ery Barana było powstanie wyobrażenia o liniowym lub „ośmowym” czasie, jak nazywają go niektórzy współcześni badacze. Zaokrągloność, cykliczność archetypu Wenus, zakładająca wieczną wymianę faz czasoprzestrzennych, ustępuje (prostej)liniowości, postępowości archetypu Marsa: kompleks kosmogonijnych idei wzbogaca się o ideę końca Wszechświata i łańcucha wcielen ludzkich, niebezpieczeństwo makrokosmosu i mikrokosmosu. Logiczne rozwinięcie tej idei prowadzi do „końca świata” lub Sądu Ostatecznego.
Sąd Ostateczny oznacza koniec kosmicznej ewolucji ludzkości lub jej przejście do czysto duchowego stanu. W indyjskim (wenusjańskim) ezoteryzmie jest to pochłonięcie materii przez pierwiastek duchowy, koniec „jednego dnia Brahmy”, w perskim (marsjańskim) – zwycięstwo Ormuzda nad Arymanem, dobra nad złem. W trójcy światowych religii (judaizm, chrześcijaństwo, islam) jest to ostateczne poskromienie zła-diabła, ukaranie grzeszników i nagroda dla wiernych, budowa Miasta Bożego.
„To ostatnie możemy rozpatrywać jako moralno-psychologiczną sublimację duchowego dyskomfortu jednostki, która nie akceptuje już porządku świata jako należnego, lecz nie jest w stanie niczego w nim zmienić” – pisze J.W. Pawlenko z Instytutu Archeologii AN Ukrainy. (Pawlenko J.W. Czasowy aspekt problemu Wyzwolenia-Ocalenia w kulturach „czasu osiowego”, w: Przestrzeń i czas w archaicznych kulturach, materiały kolokwium, M., 1992).
Tak rodzi się idea Zbawienia. Pawlenko i inni badacze wiążą ją z połową ery Barana (ok. 1000 lat p.n.e.), jednak jej ostateczną manifestację nabiera ona wyraźnie dopiero w epoce Cyrusa i Ezdrasza (VI–V w. p.n.e.).
Z ezoterycznego punktu widzenia Zbawienie jest oczyszczeniem z nagromadzonej skazy, czyli przywróceniem równowagi – indywidualnej lub światowej. Zgodnie z tym idea Zbawienia dzieli się na dwa modele – ponownie zacytujmy Pawlenkę: „Pierwszy, szczególnie charakterystyczny dla Indii, ale także szeroko rozpowszechniony w Grecji i Chinach, można określić jako indywidualne Wyzwolenie poza ramami czasoprzestrzennego kontinuum poprzez zespolenie ze światowym pierwotkiem (Brahma, Dao itd.). Drugi, reprezentowany w zaratustriańskiej i starotestamentowej ideologii, ale częściowo współbrzmiący także z konfucjanizmem, jawi się jako zbiorowe ocalenie u kresu czasu, w pewnym – centralnym – punkcie przestrzeni.
Tak więc nadzieja na automatyczną zmianę faz rozwoju kosmosu i jednostki ustępuje miejsca nadziei na wejście w poczet wybranych dzięki przynależności do odpowiedniej wspólnoty lub własnych indywidualnych starań, co sprzyja również ukształtowaniu i konsolidacji przyszłych religii światowych.
Równocześnie liczne lokalne panteony ostatecznie układają się w zwarte hierarchie na czele z bóstwem-zwycięzcą reszty. Jak trafnie zauważył F. Engels (w liście do K. Marksa z 18.10.1846 r.), „jedyny Bóg nigdy nie mógłby się pojawić bez jednego króla”.
Pod wpływem Barana następuje także transformacja archetypu Słońca (Baran to miejsce wznoszenia się Słońca): z sędziego (por. babiloński Szamasza jako opiekuna umów, hebrajską epokę Sędziów, szoftim, Apollona jako rozjemcy w zawodach itd.) przemienia się on w króla i zdobywcę. Mityzm staje się religią żołnierzy.
U Greków po upadku Troi (1200 r. p.n.e.) Zeus, jeden z młodszych bogów, opiekun Achajów, staje się głównym bogiem Olimpu.
Starożytni bogowie „byczego” okresu, tytani, i bezpośredni przodkowie olimpijczyków, Kronos i Uran („stary i morze”), przemieniają się w wrogów, a zwycięstwo nad nimi – w dobroczynny czyn. Tytani i centaury byli bóstwami bliskimi naturze, natomiast Kronos (który nie jest Saturnem, lecz Chronosem, bogiem Czasu) i Uran jako bóg niebieskich wód mają jeszcze bardziej archaiczne pochodzenie: wystarczy wspomnieć staroperskiego Zurwana oraz indoaryjskiego Warunę, zwanego przez Mary Boyce perskim Apam Napatem, bogiem wód ziemnych i niebieskich.
Współczesny ezoteryczny archetyp Saturna obejmuje obie te postaci: jest on zarówno strategiem-wojownikiem, jak i symbolem czasu oraz fizycznej śmierci. Jako strateg może być utożsamiany z Jahwe, którego ta postać została później przekazana Bogu-Stwórcy – Jahwe Zabaot (którego imię, nawiasem mówiąc, oznacza „uzbrojone” siły). Jako bóg czasu jest przede wszystkim Zurwanem, symbolem wiecznego i nieskończonego czasu, stojącym ponad dobrem i złem – gdyż jest on ojcem boga dobra Ormuzda (Ahuary Mazdy) oraz boga zła Arymana (Andhra Mainyu). I oczywiście, nasz znany obraz starej (lub starego) z kosą, symbolem śmierci. Ale śmierci ponownie tylko fizycznej, nie duchowej: nie bez powodu w większości kultur wyróżnia się „pierwszą” (fizyczną) oraz „drugą” (duchową lub ostateczną) śmierć.
Współczesny archetyp Urana znacznie różni się od wszystkiego, co w starożytności wiązano z tą planetą. Sprawa w tym, że obrazy bogów starożytności, jak już wspominaliśmy, czerpały swoją interpretację z cech ruchu planet. Jednak starożytnym znane były planety jedynie do Saturna; Uran został odkryty w 1781 roku, Neptun w 1846, a Pluton dopiero w 1930. Dlatego te, jak się je nazywa, transsaturnowe planety otrzymały imiona bogów, a nie odwrotnie. Okazało się jednak bardzo szybko, że dawne archetypy odpowiadają współczesnej sytuacji jedynie częściowo, i od razu rozpoczęła się ich uzupełnianie i dopracowywanie, które trwa do dziś.
Wystarczy powiedzieć, że współczesny uraniczny archetyp to Wodnik, czyli Rosja (a także, na przykład, Finlandia i Litwa). Jest to przede wszystkim nieprzezwyciężona tęsknota za wolnością, która przejawia się w nieuznawaniu żadnych obowiązków i zobowiązań. Ale jest to także nietrywialny, nieograniczony schematami umysł, rodzący coraz to nowe hipotezy, plany i wyobrażenia.
Zatem dążenie do centralizacji państwa doprowadziło do „centralizacji” kultu i obrazu świata. Ziemia zajmuje mocną pozycję w centrum Wszechświata. W centrum ziemi znajduje się święta góra (Olimp u Greków, Meru u Indów, góra Tabor u Żydów), na której przebywają bogowie. Idea nieskończonej zmienności cykli bytu w większości kultur ustępuje lub ulega uzupełnieniu ideą Zbawienia.
W tym okresie (rozpoczynającym się mniej więcej od XIII w. p.n.e.) rodzą się eposy (protobiblijne opowieści, Gilgamesz, Wedy, I Cing), pojawiają się pierwsze kodeksy praw (Hammurabiego) – początkowo w przekazie ustnym, a następnie jako zapisy, bardzo niedoskonałe. Dopiero pod koniec ery Barana, a dokładniej mniej więcej 500 lat przed początkiem naszej ery, zapisy te przybierają ostatecznie formę ksiąg, które w swej istocie dotarły do naszych czasów.
Tak powstają „pierwotne źródła” literatury religijnej, mitologicznej, historycznej. Po kilku wiekach niedoskonałość, a następnie utrata części zapisów doprowadzi do ich odnowienia, a nierzadko i do całkowitego przepisania. Przepisane lub napisane na nowo księgi są jednak za każdym razem ogłaszane „oryginałami”, a dla nadania im większego autorytetu ich autorem ogłasza się tego lub innego proroka, który w ciągu minionych wieków zdążył stać się legendarną postacią.
Tak Mojżesz, Zaratusztra, Budda, Konfucjusz stają się autorami swoich nauk. Nie bez powodu wszyscy oni należą (według legend) do tego samego okresu. Historia pisana jest retrospektywnie.
Pamiętacie u Bułhakowa? „Chodzi, chodzi za Mną jedna osoba z kozim pergaminem i cały czas coś zapisuje” – mówi Jeszua. – „Raz zajrzałem do jego zapisków… Nic z tego, co tam napisano, nie powiedziałem”.
Czy istnieli naprawdę Mojżesz, Zaratusztra i Budda? Prawdopodobnie tak, choć dla nas nie jest to obecnie najważniejsze. „A czy był chłopiec”, znaleziony w sitowiu, czyli Mojżesz, to pytanie dzisiaj już nie ma sensu. Tym bardziej że jeśli mowa o religii, to postawienie go w ogóle jest niestosowne. Z ekumenicznego zaś, czyli filozoficznego punktu widzenia nie jest on ważny: zarówno Mojżesz, jak i pozostali dawno stali się symbolami nie jednego, lecz wielu nauk, które do nich nawiązują swoją historię.
Przez Mojżesza, którego być może wcale nie było, a jeśli już, to czy był on Murzynem, czy też była to jakaś reminiscencja dotycząca samego Echnatona, został retrospektywnie dobudowany żydowski prawo (Tora). Było to konieczne ogniwo, otwarte w epoce niewoli babilońskiej: w Babilonie nikt (!) nie słyszał o Mojżeszu i jego prawach. Wtedy Ezra, którego rola w historii Starego Testamentu jest nawet większa niż rola Mojżesza, przywrócił ostatniego, już prawie pochłoniętego przez historyczne niebycie.
Zoroastra liczy się nawet trzech: pierwszy – wnuk Noego, syn Chama (granica er Bliźniąt i Byka), drugi – współczesny Mojżeszowi (rozkwit ery Barana), trzeci – współczesny Ezdrze (VI–V w. p.n.e.). Trudno jest ocenić, który z nich był postacią historyczną i w jakim stopniu. Brytyjska badaczka Mary Boyce przypuszcza, że historyczny Zaratusztra był młodszym współczesnym Mojżesza, czyli żył między 1500 a 1200 r. p.n.e. (Zoroastrianie. Wiary i obyczaje. M., „Nauka”, 1988), co potwierdza typ myślenia przedstawiony w najstarszych warstwach Awesty, jednak jej kanoniczna redakcja nie jest starsza niż epoka Ezdry.
Istnienie księcia Siakjamuniego, czyli Gautamy Buddy, historycy kwestionują mniej, a realność Konfucjusza, zdaje się, nie budzi wątpliwości nikogo, choć osobowość jego współczesnego Lao-cy wciąż wywołuje spory.
To właśnie niedoskonałość starożytnych ksiąg uczyniła je później najbogatszym źródłem nauk ezoterycznych. Wszak w tych naukach najważniejsze jest tłumaczenie, a luki, wielokrotnie redagowane teksty, zawierające ponadto mnóstwo zapomnianych lub zmieniających swoje znaczenie słów, można interpretować bardzo szeroko.
Nie bez powodu wybitny ezoteryk i największy filozof naszych czasów, Piotr Demianowicz Uspienski, potrafił tak wytłumaczyć Cztery Ewangelie, że u czytelnika nie pozostają żadne wątpliwości: Jezus nie był bóstwem ani działaczem religijnym, lecz nauczycielem ezoterycznym na wzór Apolloniusza z Tiany lub samego Buddy (Nowy model Wszechświata. SPb., 1993, rozdz. 4).
Właśnie w okresie ery Barana, szczególnie w jej drugiej połowie, wyróżniają się osoby posiadające „nadprzyrodzone” zdolności, czyli te, które wchodzą w bezpośredni kontakt z Bogiem w formie objawienia, posługując się terminem starożytnych, lub po prostu podejmują trud myślenia nad prawidłowościami świata i człowieka, jeśli podejść do tego z punktu widzenia filozofii ezoterycznej. Można je podzielić na trzy kategorie: 1) królowie i arcykapłani, którzy posiadają je niejako z definicji; 2) prorocy, którzy po kilku wiekach zasłużyli na uznanie, oraz 3) magowie (fałszywi prorocy), którzy po kilku wiekach zasłużyli na potępienie. Co więcej, w czasach ich działalności różnica między drugimi a trzecimi nie istniała: współcześni nie byli w stanie ocenić, kto z tych, którzy ogłosili się prorokami, mówi prawdę.
Przy okazji o prawdzie i istocie. W języku rosyjskim nie są to synonimy, choć obecnie oba te słowa często się myli. Jeśli „istota” to to, co istnieje, „prawda” to PRAWO (wspomnijcie „Russkaja Prawda” – zbiór praw Wielkiego Księstwa Kijowskiego). Nie bez powodu Poncjusz Piłat pyta Jezusa nie „co jest prawdą” (prawo znał), lecz „co jest istotą”. Dlatego tytuł gazety „Prawda” oznaczał coś zupełnie innego, niż myśleli jej założyciele, wybierając taką nazwę.
O pojęciu istoty w innych językach istnieje dobre, choć krótkie opracowanie u Pawła Fłorienskiego (Słup i utwierdzenie istoty. SPb., 1915). Tak więc, jeśli w języku hebrajskim istota (Emeth) pochodzi od rdzenia AMAN – „być mocnym”, w znaczeniu przenośnym „wiernym”, stąd „amen”, to w grece jest to alétheia, zaprzeczenie a + lēthos (lathos) – „błąd”, czyli „bezbłędny”. U Rzymian zaś jest to przede wszystkim termin prawny (veritas), oznaczający prawdziwy sąd jako antonim fałszywego (por. true i false w algebrze Boola i dzisiejszej logice komputerowej), ale wywodzi się on ostatecznie od verenda – przypomnijcie starą przysięgę.
Tytuł proroka przyznawany jest jedynie retrospektywnie i tylko tym, których nauczanie odpowiada wezwaniu czasu (niem. Zeitgeist) lub przynajmniej nakazom panującego władcy. Jednak pisma fałszywych proroków również są zachowywane – prawda, często przypadkowo – aby później stać się materiałem do rozważań dla licznych sekt różnego rodzaju, które pojawiają się na dwa-trzy stulecia przed początkiem naszej ery (syfianie, faryzeusze, saduceusze, esseńczycy). Ale oni należą już do ery Ryb.
W tym czasie wreszcie zaczynają rozwijać się odrębne dyscypliny ezoteryczne, przede wszystkim astrologia i wróżbiarstwo. Początkowo służyły one nie indywidualnym potrzebom człowieka, lecz były, by tak rzec, jednym z narzędzi polityki państwowej. Składano horoskopy królów i państw, nowe miasta zakładano w specjalnie wybranym dniu. W Chinach lekarze, astrolodzy i wróżbici znajdowali się na służbie cesarskiej na równi z kopistami i innymi urzędnikami.
W drugiej połowie ery Barana (I tysiąclecie n.e.) największym centrum rozwoju myśli ezoterycznej staje się Babilon. Właśnie tam opracowywana jest matematyka w oparciu o system dziesiętny, dwudziestkowy i sześćdziesiątkowy, zasady numerologii. Tam też został sporządzony pierwszy (z zachowanych) indywidualny horoskop – dla jakiegoś dworzanina, ale jednak nie dla króla (410 r. p.n.e.).
W VI w. p.n.e. astrologia i numerologia przenikają z Babilonu do Grecji. Otwiera swoją szkołę Pitagoras. Rozpoczyna się przeróbka starożytnych tekstów: obok sensu sakralnego wkładany jest w nie także sens filozoficzny. Wszak filozofia w naszym rozumieniu zaczyna się właśnie od tego czasu (Sokrates, Platon).
I wreszcie ostatnie trzy wieki przed naszą erą dają prawdziwy rozkwit religijnej, filozoficznej i ezoterycznej myśli. Nadchodzi era Ryb: żywioł ognia (Baran) łączy się z żywiołem wody i tworzy się para, mgła – nic nie widać, przyszłość jawi się ludziom mglista, zgubna, ponadto wokół trwa wojna, a koniec świata wydaje się rychły i nieuchronny.
Pojawiają się książki o głębokiej treści filozoficznej: „Eklezjastes”, „Nauczanie Ben-Siry” (Księga Jezusa syna Syracha), alegoryczne „Przypowieści” i „Pieśń nad pieśniami”, przypisywane Salomonowi (III w. p.n.e.); rozwija się gatunek literatury apokaliptycznej (Objawienie Eliasza, Adama, Ezdrasza i wreszcie Apokalipsa św. Jana – nowotestamentowy Apokalipsa), literatura czysto mistyczna: Księgi Henocha, Sybilli itd. Het Monster. Historia nauk ezoterycznych. Wykład 4. Chiny i Tybet
Środkowe Państwo
Zacznijmy od Chin jako centrum Dalekowschodnich cywilizacji, skąd wiele zdobyczy myśli ludzkiej rozprzestrzeniało się na sąsiednie kraje – Tybet i Mongolię, Koreę, Japonię i Wietnam. Jasne jest, że mowa nie tylko o papierze i tuszu, porcelanie i makaronie, ale przede wszystkim o ideach i wyobrażeniach, mających wyjaśnić ustrój otaczającego świata i rolę w nim człowieka.
Te wyobrażenia ostatecznie ukształtowały się, a ściślej mówiąc, zostały sformułowane do końca ery Barana (VI–V w. p.n.e.) i zachowały się niezmienione w swej istocie do naszych dni, stanowiąc podstawę wszystkich trzech głównych nurtów chińskiej myśli religijno-filozoficznej: taoizmu, konfucjanizmu i buddyzmu. Nawet przenikanie z Zachodu nowych religii (chrześcijaństwa i islamu różnych odłamów), które rozpoczęło się w drugiej połowie I tysiąclecia n.e., oraz nowych teorii filozoficznych, które zaczęły się dopiero pod koniec XIX w., jedynie coś dodało do światopoglądu mieszkańców Azji Wschodniej, ale nic nie zmieniło w istocie.
Obecnie, oczywiście, wiedzą, że Ziemia krąży wokół Słońca, znają wszystkie osiągnięcia współczesnej nauki i same w niej wiele osiągnęły, jednak ich światopogląd, a przez to w dużej mierze sprawy i czyny, określane są właśnie tradycyjnym obrazem świata, ezoterycznym w swej istocie. Nie bez powodu amerykański sinolog J. Needham uznawał nawet, że chińskie myślenie jest najbliższe całemu światu (uniwersalnej, ekumenicznej) filozofii przyszłości (Needham, J. Science in Traditional China: A Comparative Perspective. Cambridge / Mass. / – Hong Kong 1981).
Chińczycy od dawna nazywali swój kraj Państwem Środka (Zhong Guo), uważając, że nie „obraca się wokół niczego”, lecz znajduje się w centrum nie tylko ziemskiego bytu, ale całego wszechświata. Na północy żyją barbarzyńcy, na południu — spokrewnione plemiona, na zachodzie wznoszą się góry, a na wschodzie rozciąga się ocean, lecz i tam mieszkają różne ludy lub przynajmniej istoty spokrewnione z nimi, jak na górze Penglai, siedzibie nieśmiertelnych, położonej gdzieś za horyzontem. Nad Chinami znajdują się Nieba, zamieszkane przez niezliczoną liczbę bogów różnych rang, a pod nimi — piekła, królestwo potężnego Yama, władcy nad całą armią urzędników i sędziów, którzy rozstrzygają „sprawy” nowo przybyłych dusz.
Prawdę mówiąc, w dawnych czasach u Chińczyków królestwo umarłych również znajdowało się na powierzchni Ziemi, gdzieś daleko na północy. Jednak trójczłonowy schemat podziału świata w pionie został zachowany: pomiędzy Niebem a Ziemią znajdował się Człowiek. Łatwo w nim dostrzec znaną nam „piramidę”, wspólną dla wszystkich starożytnych kultur: trzy „piętra” w pionie, cztery strony świata w poziomie.
Jednak wyobrażenie o „środkowym” położeniu swojego państwa zmusiło Chińczyków nie tylko do wprowadzenia piątego członu (środka) w postrzeganiu poziomej struktury świata, ale również pozwoliło im tak szeroko rozwinąć i zmodyfikować ten schemat, że stał się on podstawą metodologii poznania, determinując ostatecznie swoistość chińskiego myślenia, która czyni je dla nas, Europejczyków, przynajmniej trudnym do zrozumienia, jeśli nie powiedzieć zupełnie niezrozumiałym. Właściwie prawdziwe badania (i uświadomienie!) zachodniochińskiego modelu świata rozpoczęły się dopiero w XX wieku, i to stopniowo, po kawałku, a nawet wówczas rzadko udaje się złożyć z nich całość.
Nie bez powodu Artem Igoriewicz Kobziew pisze, że to właśnie „nauka o symbolach i liczbach” (numerologia), która legła u podstaw chińskiego światopoglądu, jako najbardziej naturalna, czyli najbardziej odpowiadająca strukturze ludzkiej świadomości, pomogła temu światopoglądowi zachować swoje główne cechy przez tysiąclecia (!), podczas gdy w Europie w tym czasie zmieniły się ich dziesiątki, jeśli nie setki.
W ogóle książka Kobziewa („Nauka o symbolach i liczbach w chińskiej klasycznej filozofii”, Moskwa, „Wschód. Lit.”, 1994) jest bardzo szczegółowym i precyzyjnym źródłem informacji o chińskim modelu świata. W skróconej formie informacje te zostały przedstawione w jego artykule „Cechy filozoficznej i naukowej metodologii w tradycyjnych Chinach”, opublikowanym w zbiorze: „Etyka i rytuał w tradycyjnych Chinach”, Moskwa, „Nauka”, 1988.
W pewnym stopniu jest to związane, oczywiście, z cechami chińskiego języka, gdyż język jest podstawą myślenia. Tak więc w języku chińskim nie ma czasownika łącznego „być”, jak w większości języków europejskich.
Nawet w języku rosyjskim on jeszcze występuje, choć w okrojonym kształcie: obecnie nie mówimy już „az esm’”, jak mówili dawni Rusini, ani „jestem Polakiem” (po polsku — „Jestem Polakiem”), a w czasie przeszłym on również zanikł: mówimy „biegałem”, a nie „byłem biegającym”, jak Serbowie. Jednak podobny rozwój języka rosyjskiego w połączeniu z wyobrażeniem o roli Rosji-Wodnika w erze Wodnika napawa nadzieją, że to właśnie my będziemy mogli lepiej lub przynajmniej szybciej zrozumieć Chiny niż mieszkańcy Zachodu.
Dlatego pytania, które tak zajmowały i nadal zajmują użytkowników języków europejskich — esencja i egzystencja, byt i niebyt, jedność i różnica, czyli terminy utworzone w językach europejskich poprzez substantywizację różnych form czasownika „być”, — w chińskiej filozofii w ogóle nie były stawiane. Chińczycy, a za nimi mieszkańcy innych państw obszaru, rozróżniali jedynie istnienie i nieistnienie. Jeśli rzecz istnieje, można ją wyrazić słowami. Jeśli nie istnieje, jest niewyrażalna. A niewyrażalne można wyrazić jedynie poprzez milczenie… Stąd biorą się korzenie „Kultury ciszy” u Japończyków.
Piątka i dziesiątka
Ale powróćmy do modelu świata. „Od Prawdy narodził się Jeden, od Jednego narodziły się Dwa, z Dwóch powstały Trzy, z Trzech — wszystkie niezliczone rzeczy”, jak powiedziano w księdze „Dao De Jing”. Dwa i trzy w sumie dają pięć — pięć stron świata: wschód, południe, zachód, północ i środek. Według tego rozdziela się żywioły, czyli pierwioelementy natury:
wschód — drewno — niebieski (zielony) — Jowisz
południe — ogień — czerwony — Mars
środek — ziemia — żółty — Saturn
zachód — metal — biały — Wenus
północ — woda — czarny — Merkury
Ponadto jest to ezoteryczny porządek wymieniania żywiołów: taki sam występuje w kalendarzu i w różnorodnych filozoficznych ekspozycjach. Do wyjaśniania zjawisk przyrody i procesów zachodzących w społeczeństwie stosowano inny porządek: ziemia, woda, ogień, metal, drewno.
Ze stronami świata łączą się określone kolory, a także planety Układu Słonecznego. Można je przedstawić w postaci zwykłej „róży wiatrów”, umieszczając „ziemię” w środku:
Jest to tzw. „Jasny tron” (Ming Tang), główna klasyfikacyjna +———–+ schemat. Jeśli uwzględnić również pośrednie „rymby” (SW, NW itd.), to +———–+ powstanie pełny lub dziewięcioelementowy Ming Tang, magiczny kwadrat 3×3, enneagram. +———–+ | | S | | Nie bez powodu mówi się: „za pomocą trójek porządkuje się piątki”. Tak +—+—+—| wygląda, nawiasem mówiąc, i karta urodzeniowa w chińskiej +—+—+—| astrologii. | O | M | W | |—+—+—| | | N | | +———–+
Taki sam schemat można przedstawić również w postaci pentagramu:
czerwony OGIEŃ Mars
południe
serce — cienki jelito /> (Trzy obiegi — Ośrodek)
niebieskie DRZEWO Jowisz _ _ _ _ żółta ZIEMIA Saturn
wschód. . środek
wątroba — woreczek żółciowy . żołądek — śledziona
. .
czarna WODA Merkury biały METAL Wenus
północny zachód
nerki — pęcherz moczowy płuca — jelito grube
Stąd — „Pięć komór ciała” lub „Pięć gęstych organów” (Zhang): wątroba, serce, śledziona, płuca i nerki. I ogólnie wiele rzeczy i pojęć, które grupują się w piątce, włączając Wujing, słynne konfucjańskie Pięcioksiąg (Shujing, Shijing, Yijing, Liji oraz Chunqiu).
Według buddystów organizm ludzki składa się z pięciu substancji: naczynia, kości, mięśnie, skóra i krew. Szkielet również składa się z pięciu głównych części: czaszka, kręgosłup, łopatki, żebra i kości długie w kończynach (kości miednicy są postrzegane jako odmienione łopatki). Zauważmy dalej, że na rękach i nogach jest po pięć palców. Kręgosłup również dzieli się na pięć odcinków — szyjny, piersiowy, grzbietowy, lędźwiowy i krzyżowo-guziczny. Głównych organów zmysłów jest pięć: wzrok, słuch, węch, smak, dotyk. Człowiek wydziela pięć płynów: śluz, ślinę, pot, mocz, łzy. Spożywa pięć substancji z otoczenia: powietrze, wodę, minerały, mięso, rośliny.
Płód w łonie zaczyna się poruszać w piątym miesiącu, w dziesiątym — rodzi się. Jeśli człowiek choruje, towarzyszą mu pięć dźwięków: kaszel, kichanie, ziewanie, odbijanie, czkawka. Kaszel — oznaka działalności płuc, kichanie — nosa, czkawka — gardła, ziewanie — nerwów, odbijanie — żołądka.
Jeśli europejscy astrolodzy wyróżniają cztery temperamenty, to buddyści — pięć: 1. choleryk (impulsywny typ); 2. sangwinik (emocjonalny); 3. flegmatyk (twardy, sztywny); 4. melancholik (cichy); 5. pośredni lub spokojny.
Jednak każdy z żywiołów istnieje niejako w dwóch wariantach — mocnym i słabym, męskim i żeńskim: yang i yin. W sumie otrzymujemy dziesięć — Dziesięć Niebiańskich Pni (Tian Gan) lub statycznych znaków, podstawa chińskiego kalendarza i astrologii, oraz Dziesięć głównych organów — do Pięciu gęstych dodaje się Pięć pustych organów (Fu) — woreczek żółciowy, jelito cienkie, żołądek, jelito grube i pęcherz moczowy. Tak powstają Dziesięć głównych meridianów ludzkiego ciała, podstawa chińskiej medycyny.
Szóstka i dwanaście
Uporządkujmy te dwie piątki. Nie bez powodu powiedziano „jedynka jest większa od piątki” (Mo Di): jedynka to ręka, a dokładniej dłoń, „uogólniająca” pięć palców. Dziesięć palców to dwie dłonie, dziesięć plus dwa daje dwanaście.
Można podejść do tego z innego punktu widzenia. (Nie bez powodu pojęcie „dao” również ma dwie strony: przecież to nie tylko droga, ale i proces ruchu). Gdzieś pięć, tam i sześć: Chińczycy nie zaprzeczali istnieniu żywiołu powietrza. Powietrzem oddycha człowiek i wszelkie życie; powietrze jest uosobieniem życiowej energii „cy” (w różnych źródłach nazywanej także „chi” lub „ki” – porównaj gimnastykę Qi-gong, terapię Re-ki itd.).
Co prawda, Chińczycy nie zaliczali „cy” do zwyczajnych żywiołów, uważając, że jest czymś większym niż żywioł, gdyż przenika cały światobudowę. Mimo to uwzględniali ją w swoich schematach, umieszczając człowieka jako symbol „cy” w środku pentagramu i otrzymując w ten sposób schemat sześcioczłonowy. Jednak każdy człon tego schematu ma dwie formy – yang i yin, a zatem w sumie ponownie otrzymujemy dwanaście.
Na Tybecie poszli jeszcze dalej, włączając powietrze (cy) bezpośrednio do żywiołów i dzieląc je na dwie triady: ziemskie żywioły – ziemia, woda, drewno oraz niebiańskie – metal, powietrze, ogień. Tak więc trójki ponownie porządkują piątki. Powstaje heksagram:
NIEBO ogień
metal powietrze
——————————————–
ziemia woda
ZIEMIA drewno
Ten schemat nosi wyraźny ślad buddyzmu, który przybył z Indii, gdzie ezoteryzm rozwijał się nieco inaczej (bliżej naszych wyobrażeń) – przypomnijmy sobie indyjską heksagramę przedstawiającą trzy pary bogów, mężczyzn i kobiet, symbolizujące sześć zmysłów:
Śiwa (rozum)
Lakszmi _ _ _/_ _ _ Saraswati (dotyk) / / (słuch) / / Brahma /_ _ _ _ _ _ Wisznu (wzrok) / (smak)
Kali (węch)
A podwójna heksagram, jak wiadomo, również daje dwanaście. Tak powstaje kompleks Dwunastu Ziemskich Gałęzi (Di Zhi) lub dynamicznych znaków, najważniejsza część chińskiego kalendarza i astrologii – zresztą jedyna, dobrze znana na Zachodzie: to 12 cyklicznych znaków. Szczur, Byk, Tygrys, Królik i tak dalej.
Jednak na Zachodzie sprawa ograniczyła się do drukowania najpopularniejszych broszur na temat tego, co oznacza urodzić się w roku Smoka lub Psa. A nam już wiadomo, że ten system jest znacznie bardziej złożony i głębszy.
Na marginesie, Smok u ludów Dalekiego Wschodu wcale nie przypomina owego ohydnego potwora, jakim postrzega go nosiciel naszej judeochrześcijańskiej kultury. U Chińczyków jest to wcielenie jasnej siły, symbol płodności. W taoizmie Smok to symbol twórczej siły, zmaterializowana myśl. Niebiański Smok uosabia także ujście Drogi Mlecznej, miejsce spotkania cząstek materii i ludzkich dusz.
Chiński (i ogólnowschodni) kalendarz składa się z dwóch równolegle przebiegających okresów: Tian Gan oraz Di Zhi, Dziesięciu Niebiańskich Pni i Dwunastu Ziemskich Gałęzi, co w sumie daje sześćdziesięcioletni cykl. Cykl rozpoczyna się od roku Drzewa-yang i Szczura (obecny cykl rozpoczął się w 1984 roku). Następnie następuje rok Drzewa-yin i Byka, potem Ognia-yang i Tygrysa i tak dalej. Różna wielkość obu okresów (10 i 12) zapewnia rotację połączeń żywiołów i cyklicznych znaków. W ten sam sposób następują po sobie statyczne i dynamiczne znaki miesięcy oraz dni roku. Szczegółowe informacje na ten temat można znaleźć w książce: Cybulski W.W. Księżycowo-słoneczny kalendarz krajów Azji Wschodniej. M., „Nauka”, 1988; Kłimišin I.A. Kalendarz i chronologia. M., „Nauka”, 1985.
Tak powstaje główna chińska kosmograme, która ma kształt Jasnego Tronu Ming-Tan:
+—————————————–+ |5 |3 |1 | | | | | | żywioł | żywioł | żywioł | | dnia | miesiąca | roku | | | | | |————-+————-+————-| |6 |4 |2 | | znak | znak | znak | | dnia | miesiąca | roku | | | | | | | | | |————-+————-+————-| |9 |8 |7 | | | | | | ukryte symbole żywiołów | | | | | | | | | +—————————————–+
Dalej. Do dziesięciu meridianów ludzkiego ciała dodaje się jeszcze dwa – „Pana serca” (osierdzia) i Trzech Ogrzewaczy (później zostały dodane tak zwane „cudowne meridiany” oraz jeszcze niektóre, ale one nie są włączane do głównego schematu). Tak powstaje dwunastosektorowe koło lub „żółw”, które stanowi najważniejszy schemat członkowania świata.
Dlaczego żółw? W Mongolii istnieje taka legenda:
Dawno temu, w dawnych czasach żył biegły łucznik-myśliwy. Pewnego razu polował nad brzegiem jeziora i trafił w dziwnego zwierza. Była to żółwica. Upadła, trafiona, i przewróciła się, leżąc do góry brzuchem. Podszedł do niej myśliwy. Widzi – w czterech łapach grudki gliny. Pod przednimi łapami leży odłamek drewnianej strzały z żelaznym grotem, z pyska bucha żar, z innego otworu wylewa się woda.
Patrzył, patrzył myśliwy i zrozumiał, że ziemia, żelazo, drewno, woda i ogień są tymi pięcioma żywiołami, z których składa się Wszechświat. W rysunku przedstawiającym żółwia ponownie „trójki porządkują piątki”, a 10 statycznych znaków łączy się z 12 dynamicznymi:
ŻÓŁW
Południe głowa Wąż Koń ogień-yin ogień-yang PD ———— PZ łapa Smok / Owca łapa wiatr (yang) / ziemia (yin) /
Królik | | Małpa drewno-yin | | metal-yang WSCHÓD | | ZACHÓD Tygrys | | Kogut drewno-yang | | metal-yin / / Byk / Pies góra (yin) ————– pustka (yang) PN Szczur Dzik PNW łapa woda-yang woda-yin łapa ogon PÓŁNOC
Oto i żółw – można by rzec, żywy model świata. W jednej tybetańskiej buddyjskiej sutrze powiedziano:
„Cały Wszechświat mieści się na żółwiu. Jego głowa skierowana jest na południe, ogon – na północ, łapy na wschód i zachód. Południe zawiera żywioł „ognia” i odpowiada znakom Konia i Węża; zachód to „metal” lub Kogut i Małpa; północ to „woda” lub Dzik i Szczur; wschód to „drewno” lub Tygrys i Królik” (cyt. za: Skorodumowa L. Dzurhaj: buddyjska astrologia).
Dla mieszkańców Chin i Mongolii pancerz żółwia służył niejako naturalną tablicą do wróżenia: nawet Księga Przemian, jak wiadomo, ma związek z pancerzem żółwia.
Służył on także symbolem światowej harmonii, niezmiennej kosmicznej równowagi (Waga) – nie bez powodu uważano, że i ziemia spoczywa na grzbiecie ogromnej żółwicy. Stąd zasada: nie rób nic, co mogłoby naruszyć tę równowagę. Naruszenie równowagi jest grzechem, winą, za którą nie sposób uniknąć kary. Zachowanie jej jest cnotą (de), za którą nie należy się szczególna nagroda. Do zachowania równowagi prowadzi dwudzielna droga, czyli dao: przestrzeganie obrzędów i poznanie.
Jednocześnie termin „de”, jedynie w okresie ery Barana nabrał znaczenia „dobroczynności” na wzór greckiej „kalogagatii” („niepożądanie zła”), w wcześniejszych czasach oznaczał siłę sakralną, czyli boską, która wlewa się tylko w człowieka gotowego ją przyjąć – przypomnijmy proroków żydowskich, greckie Pytie, szamanów, berserków, świętych chrześcijańskich…
Poza tym koło (żółw) jest symbolem cykliczności, powtarzalności wszystkiego i wszystkich. Tu wyraźna reminiscencja do wyobrażeń ery Byka (świat jest dobrze urządzony i nie ma potrzeby go zmieniać), ale w nieco innej formie (świat jest tak urządzony, jakim jest, i nic nie można zmienić) – nie bez powodu większość kultur Dalekiego Wschodu opisuje się archetypem Wagi, a Waga, podobnie jak Byk, jest domem Wenus.
Chińskie meridiany są parzyste, czyli zakładają interakcję dwóch przeciwnych sektorów koła, na przykład serca i pęcherzyka żółciowego. Pomiędzy nimi następuje wymiana energii. Oznacza to, że na przykład leczenie zaburzeń jednego meridianu można przeprowadzić poprzez drugi. W ten sam sposób powiązane są ze sobą archetypy znaków Zodiaku, na przykład Baran-Waga. Stąd nie dziwi, że w epoce Barana aktywizowały się liczne elementy przeciwnego archetypu, Wagi, a w kulturze Japonii oba są reprezentowane niemal równie.
Ale wróćmy do naszego rysunku. Na nim widać, że wśród głównych składników „żółwia” pojawiła się ósemka.
Ósemka
drzewo wiatr | ogień ziemia | była metal pusta | ziemia woda góra |
Pojęcie ośmiu żywiołów — czterech wielkich i czterech małych, stanowiących piąty — sięga czasów starożytnych. Jednakże największy swój rozwój, łącznie z nazwami (wspomnijmy *zhengming*), interpretacjami oraz zasadami praktycznego zastosowania, osiem żywiołów uzyskało dopiero pod wpływem buddyzmu (por. „ośmioraką ścieżkę moralnego działania”), choć w jego ojczyźnie, w Indiach, rola ósemki jako liczby sakralnej pozostała dość skromna.
Termin „pusta” również ma indo-buddystyczne pochodzenie (a co za tym idzie — znaczenie): jest to *shunyata*, wielka pustka jako naczynie, istota Adibuddhy. Jak powiedziano o tym w księdze *Dao De Jing*:
„Trzydzieści szprych i piasta tworzą koło, lecz jedynie pusta przestrzeń między nimi stanowi istotę koła. Dno i ściany z gliny tworzą dzban, lecz jedynie pusta przestrzeń między nimi stanowi istotę dzbana.”
Znany nam „Światły Tron” (Ming Tang), jak pamiętamy, zawiera ósemkę: są to komórki magicznego kwadratu bez środkowej. Razem ze środkową tworzą dziewiątkę. Szczególnie szeroki rozwój, jako jedna z podstaw teorii poznania, ósemka i dziewiątka uzyskały na Tybecie, gdzie ośmio- i dziewięcioletnie cykle zostały włączone do kalendarza:
Osiem żywiołów i dziewięć kolorów
1 woda 1 biały
2 ziemia 2 czarne
3 żelazo 3 niebieskie
4 pusta 4 zielone
5 ogień 5 żółte
6 góra 6 białe
7 drzewo 7 czerwone
8 wiatr 8 białe
(W rzeczywistości kolorów jest sześć, niektóre się powtarzają, jednak są one uwzględniane wraz z liczbą, tj. z ich porządkowym numerem, co daje niezbędną dyferencjację — i nietypowe dla nas sformułowanie).
Rok, miesiąc i dzień są sprawdzane nie tylko według 10 statycznych i 12 dynamicznych znaków, lecz także według 8 żywiołów i 9 kolorów. Każdy człowiek zna lub może obliczyć swój żywioł i kolor, co pozwala określić dla niego pomyślne i niepomyślne dni, wybrać zawód lub wybrankę itp.
Księga Przemian
Ósemka stanowi podstawę wykładu znanego materiału *Księgi Przemian* (I Ching). Opisuje ona 64 heksagramy, powstałe poprzez kombinację ośmiu głównych trygramów. Istnieje także traktat *Nan Jing* — jeden z najstarszych w Chinach traktatów medycznych, którego podstawę stanowi dziewiątka: określa on 81 złożoności klasycznej medycyny. To dało powód naszemu sinologowi W.S. Spirinowi nazwać *I Ching* „lekkim”, a *Nan Jing* — „ciężkim” traktatem, na tej podstawie, że *I Ching*, według niego, operuje dwuwymiarowym, a *Nan Jing* — trójwymiarowym schematem podziału świata. Następnie podejmuje on próbę podziału lub rozdzielenia w ten sposób wszystkich chińskich traktatów filozoficznych, co, jak już teraz rozumiemy, jest błędne, gdyż „wymiarowość” we wszystkich przypadkach jest taka sama (trzy w pionie, cztery w poziomie), różni się jedynie liczba elementów uwzględnianych. Szczegółowiej zob.: Spirin W.S. *Budowa starożytnych tekstów chińskich*. M., 1976.
Traktat *Nan Jing* z uwagi na jego specyficzne ukierunkowanie rozpatrywać nie będziemy, choć zainteresowani mogą zapoznać się z nim w opracowaniu Denisa Aleksandrowicza Dubrowina: *Trudne pytania klasycznej medycyny chińskiej*, Ł., „Asta Pres”, 1991.
Księga Przemian operuje przede wszystkim ośmioma głównymi trygramami (*Ba Gua*), z których cztery do dziś zdobią flagę państwową Republiki Korei Południowej. Są to te same, już nam znane, osiem żywiołów — cztery wielkie i cztery małe, choć nazywane są one nieco inaczej:
—– —– 乾 *qian* niebo twórczość
— — — — 坤 *kun* ziemia wykonanie
— — — — 震 *zhen* grzmot pobudzenie
— — —– 坎 *kan* woda niebezpieczeństwo
—– — — 艮 *gen* góra nieporuszoność
—– —– 巽 *sun* wiatr wyrafinowanie
—– – 离 *li* ogień jasność
— — —– 兑 *dui* zbiornik radość
Z ośmiu trygramów składają się 64 heksagramy, z których każdy towarzyszy aforystyczny opis. Później, w ciągu następnych stuleci, dołączano do nich mniej lub bardziej obszerne komentarze językoznawcze, literaturoznawcze lub filozoficzne.
W ogóle aforystyczność starożytnych ksiąg zmuszała czytelników kolejnych epok do opatrywania ich komentarzami z uwagi na własne rozumienie — weźmy choćby *Księgę Przemian*, Stary Testament czy Awestę. Nawet nie tak dawna „Ketabe Akdes” Bahá’u’lláha, napisana w czasach Napoleona III, obrosła już całą biblioteką komentarzy.
Prawdopodobnie miał rację Julian Konstantinowicz Szczucki, mówiąc, że początkowo *Księga Przemian* powstała jako składowisko czysto wróżebnych reguł, praktyczny podręcznik wróżenia. Przecież w okresie ery Barana wszędzie, a w Chinach szczególnie, wróżbici i astrolodzy uznawani byli za urzędników państwowych, bez konsultacji z którymi nie podejmowano żadnej ważnej decyzji.
Jednakże sama wyjściowa baza, od której odszedł autor tej księgi — naturalny (jeden z naturalnych) system podziału świata, ósemka, nosząca jeszcze czysto ziemski, monoplanetarny charakter (w odróżnieniu od dziesiątki, obejmującej już Układ Słoneczny) — przekształca *Księgę Przemian* w pierwszą znamienną nam „encyklopedię” o świecie i człowieku.
Dla takiej „encyklopedii”, a ściślej — dla teorii makrokosmosu i mikrokosmosu ważna jest nie tyle liczba „artykułów”, tj. poszczególnych przypadków, ile stopień ich rozdrobnienia, tj. — obrazowo mówiąc — rozdzielczość „obiektywu”. W zasadzie nawet podział na dwoje (jang-jin) pozwala klasyfikować wszystkie rzeczy i zjawiska, grupując je w dwie wielkie kategorie. 64 to dwa do szóstej potęgi, podczas gdy (wracając do traktatu *Nan Jing* lub, powiedzmy, do „Księgi Wielkiej Tajemnicy” (*Taixuanjing*) Yang Xionga) 81 to trzy tylko do czwartej potęgi. Gdzie zatem wymiarowość jest większa?
Tak więc każdy „artykuł” *Księgi Przemian* okazuje się być, być może, krótkim (aforystycznym), lecz mimo to wyczerpującym opisem każdej sytuacji z dokładnością do szóstej cyfry po przecinku — co już dużo. To wystarcza zarówno do opisu wydarzeń politycznych w tym czy innym kraju, jak i do analizy sytuacji życiowej konkretnego człowieka, a nawet do przewidywania wyników jakiegoś eksperymentu fizyczno-chemicznego. Rzeczywiście: cząsteczka — raz, atom — dwa, elektrony i protony — trzy, różne tam mezony μ i π — cztery, kwarki — pięć, grawitony — sześć…
Aby jednak dziś wróżyć z *Księgi Przemian*, należy albo dobrze znać symbolikę i symbolologię Starożytnych Chin — czego od nie-sinologów trudno wymagać — albo zwrócić się do współczesnych jej interpretacji, gdzie znaczenie każdego heksagramu jest objaśnione językiem naszych czasów.
Kolejny problem starożytnych tekstów to zmiana świadomości, a ściślej — treści świadomości czytelników w każdym nowym pokoleniu. Zmienia się także język. Dlatego przynajmniej raz na sto lat teksty te wymagają nowego tłumaczenia lub przynajmniej komentarza, aby „cel komunikacji”, jak to się nazywa w teorii tłumaczenia, był nadal osiągany…
Główny sens tej księgi, podobnie jak wielu innych ksiąg, polega dziś nie na wróżeniu. *Księga Przemian* proponuje czytelnikowi pewną metodologię poznania świata — być może złożoną i wymagającą uważnej lektury, lecz dostępną także dla nie-sinologów, gdyż podstawy chińskiego systemu postrzegania świata są bardzo proste i logiczne, o czym zdążyliśmy się już przekonać.
Ci, którzy pragną zapoznać się z *Księgą Przemian* niejako z pierwszej ręki, mogą sięgnąć po pracę Juliana Konstantinowicza Szczuckiego, która stała się już niemal równie klasyczna jak sama „Księga Przemian”: Szczucki J.K. *Chińska klasyczna Księga Przemian*. M., SPb., AT „Komplekt”, 1992. O starożytnej literaturze chińskiej ogółem jest dobra książka N.T. Fiedorienko: *Starożytne zabytki literatury chińskiej*. M., „Nauka”, 1978. Tam też podano listy literatury specjalistycznej na te tematy.
Laozi, Budda i Konfucjusz
Nie będziemy szczegółowo analizować trzech głównych nurtów chińskiej filozofii — konfucjanizmu, taoizmu i buddyzmu, nie wspominając już o mniejszych szkołach.
Po pierwsze dlatego, że — jak już mówiliśmy powyżej — w podstawie każdej z nich leży ten sam model świata. Bez znajomości podstawy nie ma sensu przystępować do szczegółów, natomiast znając podstawę, można samodzielnie rozeznać się w szczegółach.
Po drugie, dlatego że podobna analiza lepiej przeprowadzać w ramach kursu historii filozofii lub religii, a jeszcze lepiej – na wydziale filologii chińskiej, japońskiej czy tybetańsko-mongolskiej. Religia i filozofia to jednak różne sprawy, tym bardziej że i nas z was w tym przypadku interesuje nie filozofia w ogóle, a jedynie ezoteryzm, czyli jedna z filozofii lub raczej jeden z komponentów każdej filozofii, którego udział może być większy lub mniejszy.
Z punktu widzenia ezoteryzmu, zresztą, nic nie może być przedstawione w postaci części składowej całości równej stu procentom lub zeru: w każdej całości jest miejsce na coś innego, najczęściej – wręcz przeciwnego. Ten pryncyp ezoteryzmu jest wyrażony praktycznie we wszystkich starożytnych chińskich księgach, a w I Cing – szczególnie: nie bez powodu nazywa się ją „Księgą Przemian”, czyli ciągłej zmiany od yang do yin i z powrotem.
Jaki jest udział ezoteryzmu w głównych szkołach chińskiej filozofii?
Konfucjanizm
Konfucjanizm to przede wszystkim nauczanie dla egzoeryków, czyli dla „zewnętrznych”: dla zwykłych ludzi, nieuczonych. Konfucjusz zaś podkreśla, że zwraca się właśnie do wszystkich bez względu na wiek, status społeczny i poziom wykształcenia.
Aby zapewnić harmonię świata, nakazywano po prostu przestrzegać rytuałów (li), opracowanych na wszystkie przypadki życia. Nieprzestrzeganie rytuałów równało się naruszeniu kosmicznej równowagi i rzeczywiście tak było. Co prawda, wyjaśnianie znaczenia rytuałów swoim „zewnętrznym” zwolennikom Konfucjusz i jego uczniowie nie uważali za możliwe, gdyż do ich zrozumienia była potrzebna uczoność. Do uczonych w Chinach zawsze było szczególne podejście, i oni niejako naturalnie tworzyli elitę, która posiadała wiedzę niedostępną dla niewtajemniczonych. Elitę zaś, czyli uczonym, nakazywano studiować dziedzictwo starożytnych, gdyż ci „znali sens wszystkich rzeczy”, a zadaniem uczonego było jedynie wniknięcie w ten sens. Jednak i im samym nie zawsze udawało się odkryć to ukryte znaczenie w starożytnych księgach, przede wszystkim dlatego, że często po prostu go tam nie było (przypomnijmy słowa Ju.K. Szczuckiego o I Cing). Wtedy oni – i w tym tkwi ich zasługa – siadali pisać kolejny komentarz, w którym umieszczali swój własny sens…
Teksty Konfucjusza niedawno zostały po raz pierwszy wydane w języku rosyjskim. I choć język tłumaczenia miejscami kuleje, chętni mogą sięgnąć do almanachu „Rubież” nr 1/92, ss. 259–310. O Konfucjuszu jest też książka Władimira Malawina, która ukazała się w serii „ŻZL” (M., „Mołodaja Gwardija”, 1992).
Rytuał pomaga skierować wysiłki świadomości i podświadomości w odpowiednie tory. Jest on potrzebny niezdolnym, niedoświadczonym i początkującym. Kto umie kierować wysiłkami swojej świadomości i podświadomości, temu rytuał nie jest potrzebny.
Czy pamiętacie przypowieść o białym niedźwiedziu? Do chorego przyszedł szaman i powiedział: wyleczę cię, tylko nie myśl o białym niedźwiedziu. Od tego czasu chory nie mógł myśleć o niczym innym poza białym niedźwiedziem. Klasyczny przypadek nieumiejętności kierowania ani świadomością, ani podświadomością. Dla nieumiejących najprostszy sposób „nie myślenia o białym niedźwiedziu” to rytuał: natychmiast zacząć recytować mantry, modlitwy lub wiersze, które zawsze mają magiczne właściwości. Kto umie wystarczająco zapragnąć zapomnieć o białym niedźwiedziu.
Taoizm
Taoizm to już znacznie bardziej nauczanie dla ezoteryków. Tekst Księgi Drogi i Cnoty skierowany jest właśnie do tych, którzy chcieliby wejść w nieliczną elitę tych, którzy „wiedzą” i „umieją”. Wprost o tym, rzecz jasna, nie mówi się: autor (Laozi) wyraża jedynie żal, że bardzo niewielu podejmuje trud zrozumienia jego słów, choć ich sens jest prosty.
Religijne rytuały taoistów, które modelują zapłodnienie i narodziny duszy, były dostępne dla wielu, ale niewielu udawało się przeniknąć do ich prawdziwego znaczenia – „alchemii wewnętrznej” (Nei Dan), o której bardzo szczegółowo i mądrze pisze między innymi Lu Kuan Yu – w przekładzie E.A. Torczinowa: „Taoistyczna alchemia i nieśmiertelność” (Sankt Petersburg, „ORIS”, 1993). Właściwa książka Torczinowa o taoizmie – Sankt Petersburg, 1993 – poświęcona jest raczej religijnym niż filozoficznym zagadnieniom.
Filozoficzna zaś istota sprawy przedstawia się następująco. Taoizm zawdzięcza ludzkości sformułowanie dwóch fundamentalnych zasad: Jednej Drogi poznania i Nie-działania. Co to jest Droga poznania (Dao), my z wami mamy już mniej więcej pojęcie: to uznanie widzialnego i niewidzialnego, opisywanego i niewyrażalnego. Jeśli o opisywanym można i trzeba mówić, to o niewyrażalnym lepiej milczeć: tak będzie zrozumialej. Nie-działanie zaś (Wu-wei) to ta sama zasada nienaruszania kosmicznej równowagi, która mówi: nie rób nic zbędnego!
Te najważniejsze ezoteryczne zasady, jak jeszcze się przekonamy, w tej czy innej formie obecne są we wszystkich religiach i filozofiach, lecz jedynie taoizm ujawnił je w całej ich przejrzystości i prostocie. Co prawda, uświadomienie sobie tej prostoty jest bardzo trudne; stąd – niezrozumienie lub niepełne zrozumienie tych zasad przez „taoistów” Zachodu po pierwsze, i niezrozumienie taoistów przez nie-taoistów po drugie…
Księga Drogi i Cnoty była wydawana po rosyjsku wielokrotnie. Spośród pięciu lub sześciu dostępnych tłumaczeń na uwagę zasługują dwa: naukowe tłumaczenie Jana Ching-szuna (Moskwa, AN ZSRR, 1950) oraz poetyckie tłumaczenie St. Pereleszyna (Moskwa, „KONEC”, 1994). Pierwsze jest dobre precyzyjną dokładnością w oddaniu wszystkich wariantów znaczeń i bogatym aparatem naukowym, ale całkowicie nieczytelne; drugie zaś, podobnie jak oryginał, jest prawdziwym dziełem literackim, a także „osiąga cel komunikacji” jak księgi święte.
Zen-buddyzm
Co zaś tyczy się buddyzmu, to na chińskim i dalekowschodnim gruncie czekała go szczególna przyszłość. Dla taoistów wezwanie Buddy Szakjamuniego do wyrzeczenia się wszystkiego doczesnego było nieistotne, gdyż oni i tak odeszli od świata. Natomiast nauczanie o utożsamieniu podmiotu i przedmiotu jako sposobie poznania świata, a także o karmie i cyklach wcieleń, prowadzące do połączenia z Absolutem, dało nowy impuls rozwojowi chińskiego światopoglądu.
W tym przypadku mowa jest o rezonansie i dysonansie dwóch archetypów: chińskiego (Wenus, Byk-Waga) i indyjskiego (Ryby, przynajmniej w tej części Indii, która graniczy z Chinami i Tybetem). Z jednej strony doszło do wzajemnego zapłodnienia (Ryby – miejsce wzniesienia Wenus), z drugiej zaś – prawie całkowitej przeróbki kategorii indyjskiej filozofii, które nie miały odpowiedników w chińskim obrazie świata.
Buddyjskie wyobrażenie o podporządkowaniu indywidualnego „ja” Absolutowi, pomnożone przez już opracowaną przez Chińczyków koncepcję kosmicznej równowagi, dało zen-buddyzm – czysto ezoteryczną, a nawet mistyczną filozofię, w której jedność makrokosmosu i mikrokosmosu rozumiana jest poprzez jedność przedmiotu poznającego i podmiotu poznającego: cały Wszechświat mieści się w indywidualnej świadomości lub, precyzyjniej, w podświadomości, po prostu mieści się w niej i staje się z nią tożsamy, a różnica między nimi staje się nieistotna.
Utożsamienie – naprawdę bardzo wygodny sposób poznania świata (filozofia ezoteryczna), a także wpływu na niego (magia), genialny w swej prostocie, ale niewiarygodnie trudny w praktycznym wcieleniu, szczególnie dla człowieka Zachodu.
Rzeczywiście, co może być prostszego: chcesz poznać kamień – utożsam się z nim; chcesz poznać prawa budowy świata – utożsam się z nimi i tak dalej. Chcesz, by sztylet wroga ugodził jego samego – utożsam się ze sztyletem. Ta zasada, nawiasem mówiąc, jest podstawą wielu wschodnich sztuk walki.
Tak, ale jak to zrobić? Zwykłemu człowiekowi, szczególnie Europejczykowi, bardzo trudno jest całkowicie utożsamić się z kimś lub z czymś: przeszkadza niewidzialna bariera oddzielająca jego cenną osobowość od świata zewnętrznego. Dopiero gdy, jak uczą buddyści, przestaje on uważać ją za cenną (podporządkowanie indywidualnego „ja” Absolutowi), udaje mu się pokonać tę barierę.
Sami Chińczycy (a także Japończycy i inni mieszkańcy Azji Wschodniej) odwołują się do duchowego doświadczenia Buddy Gautamy: skoro jemu się udało, to i wam się uda. Przecież środki, którymi się posługiwał, są znane.
Najważniejszym z tych środków jest medytacja. Słowo „zen” jest japońską transkrypcją sanskryckiego „Dhjana” – medytacja (przez chińskie „czan”, które oznacza to samo).
Dalej wszystko jest bardzo proste: medytacja plus uświadomienie prawa równowagi makrokosmosu (światowa karma) daje pierwszy stopień poznania nieskończonego – „odmowę nienawiści”, jak mówi D. Suzuki. Medytacja plus świadomość karmy jako mikro-kosmicznego prawa równowagi (indywidualna karma) – to drugi stopień, „poddanie się karmie”. Medytacja plus w-u-wei (zasada nie-działania) daje „brak pragnień”, trzeci stopień poznania. I wreszcie, medytacja plus uświadomienie dharmy jako teleologicznego prawa (celu) swojego istnienia – to czwarty stopień, który nazywa u Suzuki „poddanie się dharmie”.
Daisetz Suzuki (1870–1966), Japończyk, największy teoretyk zen-buddyzmu. Wykładał na uniwersytetach Europy i Ameryki, napisał ponad 90 książek. To właśnie dzięki niemu zachodni ezoterycy – ci, którzy podjęli ten trud, oczywiście – mogli zbliżyć się do zrozumienia zen-buddyzmu. Jego książki ukazują się teraz także u nas (Suzuki D. Podstawy zen-buddyzmu. Biszkek, „Odyssej”, 1993, lub: Nauka Zen. Kijów, 1992).
Czasem mówi się: zen to tajne nauczanie, przekazane przez Buddę Gautamę jedynie najbliższym uczniom. W rzeczywistości nie ma w nim nic tajemnego, to jedynie naturalny pogląd na świat. Ten sam pogląd, o którym mówimy cały czas, przy czym w swojej najprostszej i najczystszej postaci. Jak mówił jeden z nauczycieli zen, cytowany u Suzukiego: „Nauczanie wszystkich Buddów od samego początku zawarte jest w naszym własnym umyśle”.
Przewiduje ono głównie pracę ducha, a nawet nie tyle pracę, co równowagę ducha, której nic nie zakłóca. Medytacja i inne ćwiczenia są potrzebne jedynie początkującym, aby przyzwyczaić swój umysł do oderwania się od wszelkich przeszkód. Z reguły ludziom w wieku do 30 lat, do zakończenia cyklu Saturna, co oznacza jakiś nowy etap poznania, trudno jest opanować tę umiejętność oderwania się: zbyt wiele pokus. Za to później przychodzi ona często sama, nawet niekoniecznie pod znakiem buddyzmu.
Lamajizm
Pod koniec XIV – na początku XV wieku tybetański mnich i filozof Congkhapa postanowił zreformować istniejącą od XI wieku buddyjską sektę kadampów, pragnąc powrócić do „pierwotnego” nauczania, jak je rozumiał, a także podnieść autorytet mnichów (lamów). Teoria lamajizmu jest przedstawiona w 108-tomowym zbiorze zwanym „Gandźur”.
Lamajizm jako forma tybetańskiego buddyzmu przywiązuje znacznie więcej uwagi do zewnętrznych, drugorzędnych atrybutów nauczania. Idea w swojej czystej postaci wydała się lamajistom, podobnie jak taoistom, zbyt prosta, gdyż do jej uświadomienia potrzeba nie tylko czasu-wieku, ale i czasu-wolnego. Czy wielu wolnego czasu mają pasterze Tybetu i Mongolii?
Stąd, po pierwsze, wzmocnienie kapłaństwa jako szczególnej grupy ludzi odpowiedzialnych za zbawienie siebie i innych.
Stąd także „dziedziczność” godności wielkiego lamy – z pewnością wielu z was czytało wyznania wygnanego dalajlamy Łobsanga Rampy (Trzecie oko. L., 1991), oraz staranne opracowanie różnego rodzaju ćwiczeń medytacyjnych – osiąganie katatonicznych stanów, lewitacji, podróży ducha, a także niezwykle szczegółowa astrologia, która uwzględnia znacznie więcej czynników niż, na przykład, chińska czy nawet indyjska; to wreszcie słynna tybetańska medycyna, której rozwiniętość mogą pozazdrościć współcześni lekarze – wspomnijmy książki Badmajewa i Pozniewa, traktat Czu-szi i inne, zawierające najbogatszą nomenklaturę roślin leczniczych, diagnostykę pulsacyjną, uwzględnienie astrologicznych parametrów mapy urodzeniowej i aktualnej sytuacji. Jednak wszystko to przekazuje się jedynie mnichom.
Mahajanański buddyzm, nawet zen-buddyzm w Chinach i Japonii, zakłada przede wszystkim otwartość tej drogi, jej dostępność dla każdego, kto podejmie trud jej zgłębienia. W Tybecie zaś buddyzm jest raczej stylu hinajany, pozostawiający tę możliwość jedynie wtajemniczonym. Poza tym lamajizm, choć wywodzi się z buddyzmu, wyrósł na gruncie starożytnych lokalnych religii, począwszy od animizmu z totemizmem u całkowicie dzikich ludów, a skończywszy na słynnej religii bon, zwanej także bon-po.
Samo słowo pochodzi od czasownika „bod pa”, oznaczającego „wzywać bogów, przywoływać duchy”. To przedbuddyjski animistyczny kult bóstw, duchów i sił natury.
Zatem, jeśli buddyzm ogólnie i zen-buddyzm w szczególności zakładają maksymalne uogólnienie, czyli mają charakter ezoterycznej filozofii w jej współczesnym rozumieniu, to tybetański buddyzm (lamajizm) jest prywatnym, specjalnym nauczaniem o głównie praktycznym, czyli magicznym charakterze. Jednak o magii będzie mowa później. Het Monster. Historia nauk ezoterycznych. Wykład 5. Indie i Persja.
Indie
Pomimo całego bogactwa i różnorodności systemów filozoficznych, szkół, nauk, tradycji i kierunków istniejących w Indiach, pomimo mnogości jej języków, kast, religii i sekt, możemy jednak mówić o fenomenie indyjskiego, a nawet indo-irańskiego myślenia, gdyż w podstawie wszystkich powyższych wariantów leży to samo wyobrażenie o świecie, ukształtowane jeszcze na przełomie er Byka i Barana i tak doskonałe oraz samowystarczalne, że wszelkie późniejsze ważne nowacje, czy rodziły się wewnątrz indyjskiej kultury, jak buddyzm, czy były przynoszone z zewnątrz, jak chrześcijaństwo, były następnie odrzucane jako zbędne lub „przetrawiane”, sprowadzane do drobnych szczegółów jednolitego i niepodzielnego nauczania.
Krótko historia rozwoju tego nauczania, czy raczej myślenia, przedstawia się następująco. Jego początki sięgają ery Byka – to już znany nam postulat „świat jest doskonały i nie ma potrzeby go zmieniać”, jednak swoje obecne formy przybrał dopiero na początku ery Barana, po inwazji indo-aryjskiej („biali wypierają czarnych”, przypomnijmy teorię Siedmiu ras). Ciężary tej epoki podbojów dodały do wspomnianego postulatu drugą część: „Człowiek jest niedoskonały i musi się zmieniać”. W tym duchu zostały spisane pierwsze „szkice” Wed. Koniec ery Barana, epoka ostatecznego ukształtowania świętych ksiąg i narodzin nauczania o Zbawieniu (VI–III w. p.n.e.) pod wpływem nadchodzącej ery Ryb, dodał do tej formuły trzecią część: „Zmiana jest kluczem do Zbawienia”. Zatem najpóźniej do III w. p.n.e. światopogląd ten ukształtował się ostatecznie i nie podlegał już dyskusjom, gdyż ta formuła okazała się na tyle wszechogarniająca, że wszystkie młodsze nauczania (zoroastryzm, buddyzm, chrześcijaństwo, islam itd.) albo były przykrywane nią niczym wielkim kapeluszem, albo odrzucane jako głupie i prymitywne (jeśli, na przykład, proponowały zmienić nie człowieka, a świat i jego ustrój). Ezoteryczny sens tej formuły jest oczywisty i nie wymaga komentarzy.
Należy mieć nadzieję, że w czasie przejścia od ery Ryb do ery Wodnika do tej formuły zostanie dodana czwarta część, odpowiadająca duchowi nowej epoki.
Ponownie podkreślam, że mam tu na myśli jedynie ezoteryczną, czyli wyższą, zdolną do najwyższych uogólnień część zbiorowej i indywidualnej świadomości: wystarczy zejść choćby o jeden stopień niżej, na poziom „zwykłej” filozofii lub religii, a od razu zaczynają się spory i sprzeczności: czy świat istnieje, czy to tylko złudzenie, który bóg jest ważniejszy itp. Jednak to wszechobecny ezoteryzm indyjskich religii i filozofii pozwala te sprzeczności rozwiązać, dzięki czemu zwolennicy najbardziej skrajnych punktów widzenia nigdy nie schodzili do wyjaśniania stosunków przy pomocy miecza w ręku, a uznawali wzajemnie prawo do nadawania ogólnego światopoglądu w dowolnych prywatnych formach. Tego nie mogli zrozumieć liczni zachodni badacze kultury indyjskiej (zob. np.: Czattopadhjaja D. Historia indyjskiej filozofii. M., „Postęp”, 1966).
Na czym polega koncepcja indyjskiego ezoteryzmu, jeśli rozwinąć tę formułę?
O kosmogonii starożytnych ludów ogólnie i Indii w szczególności już mówiliśmy. „Na początku nie było niczego”, czyli chaos. Następnie w tym chaosie zaczęła się kształtować jakaś struktura, z której powstał Światowe Jajo – zalążek Wszechświata (Mity Starożytnych Indii. Oprac. lit. W.G. Ermiana i E.M. Temkina. M., „Nauka”, 1975). Jeśli podejść do tego z punktu widzenia numerologii (tym bardziej, że „arabskie” cyfry, którymi się posługujemy, mają w rzeczywistości indyjskie pochodzenie), to chaos oczywiście odpowiada „zero”.
Jednak co należy uznać za jednostkę – Jajko Kosmiczne? Ono już jest dwudzielne, gdyż zawiera w sobie centrum i peryferie, „żółtko” i „białko”. Jednak jajko to jeszcze nie Wszechświat, gdyż jest martwe, dopóki nie zostanie zapłodnione. A zapłodnienie – to znowu jednostka, przypomnijcie sobie malowniczy mit o lingamie Śiwy, który burzy wody świata. Może prościej przyjąć, że zero (chaos) również posiada pewne swoje, „zerowe” stadia rozwoju?
Myśl, że jajko przypomina małą model Układu Słonecznego, zaświtała ludziom już w starożytności. Badając jajko, wyciągali wnioski o budowie Układu Słonecznego, i wnioski te były słuszne. Ale my z wami już wiemy, że związek między obiema strukturami nie jest przyczynowo-skutkowy (to znaczy nie można powiedzieć, że jedno jest przyczyną drugiego), lecz teleologiczny: w naszym Wszechświecie wszystko jest ułożone według tych samych praw (to znaczy zjawiska te mają jedną przyczynę).
Ta prosta i znowu wszechogarniająca wizja stworzenia świata bardzo spodobała się Europejczykom pod koniec XIX wieku, po „odkryciu Indii” przez Anglików. Dawno już dokuczało pytanie: „jak rozumieć stwierdzenia o sześciu dniach stworzenia” – wydało się ono całkowicie rozwiązalne. J.P. Bławatska szczegółowo opracowała problem „zerowego” stanu Wszechświata, wyróżniając trzy stadia rozwoju zera: jedyną abstrakcyjną przestrzeń (chaos bez jakiejkolwiek struktury), znak: koło (znak Słońca bez kropki), potencjalną przestrzeń wewnątrz abstrakcyjnej (zarodkowanie struktury), znak: Słońce z kropką, i dziewiczą Matkę-Przyrodę (jajko), znak: koło z poziomą kreską.
Tutaj pojawia się również ciekawe pytanie o to, co właściwie spowodowało pojawienie się struktury w chaosie. Starożytni Hindusi oraz późniejsi teozofowie tłumaczyli to działaniem pewnego wewnętrznego czynnika, immanentnego chaosowi. Nieskomplikowana logika prowadzi nas do wniosku o tożsamości tego „czynnika nieokreśloności” z pojęciem Absolutu lub Boga, który jest wszystkim, a przede wszystkim naturą we wszystkich swoich stadiach rozwoju, nawet początkowych i poprzedzających.
Nie dziwi zatem, że mniej więcej w tym samym czasie, i nie bez wpływu tych przerobionych przez teozofów hinduskich wyobrażeń, narodziła się idea „Wielkiego Wybuchu” (Big Bang), która coś tłumaczyła w materialistycznym obrazie świata fizyków zachodnich, a ściślej – judeo-chrześcijańskiej kultury. Cała materia Wszechświata zebrana w punkcie, analogicznie do „potencjalnej przestrzeni”, drugiego stadium zera, a Wielki Wybuch – początek rozszerzania się Wszechświata – trzeciego stadium, „dziewiczej Natury”. O pierwszym stadium, to znaczy o tym, co było PRZED Wielkim Wybuchem, fizykom-materialistom trudno było mówić, gdyż pojęcie „chaosu” nie da się ściśle zdefiniować.
Tymczasem nam z wami powinno być już jasne, że czynnik, który spowodował zarodkowanie struktury w pierwotnym chaosie, to znaczy co spowodowało zmniejszenie entropii Wszechświata, jest raczej „zewnętrzny” niż „wewnętrzny”, jeśli spojrzeć na sprawę z punktu widzenia teozofów i fizyków, gdyż wychodzi on ze świadomości człowieka, a nie Wszechświata: mówiąc prosto, jak pomyślimy, tak i będzie – dokładniej, tak już było (will have been). Nie bez powodu powtarzam na każdym wykładzie, że historię pisze się retrospektywnie. Przecież czas jest tylko jedną z funkcji Wszechświata, on nie biegnie prostolinijnie (a przynajmniej nie zawsze prostolinijnie, o czym przekonamy się później), dlatego nasza myśl może wpływać równie dobrze na względną, linearną przeszłość, jak i na przyszłość… Krótko mówiąc, to pytanie o określenie chaosu, onże pytanie o to, co było PRZED Wielkim Wybuchem, onże pytanie o iluzoryczność lub realność Wszechświata staje się czysto scholastycznym i traci dla nas wszelki sens, podobnie jak słynne pytanie o to, „ile aniołów zmieści się na czubku igły” – dopóki nie znajdziemy odpowiedzi na pytanie, czym jest Prawda – nawiasem mówiąc, kto pamięta, co na ten temat mówi się w księdze Tao Te Cing?
Od Prawdy narodził się Jeden,
Od jednego powstały dwa,
Z dwóch utworzyły się trzy,
Z trzech – wszelkie mnóstwo rzeczy.
Okazuje się, że Prawda – to chaos?
W rzeczywistości to, oczywiście, pułapka. Po prostu z punktu widzenia starożytnych Hindusów (i współczesnych ezoteryków) pojęcia „zewnętrzny” i „wewnętrzny” w odniesieniu do czynnika, który spowodował ustrukturyzowanie chaosu, również nie mają sensu, gdyż człowiek obecny jest w Bogu, jak i Bóg w człowieku…
Postulat o tożsamości Boga i człowieka w tej czy innej formie istnieje we wszystkich religiach, o czym my z wami jeszcze nie raz się przekonamy. Ale my i tak zbyt bardzo odeszliśmy od tematu.
Widzicie, ile myśli i skojarzeń rodzi jeden, wydawałoby się, prosty obraz jakiejś dawnej ezoterycznej doktryny. Jednak w tym rzecz, że właśnie ta doktryna stanowi jeden z kamieni węgielnych naszego dzisiejszego światopoglądu, gdyż wszyscy, którzy nazywają siebie Europejczykami, Amerykanami, Arabami, Turkami, Grekami, hindusami, pendżabczykami, sikhami i tak dalej, należą w gruncie rzeczy początkowo do jednej kultury, a dopiero późniejsze nawarstwienia i nowacje doprowadziły do powstania mnóstwa różnokierunkowych nauk, z których każda przede wszystkim chwytała się miecza, aby udowodnić swoją słuszność.
Tolerancja i pokojowość Hindusów, tłumacząca się w dużej mierze jinowskim, księżycowo-wenusjańskim początkiem ich kultury (nie bez powodu nawet kosmiczna energia, chiń. chi czy qi, jest w hinduskim rozumieniu energią żeńską – śakti), później odegrała dla nich, oczywiście, złą rolę, nie dając im podnieść miecza przeciwko zdobywcom, których w historii Indii nie brakowało. Jednak właśnie ta tolerancja i pokojowość, rezygnacja z miecza jako środka rozwiązywania filozoficznych sporów stworzyły optymalne środowisko dla wzrostu ezoterycznych, niczym nie powstrzymywanych, religijnych i filozoficznych idei, które znalazły swoich zwolenników i kontynuatorów daleko poza granicami Indii – to znaczy stworzyły to, co dzisiaj nazywa się pluralizmem.
Dlatego dla Hindusów w zasadzie było obojętne, jak numerować stadia rozwoju świata. Nie mieli oni takiego surowego i uroczystego stosunku do symboliki liczb, jak Chińczycy czy Pitagoras. Jednak sama symbolika była w zasadzie taka sama: świat dzieli się na trzy „piętra” w pionie – najpierw niebo, powietrze i ziemia, następnie raj (goloka), ziemia i podziemne królestwo (nara), – i na cztery strony świata (one zaś cztery żywioły, cztery pory roku i tak dalej).
Stąd – mnóstwo triad i jeszcze więcej czwórek: Trimurti – trójca bogów Brahma (stworzyciel), Wisznu (zachowawca) i Śiwa (niszczyciel), Trikarman – trzy główne obowiązki bramina (ofiara, studiowanie Wed i dobroczynność), Tripitaka – trzy „kosze”, to znaczy zbiory buddyjskiego kanonu: reguła klasztorna, wskazówki w wierze i doktryna religijna, i tak dalej; czwórka daje czterorękość i czterogłowość wielu bóstw, cztery warstwy Wed – Rigweda (weda hymnów), Samaweda (weda pieśni), Jadźurweda (weda ofiarnych wersetów) i Atharwaweda (weda zaklęć), cztery obowiązki człowieka (puruszartha) – dharma, artha, kama i moksha, o których poniżej, i związane z nimi cztery etapy życia (ashramy) – uczeń, gospodarstwo domowe, pustelnik i święty, cztery epoki-półdnia, cztery szlachetne prawdy buddyzmu i tak dalej.
Z nich dla nas ważne są w pojęciowym sensie cztery puruszartha, gdyż składają się na kartę.
Przede wszystkim chciałbym rozwiać jedno bardzo rozpowszechnione błędne mniemanie. Słowem „karma” u nas dzisiaj nazywa się wszystko, co się da: i dziedziczność, i „długi”, które pozostają nam z poprzednich wcieleń, i dharmę (rolę), i mokszę (wyzwolenie), i kismet… Najczęściej właśnie kismet, to znaczy los, przypadek (od arab. k’ism – los), który ma znaczenie tylko dla tego wcielenia i w żaden sposób nie jest związany z wcieleniami przeszłymi czy przyszłymi.
Tymczasem karma – to abstrakcyjne pojęcie filozoficzne, które do codziennego życia stosuje się równie mało, jak pojęcie „materia” do stołu, przy którym jemy obiad. W hinduizmie jest to ogólna przyczynowość, podobna do europejsko-greckiego pojęcia „telos” (celowa przyczyna), dlatego zwykły związek przyczynowo-skutkowy, dla którego zakłada się nieodwracalność w czasie (najpierw zawsze idzie przyczyna, a potem skutek), w dziedzinie karmy nie ma zastosowania.
W buddyzmie i taoizmie jest to bezosobowe prawo światowej równowagi, które zawsze dąży do samoodnowy. Człowiek może je naruszyć w jakimś miejscu; świat od tego się nie przewróci, natomiast, jak mówi się, człowiek zrobi sobie gorzej, gdyż równowaga będzie dążyć do przywrócenia się, a człowiek zapłaci za jej naruszenie. (W światowej mitologii opisany jest jeden jedyny przypadek tak głębokiego naruszenia tej równowagi, że świat rzeczywiście „przewrócił się”, ale zrobił to nie człowiek).
Dharma (sanskr.): dług, prawo, porządek życia. „Dharma ognia – palić się, dharma tygrysa – być okrutnym…” (D. Redyar. Psychologia osobowości). W indyjskiej astrologii domami wskazującymi dharmę człowieka są I, V oraz IX.
Artha (sanskr. „cel”): działalność społeczna skierowana na zdobycie korzyści, bogactwa. W astrologii domami arthy są II, VI oraz X. W aweście – Arta lub Asza (Asza-Wahiszta), „Najlepsza Prawda”, niebiański archetyp porządku i harmonii.
Kama (sanskr.): miłość, zmysłowe pragnienia i namiętności. W indyjskiej astrologii domami kamy są III, VII oraz XI.
Moksza (sanskr.): zbawienie duszy, uwolnienie od więzów materialnego świata, jeden z najważniejszych aspektów życia człowieka i jego zadań w indyjskiej filozofii. W indyjskiej astrologii domami mokszy są IV, VIII oraz XII.
Piątki, siódemki i dziewiątki jako „nośne konstrukcje” spotykane są znacznie rzadziej. Indie generalnie bardziej skłaniają się ku liczbom parzystym. Bardzo popularna jest szóstka, a trochę mniej – ósemka. O indyjskiej szóstce (heksagramie) wspominaliśmy już na poprzedniej lekcji:
Śiwa (rozum)
Lakszmi _ _ _/_ _ _ Saraswati (dotyk) / / (słuch) / / Brahma /_ _ _ _ _ _ Wisznu (wzrok) / (smak)
Kali (węch)
Do szóstki „przywiązana” jest również system czakr, który w sanskrycie nazywa się „szat-czakra nirupana”, czyli „system sześciu czakr”, opisujący cały indyjski obraz świata. Jest to schemat budowy mikrokosmosu i makrokosmosu, leżący u podstaw wszystkich „indogenicznych” nauk – zarówno starożytnych, jak i nowych.
Czakra (Chakra, sanskr. „koło, dysk”): organ ciała astralnego (lub eterycznego) człowieka, „przetwornik energii życiowej”. W indyjskiej tradycji wyróżnia się sześć głównych czakr plus jedną wyższą, nadczakrę (Sahasrara). Sześć głównych czakr zlokalizowanych jest nie na (lub w) ciele fizycznym, lecz na ciele eterycznym, które uważa się za nośnik informacji o ciele fizycznym i innych ciałach.
Każda czakra posiada szczególne właściwości, które ujawniają się na wszystkich poziomach, czyli we wszystkich ciałach. Z każdą czakrą związane jest również określone bóstwo lub aspekt bóstwa, żywioł, mantra oraz śakti. Mantra, jak pamiętacie, to krótka modlitwa lub zaklęcie, zaś śakti w tym przypadku to żeńskie bóstwo, jedno z uosobień kosmicznej energii śakti.
Każda czakra posiada również swój znak lub symbol, któremu towarzyszy złożone rozszczepienie i obejmuje kilka liter alfabetu dewanagari. Sześć czakr obejmuje wszystkie 50 liter alfabetu, zaś siódma, najwyższa, tysiącopłatkowy lotos, zawiera każdą literę w 20 powtórzeniach. Do klasycznych czakr zalicza się (wymienianie od dołu do góry):
1. Muladhara – na poziomie kości ogonowej. Czteropłatkowy lotos. Jest to Brahma, który ujawnia się w bogini miłości Kama. Najniższa czakra, której aktywizacja powoduje przebudzenie kanału kundalini (od sanskryckiego kundali – „wąż”, który w Indiach służył jako symbol piękna i siły). Tym kanałem energia życiowa (Śakti) unosi się w górę, do wyższych obszarów ludzkiej świadomości, aby ostatecznie połączyć symbole męskiego i żeńskiego początku, Śiwę i Śakti, w kosmicznym błogosławieństwie. Współczesna „integracyjna” joga zajmuje się ćwiczeniami skierowanymi na przepompowywanie tej energii z dołu do góry i z góry na dół. Żywioł – ziemia.
2. Swadhisthana – jedynie na poziomie łonowym. Sześcio-płatkowy lotos. Wisznu. Żywioł – woda.
3. Manipura – na poziomie splotu słonecznego. Dziesięciopłatkowy lotos. Śiwa, który ujawnia się w obrazie jupiteriańskiego bóstwa-gromowładcy Rudry. Żywioł – ogień.
4. Anahata – między sutkami. Dwunastopłatkowy lotos. Śiwa-Harikodra (Śiwa w obrazie Wisznu i vice versa). Żywioł – powietrze.
5. Wiszuddha – na poziomie tarczycy. Szesnastopłatkowy lotos. Sadasziwa (Śiwa-ardhanariszwara, czyli androgyn). Żywioł – akasza (eter, siła twórcza).
6. Adźnia – nieco powyżej nasady nosa. Dwupłatkowy lotos. Param-Śiwa (Najwyższy Śiwa). Żywioł – wyobrażalna, nieartykułowana mowa (manas).
7. Sahasrara – nad ciemiączkiem. Tysiącpłatkowy lotos. Siedziba czystej świadomości Śiwy, połączenie indywidualnego i światowego umysłu, męskiego i żeńskiego początku.
W naszych czasach ezoterycy pracują nie tylko z klasycznymi rodzinami czakr, ale również z niektórymi dodatkowymi – Akitrą, Dwadasarną (Manas-czakrą), Lalana oraz Soma-czakrą i innymi. Szczegółowiej patrz: Woodroffe, John. The Serpent Power. Madras 1918, 1958; Rajniesz, Bhagwan Shri. Medytacja: sztuka wewnętrznej ekstazy. Rajnesh Foundation, Poona, 1977; Kapten Yu.L. Podstawy medytacji. SPb., „Andriejew i synowie”, 1991.
Wyobrażenia o „przestrzennie-czasowej zamkniętości świata”, o cykliczności wszystkich jego przejawów wywodzą się, jak już mówiliśmy, z „tauryjskiego” myślenia, czyli myślenia ery Byka, którego elementy w indyjskiej kulturze zachowały się w znacznej ilości. Wyrazem tego wyobrażenia jest mandala – symbol wiecznego kręgu czasów i wydarzeń, roku słonecznego, wcielenia i reinkarnacji, model Wszechświata przedstawiany w postaci koła z wpisanym w nie krzyżem lub kwadratem, oznaczającym strony świata.
Tym samym słowem określa się zresztą również „koła”, czyli rozdziały Rigwedy, a także niektóre inne koła – na przykład niebiańskie koło Zodiaku i wszystko, co do niego należy. Tak, u znanego astrologa i filozofa ezoteryka Dane’a Redyara (Rudhyara) istnieje praca zatytułowana „Astrologiczna mandala”: w niej przedstawione są obrazowe opisy właściwości każdego z 360 stopni Zodiaku.
Poznawszy zatem pokrótce podstawy indyjskiej ezoteryki, przejdźmy do etapów jej rozwoju.
„Naturalna religia” wedantyzmu, mniej więcej do połowy ery Barana (VI–III w. p.n.e.), ustępuje miejsca braminizmowi, który opracował naukę o duszy świata (brahmanie), o karmie i reinkarnacji (przemianie). W tym samym czasie kształtuje się system kast, który tworzy swoiste „trzon” w dotychczas amorficznym (wenusjańsko-księżycowym) indyjskim społeczeństwie. System ten zapewniał ezoteryczność (to znaczy w tym przypadku – niedostępność dla niewtajemniczonych wiedzy Wed i wyższych stopni doskonalenia się dla kobiet oraz członków niższych kast. Zostać sanjasinem (świętym) mógł i obowiązany był jedynie bramin. Zob. „Prawa Manu”. M., „Nauka”, 1962; wznowienie 1992).
Do końca ery Barana z braminizmu wyodrębniło się sześć ortodoksyjnych i cały szereg nieortodoksyjnych nauk:
– wedanta: jedynym bytem jest brahman (dusza świata), wszystko inne jest przejawem boskiej iluzji (maja); przedstawione w „Brahmasutrze” Badarajany;
– mimansa: jedynym bytem jest jedynie rzeczywisty świat, nie istnieje żadna dusza świata; światem rządzi karma i poznawalny rozum;
(i można się bez końca spierać o to, czy nasz świat jest iluzją, czy też nie jest iluzją, przytaczając niezliczoną ilość dowodów, ale prawdziwemu filozofowi ezoterykowi jasne jest, że rację mają i jedni, i drudzy, gdyż nie ma różnicy pomiędzy iluzją a nie-iluzją, nie ma granicy pomiędzy światem widzialnym i niewidzialnym – lub, precyzyjniej, ta różnica jest nieistotna, granica ta jest pokonywalna; do końca ta myśl została doprowadzona, jak pamiętamy, w zen-buddyzmie, lecz inne filozofie również uczyły jej przezwyciężania, choć każda po swojemu…)
– sankhja: nauka o cierpieniu i wyzwoleniu od niego;
– joga: pochodna sankhji, nauka o doskonaleniu ciała i ducha. Dzieli się na osiem członów (schodów):
jama] nijama ] asana] kryjajoga pranajama ] pratjahara ]
dharana ] dźjana] radźajoga samadhi ]
Szczegółowiej zob. np.: „Joga-sutry” Patandźalego oraz „Wjasabhaszja”. Przekł. i koment. E. Ostrowskiej i W. Rudego. M., „Nauka”, 1992;
O jogę i jej stosowalność u nas, „na Zachodzie”, zacytujemy doktora Fryderyka Feerhofa – „Astrologia jako podstawa terapii”, fragmenty drukowane w czasop. „Nauka i religia”, nr 1/94:
Sam fakt coraz większego wpływu wielkiej nauki jogi na rozwój narodów Zachodu wydaje się bardzo pocieszający w tym względzie, że dzięki niej wyższa, duchowa natura człowieka zdoła zwyciężyć nad jego niską emocjonalną i fizyczną istotą. Taki jest jedyny prawdziwy cel prawdziwego jogina. Jednak skłonna do wszelkich namiętności natura człowieka Zachodu zbyt często wypacza jej sens: albo zaczyna bezlitośnie i bezskutecznie katować swoje ciało, pragnąc poprzez ascezę zmienić egoistyczny kierunek swoich psychicznych sił, albo stara się wykorzystywać swoje zdolności psychiczne do fizycznego wzmocnienia organizmu. Dotychczas wykonywanie ćwiczeń oddechowych służy jedynie wzmocnieniu i uzdrowieniu ciała, aby uczynić je bardziej posłusznym duchowi — uznawane jest to za całkowicie usprawiedliwione; jednak w większości przypadków dominują tu inne motywy — niedojrzała i niebezpieczna ciekawość względem nadzmysłowych przeżyć, zuchwałe dążenie do psychicznej i magicznej władzy itp. W takich przypadkach nieunikniona jest katastrofa: bezsensowne forsowanie psychicznych i nerwowych centrów mści się, po przeciążeniu następują zaburzenia nerwowe i choroby, depresje, psychozy; w najlepszym razie sprawa kończy się egzaltacją i „załamaniem”. /…/ Doświadczenie pokazuje, że te same ćwiczenia psychiczne, które dla człowieka Wschodu (np. Hindusa czy Persa) kończą się błyskotliwym sukcesem, dla Europejczyka mogą okazać się dosłownie zgubne. Przyczyną tego jest odmienność wrodzonej konstytucji poszczególnych ras, uwarunkowana ich historycznym rozwojem; organizm Europejczyka w wielu przypadkach po prostu odmawia poddania się takim ćwiczeniom — np. technikom „Tattw” lub głębokim ćwiczeniom oddechowym. /…/ Hindusi tysiące lat żyli w określonym klimacie i określonych warunkach, pod wieloma względami całkowicie odmiennych od naszych. Wytworzyli oni pewien typ myślenia, swoiście wysoki, ale ostatecznie wpływający w różny sposób na poszczególne typy jednostek. Dlatego dla nas bezcelowe jest podejmowanie ich drogi, choć prowadzi ona do szczytów wiedzy okultystycznej, ale dla narodów Zachodu jest równie nieodpowiednia, jak owsiana dieta — dla lwa.
— i wreszcie, wajszeszika oraz njaja (astika-njaja): scholastyczne systemy, które usiłowały ująć wszystkie starożytne i nowe wyobrażenia w ścisłe schematy, co oczywiście nie jest takie proste. Schematy te tak czy inaczej wywodzą się z szat-czakra nirupany, wzbogacając się jedynie o pewne dodatki. Szczegóły można znaleźć w każdej książce dotyczącej indyjskiej filozofii.
Te nauki zostały niejako „przyjęte do rodziny” indyjskich filozofii, gdyż nie pretendowały do znaczenia i roli religii. Natomiast te, które pretendowały do czegoś więcej, czyli powołały do życia nowe religie lub sekty, uważa się za „nieortodoksyjne”, czyli wychodzące niejako poza ramy oficjalnej doktryny.
Są to przede wszystkim: TANTRYZM (od sanskryckiego tantra — „tajemnica, magia”): szereg sekt i szkół z charakterystycznymi obrzędami, sięgającymi starożytnych kultów płodności. Ich wyróżnikiem jest przede wszystkim ezoteryczność obrzędów, niezgodność z rytuałem bramińskim, wyobrażenie o męskim i żeńskim początku energetycznym. Kontakt płciowy traktowany był jako akt mistyczny, w wyniku którego oboje partnerzy zyskują część energii kosmicznej (śakti). Wiele elementów tantryzmu zostało przyjętych przez lamaizm, o którym mowa była na poprzednim wykładzie.
Następnie oczywiście BUDDYZM w jego pierwotnych formach, nauka księcia Gautamy. Buddyzm opracował naukę o sansarze, czyli kręgu naszego zwykłego życia, obejmującego wcieleń i powtórnych narodzin, nieodłącznie związanych z cierpieniem, oraz o nirwanie, czyli „wygaszeniu pragnienia”, porzuceniu radości tego świata, zakończeniu kręgu cierpień i zjednoczeniu z absolutem.
Nauka ta została sformułowana w postaci „czterech szlachetnych prawd”: 1) wszystko jest cierpieniem; 2) cierpieniu towarzyszy przyczyna; 3) cierpienie można zakończyć; 4) istnieje droga prowadząca do ustania cierpienia.
Ta droga obejmowała z kolei cztery etapy medytacji lub „stopni religijnego zanurzenia”. Adepci, którzy opanowali te etapy lub stopnie, którzy przeszli kolejny cykl życia (ashramy, patrz wyżej), dzieleni są również na różne „rangi” według swej świętości (zob. np. Pischel R. Buda, jego życie i nauka. M., 1911, reprint 1991).
W tym przypadku z mistycznego buddyjskiego arsenału usuwano zarówno całą paletę tradycyjnych indyjskich wierzeń, obejmujących kult wielu bóstw i ich emanacji, jak i samą ludzką osobowość jako uczestnika jakiegokolwiek procesu światowego, gdyż za najważniejszy warunek przejścia do nirwany (Ocalenia) uznawano rezygnację z jakiejkolwiek aktywności skutecznej (ta sama zasada nieczynienia). A to kłóciło się z systemem kastowym, który wymagał od każdego członka społeczeństwa całkowicie określonych i całkowicie skutecznych działań.
Jednak z ezoterycznego punktu widzenia buddyzm był krokiem naprzód, gdyż poznanie prawidłowości świata widzialnego i niewidzialnego rzeczywiście wymaga rezygnacji z ingerencji w działanie tych prawidłowości (znany postulat o wpływie eksperymentatora na przebieg eksperymentu). Dlatego na tradycyjnym indyjskim gruncie buddyzm nie zdobył wielkiego rozpowszechnienia i na początku ery Ryb został wyparte przez hinduizm — nowoczesną formę starożytnej indyjskiej religii, jednak dającą wiele odmian na peryferiach indyjskiego obszaru.
Jeszcze przedtem rozpadł się na dwa wielkie nurty: mahajanę i hinajanę.
Mahajana (sanskr. „Wielki Wóz”): największy nurt buddyzmu, „Wielka droga Ocalenia”, rozpowszechniona w Indiach, Chinach, Korei, Japonii. W odróżnieniu od hinajany uważa, że Ocalenie może osiągnąć każdy, kto podąża za przykładem Buddy Szakjamuniego i żyje w miłości do bliźnich. Ma bardziej ezoteryczny charakter niż hinajana.
Hinajana (sanskr. Hinajana, „Mały Wóz”): „Mała droga Zbawienia”, mniejszy niż mahajana nurt w buddyzmie, tradycyjnie uznawany za wcześniejszy. Rozpowszechniona w Birmie, Tajlandii, Sri Lance. Buddy w hinajanie to postać historyczna, wzór do naśladowania, a nie Zbawiciel, gdyż nikt nikomu nie może pomóc ani oczyścić się, ani wyzwolić. Dla osiągnięcia prawdy pustelnictwo uważa się praktycznie za obowiązkowe. Oznacza to, że Ocalenie mogą osiągnąć jedynie nieliczni.
Dźinizm, który początkowo był jedną z sekt buddyjskich, obecnie jest samodzielną religią. Tradycyjnie jego pierwszym „prorokiem” uważa się Mahawirę, starszego współczesnego Buddy, jednak korzeniami sięga starożytnych, jeszcze totemicznych wierzeń mieszkańców Indii (na wzór lamaizmu, który wchłonął elementy starożytnej tybetańskiej religii bon). W ujęciu ezoterycznym dźinizm chyba najpełniej wyraził myśl o względności wszelkich ludzkich określeń dotyczących zjawisk makrokosmosu i mikrokosmosu, uznając, że każda rzecz istnieje i nie istnieje jednocześnie — zależy jedynie od tego, jak to rozumiemy.
Ponadto dźinizm uważa za nieodłączne atrybuty każdej duszy (indywiduum) doskonałą wiedzę i najwyższą błogość; brak zaś tego i owego w każdym indywidualnym przypadku jest wynikiem naruszenia przez indywiduum swej karmy. Najwyższym celem dźinistów było wyzwolenie od ciężaru karmy poprzez ascezę, której najważniejszym elementem uznawano powstrzymywanie się od wyrządzania szkody (ahimsę).
Persja
Religia parsów, przodków mieszkańców Iranu, również ma bardzo stare korzenie, czyli sięga wczesnych indoirańskich kultów animistycznych i totemicznych. Starożytni parsowie czcili żywioły i ich wcielenia — ogień, wodę, kamienie, wiatr, składali ofiary, oddawali cześć bóstwom słońca i księżyca.
Ogień uważany jest za najpotężniejszy, a w niektórych teoriach — za najstarszy z żywiołów. Ogień oczyszczający, ten kabalistyczny Esz-Mezaref, najlepiej odpowiada zadaniu Ocalenia, gdyż uwalnia od zmazy. Dlatego też zaratusztrianizm, który zastąpił czysty kult żywiołów i ognia, nie zdołał zrezygnować z kultu ognia.
ZOROASTRYZM jako nauczanie Zaratustry (nie będziemy wdawać się w szczegóły dotyczące kwestii osobowości Zaratustry oraz czasu jego życia) ukształtował się do końca epoki Barana, czyli do VI–V wieku p.n.e. W każdym razie był już rozpowszechniony w państwie perskiego króla Cyrusa (558–529 p.n.e.), a Żydzi, którzy w tym czasie znajdowali się w niewoli w podbitym przez Cyrusa Babilonie, zdążyli przejąć co nieco z religijnej filozofii zoroastryzmu. Właśnie do tego okresu odnosi się także uformowanie pierwszych tekstów „Awesty”.
W Państwowej (dawnej Leninowskiej) bibliotece znajduje się wydanie „Awesty” w języku niemieckim: Avesta. Die heiligen Buecher der Parsen. Brl.-Lpz. Verl. De Gruyter, 1924. W języku rosyjskim teksty te do tej pory się nie ukazały. Zasadniczo w ogóle nie zachowały się one w całości: z 21 ksiąg, które istniały za czasów Sasanidów, czyli w średniowieczu, do naszych czasów dotarły jedynie cztery, z których tylko jedna (Wendidad) bez ubytków i strat. Istnieje jednak tłumaczenie wybranych hymnów: Stieblin-Kamienski I.M. Awestа. Wybrane hymny z Widewdata. M., 1993.
Bardzo wiele w irańskiej wizji świata jest podobnego do wyobrażeń starożytnych Indusów – korzenie są wspólne. I choć funkcje bóstw oraz innych elementów mitologii u parsów często zmieniają się na dokładnie przeciwne w porównaniu z Indusami, pokrewieństwo ich imion i nazw jest oczywiste.
Porównaj: sanskryckie artha oraz awestyckie asza – prawo konieczności wszechświata, sanskryckie Jama oraz awestyckie Jima – bóg podziemnego świata, ale sanskryckie Dewa – „bóg” oraz awestyckie „daewa” – zły duch, siła niszcząca (por. gruz. diw).
Początkowe społeczeństwo i kultura Irańczyków nosi, w przeciwieństwie do indyjskiej, wyraźnie marsowy charakter (kult ognia, nieustanne wojny podboju, które trwały przez wieki, „kult” jednostki zamiast jego odrzucenia itp., wreszcie Lew z szablą oraz Słońce w herbie współczesnego Iranu), dlatego różnic między nimi jest dość wiele. Nie rozpatrując ich we wszystkich szczegółach, zwróćmy uwagę na dwie idee, ważne nie tylko w aspekcie dogmatycznym, ale w dużej mierze także w planie filozoficznym; być może zostały one przejęte przez Irańczyków od sąsiednich plemion semickich lub nawet bardziej odległych wschodnioafrykańskich: jest to idea czyśćca oraz idea łaski.
Nie twierdząc, że obie te idee przeniknęły do Iranu właśnie z Afryki, przypomnę jednak o bardzo rozpowszechnionej hipotezie pochodzenia wszystkich ras ludzkich właśnie z kontynentu afrykańskiego (a z uwzględnieniem teorii Siedmiu ras – z „czarnego” kontynentu Gondwany), a także zacytuję irańskiego pisarza Gholama-Hosejna Sa’ediego: „Kultura suahili bardziej niż jakakolwiek inna wpłynęła na zwyczaje i tradycje mieszkańców południowego wybrzeża Iranu” – cyt. za: Żukow A.A. Kultura, język i literatura suahili. L., LDU, 1983.
Czyściec, awestyckie chinwad (Chinvad), Chinwato-Perera, późn. Serat: magiczny most, płaski i wąski jak miecz. Przejść przez niego mogą jedynie ci, którzy byli sprawiedliwi i wiernie służyli Bogu. Gdy na most wchodzi grzesznik, odwraca się on, zamieniając się w ostrze.
Czyściec (łac. Purgatorium): w późniejszych monoteistycznych mitologiach – miejsce pośrednie między rajem a piekłem, „pierwsza instancja”, w której dusze zmarłych stają przed sądem oceniającym ich ziemskie czyny. Zalążki pojęcia c. istniały już u starożytnych ludów (zob. Pola Elizejskie, Bardo, Bifrost). Rozwój pojęcia c. nastąpił w epoce Ryb: most Chinwad u zoroastrian, który przepuszcza jedynie sprawiedliwych, od nich – wyobrażenie o „moście grubości włosa” u muzułmanów (sam człowiek nie może po nim przejść, musi go przewieźć ten wielbłąd, baran lub osioł, którego ofiarował za życia Allahowi), rzymsko-katolickie wyobrażenie o c. jako o ogniu oczyszczającej ofiary (niem. Fegefeuer). Spór o c. był jedną z przyczyn rozłamu Kościoła Powszechnego na katolicki i prawosławny (Prawosławie nie uznaje czyśćca).
Łaska (gr. h charisma, łac. gratia, staroż. hebr. BERACHA, arab. Baraka); współcześni Rosjanie często nazywają ją „łagodnością”, gdyż staropolskie „łaska” dla nich prędzej wydaje się równoznaczne z „kifem”, ale termin jest terminem: jest to najważniejsze ezoteryczne pojęcie oznaczające szczególną boską siłę posyłaną człowiekowi. Przekazywana człowiekowi od bóstwa w postaci emanacji lub podczas świętych tajemnic (misteriów) od innych nosicieli łaski i może zostać w ten sam sposób odebrana (można wspomnieć perskiego bohatera Afrasiaba, pozbawionego łaski przez boginię za swoje zbrodnie, pozbawienie godności i ekskomunika w chrześcijaństwie itp.).
W chrześcijaństwie zachodni ojcowie Kościoła uważali łaskę za jedyny warunek zbawienia, a wschodni obok niej dopuszczali także wolną wolę (pelagianizm). U zoroastrian chora (farn) uważana jest za emanację boskiego ognia, „dobrą cząstkę”, oznaczającą nagrodę także w ziemskim życiu – władzę, bogactwo, podobnie jak beracha (jid. brochu) u Żydów. U muzułmanów nosicielami niebiańskiej łaski (baraka) uważani byli sufici oraz inni „słupy wiary” (ajatollahowie, szejkowie).
Greckie charyzma, które w starożytności oznaczało „dar bogów” (lub bogu – w postaci ofiary), obecnie używane jest na określenie daru służenia ideałowi lub po prostu daru porozumienia z ludźmi („charyzmatyczny przywódca”). We współczesnych kulturach pojęcie łaski ma swoje odmienności: fr.-ang. grace, niem. Gnade oznacza raczej „łaskę Bożą” (miłosierdzie, mercy, gr. to „eleos”), podobnie jak w współczesnym judaizmie (hebr. PESSED, „łaskawość”, stąd chasydzi).
Pomimo poszukiwań nigdzie w indyjskich traktatach (zarówno starożytnych, jak i współczesnych) nie znalazłem pojęcia, które choćby częściowo odpowiadałoby idei łaski. Oczywiście w różnych językach i kulturach jego treść jest różna, ale sedno pozostaje to samo. U Indusów zaś, począwszy od Wed, a kończąc na pracach Krishnamurtiego, jest wszystkiego po trochu: boska siła, prana, shakti, aszima, prawość – oprócz łaski.
Dlatego że „nosicielami boskiej siły” u Indusów uważani byli (i uważani są nadal) nie pojedynczy ludzie, którzy zasłużyli na nią w taki czy inny sposób, lecz wszyscy członkowie kasty braminów z prawa urodzenia. Jeśli jesteś nawet kszatrijem (wojownikiem, patrycjuszem), to bądź choćby czterdziestokrotnym bohaterem, nie poznasz najwyższej łaski. I odwrotnie, nawet popełniając zbrodnię, „dwukrotnie narodzony” może utracić tytuł bramina, ale nie utraci swego uczestnictwa w wyższej łasce (porównaj: szlachta-dekabryści, pozbawieni „praw stanu”, ale nie tracili wrodzonej szlachetności).
W tym sensie wyodrębnienie się zoroastryzmu z protowieedyjskiej religii było krokiem naprzód, gdyż dawało możliwość zbawienia nie tylko jednej kasty wybranych, lecz w ogóle wszystkim, którzy przyjęli to nauczanie.
Kolejną różnicą między indyjską a perską wizją świata jest uznanie istnienia pary bóstw naczelnych, boga dobra Ormuzda i boga zła Arymana jako dwóch niezależnych początków, z których każdy realizuje swoje sprawy: jeden – dobre, drugi – złe. Dlatego Persów często oskarża się o dualizm. Jednak ten dualizm jest względny, gdyż zarówno Ormuzd, jak i Aryman są w rzeczywistości „niebiańskimi bliźniętami”, dziećmi boga wiecznego i nieskończonego czasu – Zurwana, choć w „Aweście” jest on wspominany jedynie mimochodem.
Samo zoroastryzm nie jest zbyt ezoteryczny, a i to głównie częściowo – są to elementy całej tej samej indoirańskiej wizji świata. Znacznie bardziej ezoteryczne od zoroastryzmu są jego pochodne – „herezje” i nowoczesne nauczania (np. „Tak mówił Zaratustra” Nietzschego), z których jedno bezpośrednio zwraca się do Zurwana: jest to ZURWANIZM (zerwanizm), nauczanie o nieskończonym czasie.
Zurwan, także Zerwan, Zurwan (pahl. ; ormiański Zruam, Zruan; ang. Zurvan, Zervan): Z. Akarana, „Nieskończony Czas”, naczelne bóstwo mitologii zerwanistycznej (Iran), personifikacja nie tyle czasu, co raczej zasady kosmicznej równowagi (wagi, na jednej szali której jest dobro, na drugiej – zło). Według jednej z wersji jest to w ogóle bóstwo dwupłciowe, androgyn, które „nie wiedziało nawet, co tworzy się w jego łonie”. Postrzegane jest jako nieskończony czas, podczas gdy świat jest ograniczony i skazany na zagładę. Stworzycielami świata są synowie Z.: Ormazd i Aryman, ale czas jest potężniejszy od obu, czyli od dobra i zła. Z Persji ten kult przeniknął do Syrii, Palestyny i Egiptu (Eon). Teodozjusz Mopsuestyjski nazywał go „Cichym” (gr. n tychh – „Los”, „Przeznaczenie”).
Fiodor z Mopsuestii (zm. 425) – wielki egzegeta szkoły antiocheńskiej, uczeń Pawła z Samosaty. Jako pierwszy sporządził szczegółowe komentarze do wszystkich ksiąg Biblii oraz „odpowiedzi” na wszystkie herezje. W 553 r. (na V Soborze Powszechnym) sam został potępiony jako heretyk (nestorianin) za uznanie w Jezusie dwóch natur: boskiej i ludzkiej. Napisał pracę „O magach w Persji”, której krótki przegląd podaje patriarcha Focjusz (ok. 820–891).
W okresie późnej starożytności zoroastryzm był rozpowszechniony także na Sycylii i w Syrii „wśród magów”, jak pisze Bartel van der Waerden w „Obudzonej nauce II. Narodziny astronomii” (Moskwa, „Nauka”, 1991). Jednakże w samym Iranie zwolennicy religijnej sekty zoroastrystów zostali ostatecznie stłumieni przez Sasanidów i obecnie prawie ich nie ma. Ich poglądy filozoficzne, bliższe ezoteryzmowi niż właściwa filozofia „Awesty”, dają jednak dzisiaj pożywkę do rozważań.
Inną, nie mniej interesującą w aspekcie ezoterycznym sektą byli manichejczycy.
Mani-Zendig, Manes syn Patala (łac. transkr. Manes lub Mani, 216 – ok. 277): założyciel manicheizmu. Uważał się za ucznia Faryduna. Pojawił się w Iranie za panowania Szapura, syna Ardeschira (drugiego władcy dynastii sasanidzkiej), zaprzeczał Zand-Aweście, za co on sam i jego zwolennicy zostali nazwani „zendigami” (stąd arab. Zindik – „odstępca od wiary”). Nazywał się następcą Buddy, Zaratustry i Chrystusa.
Według al-Balchiego, Mani uciekł przed prześladowaniami Szapura do Chin, gdzie założył sektę abaichitów. Wnuk Szapura, Bahram, sprowadził Maniego z powrotem do Iranu, obiecując zalegalizować jego naukę. Ten uwierzył, a manichejczycy wyszli z podziemia. Pragnąc postąpić „po królewsku”, Bahram zorganizował dysputę religijną, w której Mani został uznany za pokonanego. Król zaproponował mu wyrzeczenie się wiary lub śmierć. M. wybrał śmierć. Z niego zdarto skórę i wypchano ją słomą – „i dlatego każdemu, kto okaże się przywódcą zendigów, skórę wypełnia się słomą” („Fars-Namie” Ibn al-Balchiego). Zwolenników M. uwięziono w lochach, a tych, którzy się nie wyrzekli, stracono. Biruni (zob.) nazywa go Kurbikos ibn Fattak; u Rzymian znany jest jako Korbiacjusz (Corbitius).
Manicheizm był swoistym syntezą perskich, sumero-babilońskich i chrześcijańskich (gnostycznych) poglądów. W odróżnieniu od zoroastrystów i samych zoroastrian, manichejczycy byli prawdziwymi dualistami: uważali dobro i zło (światło i ciemność, Boga i diabła) za dwie całkowicie samodzielne i równoprawne zasady, obecne zarówno we Wszechświecie, jak i w człowieku.
Z dzisiejszego punktu widzenia był to ezoteryzm „bez wierzchołka”, który nigdy nie osiągnął stadium „pleromy” (pełni) z powodu odmowy uznania Jedności (Absolutu): ich kosmogonii zaczynała się od razu od dwójki. W porównaniu z zoroastryzmem jest on oczywiście mniej rozwinięty, jednak bardziej barwny i zawiera co najmniej jedną ważną koncepcję, do której jeszcze nie raz powrócimy – nazwijmy ją umownie „Buntem Lucyfera” (czasem nazywaną też „wojną bogów”).
Jej treść jest następująca. Zło (Lucyfer, Aryman, diabeł – nie ma znaczenia, czy jest samodzielną siłą, czy niefortunnym „33 oddziałem” Stworzenia, jeśli ktoś czytał Sjavalla i Valleo lub widział film) pewnego razu zbuntowało się przeciwko Dobru, pragnąc objąć władzę nad Wszechświatem. Prawie mu się to udało, ale ostateczne zwycięstwo oznaczałoby kolaps Wszechświata, dlatego zaczął obowiązywać prawo kosmicznej równowagi (w judeo-chrześcijańskich mitach uosobione jako archanioł Michał), a zło zostało pokonane, zapobiegając katastrofie.
Manichejczycy wyciągali z tego wniosek, że Aryman, poniósłszy klęskę w makrokosmosie, za każdym razem próbuje wziąć rewanż w mikrokosmosie, czyli kusząc każdego człowieka, usiłuje pozbawić go „obrazu i podobieństwa Ormuzda”, dlatego zadaniem człowieka jest szukać dróg do przywrócenia tego obrazu.
Manichejczycy głosili także ascetyzm i celibat, występowali przeciwko kultowi ognia (zoroastryzmowi). Istniało sześć „Ksiąg Maniego” w języku syryjskim i jedna w średnioperskim (partyjskim) („Księga olbrzymów”, „Szapurakana” i inne); nie zachowały się. Poglądy manichejczyków znalazły później wielu zwolenników zarówno na Zachodzie, jak i Wschodzie, jednak sami zostali zniszczeni.
W naszych czasach zoroastryzm jako taki zachował głównie charakter czysto religijny, tracąc elementy filozoficzne. Nie jest to zaskakujące, gdyż państwową religią w Iranie jest obecnie islam szyicki, a społeczności zoroastriańskie, stosunkowo nieliczne, rozproszone są po całym świecie. Zoroastrianom (podobnie jak Cyganom) „nigdy” nie wolno zajmować się ezoteryczną filozofią.
Współczesna zaś filozofia „awestyzmu”, która zdaje się istnieć jedynie w europejskiej części Rosji, stanowi przeróbkę staroirańskich mitów (indyjskie źródła których rzucają się w oczy niemal wszędzie).
Jeden z tych mitów, oparty na historycznym fakcie – przybyciu plemion indoirańskich skądś z północy – oraz uwzględniający doświadczenia nazistowskiej doktryny o rasie aryjskiej, dał na naszym gruncie swoistą teorię o Arktogeji.
ARKTOGEA: 1. W awestyjskiej (i niektórych innych) ezoterycznej historiozofii – najstarszy prakontynent, przypuszczalnie kolebka ludzkości (P. Głoba). U współczesnych europejskich nacjonalistów – ojczyzna północnej (nordyckiej) rasy, nosicieli wyższej kultury, w przeciwieństwie do Gondwany jako kolebki rasy południowej. Konfrontacyjny ruch tych ras dał całe zróżnicowanie kultur, jednak wyższe formy kultury i cywilizacji powstawały tam, gdzie przeważali „arktoidzi”. Szczegółowiej zob. np.: Dugin A. Hiperborejska teoria (doświadczenie ariozoficznych badań). Moskwa, 1993.
Szambala
Jeśli mamy jeszcze czas, możemy omówić legendę o Szambali, która znalazła tak szeroki oddźwięk w sercach wielu współczesnych Rosjan.
Szambala, Szambhala, w literaturze zachodniej także Szangri-La (sanskr. Cambhala, ang. Shambhala lub Shangrila): według lamajskich wyobrażeń – legendarny kraj, w którym przechowywane są najwyższe magiczne tajemnice tantryzmu i buddyzmu. Opanowanie tych tajemnic jest gorącym pragnieniem lamajisty, dlatego Sz. postrzegana jest jako uosobienie świata przyszłego Buddy Majtrei. Według legendy, Sz. była królestwem w Azji Środkowej. Jej władca Suchandra udał się do południowych Indii, aby zdobyć wiedzę. Po muzułmańskim najeździe na Azję Środkową w IX wieku królestwo Sz. stało się niewidzialne dla ludzkiego oka. Tylko czystych sercem mogą znaleźć do niego drogę. Ale w niedalekiej przyszłości król Rudraćakrin wyjdzie z niego wraz ze swoim wojskiem i jego wodzem, aby po wielkiej bitwie ustanowić na Ziemi nową duchową wspólnotę.
Podobne legendy istniały (lub istnieją) wśród wielu narodów: rosyjskie Biłowodzie i Gród Kitież, w pewnym stopniu niemiecka Vineta i tym podobne.
W rzeczywistości Szambala to jedynie egrzegor, pole informacyjne stworzone wyłącznie przez zachodni ezoteryzm: swego rodzaju marzenie o idealnym społeczeństwie, do którego wejdą tylko najlepsi „wtajemniczeni”. Ponieważ jednak większość tych, których na Zachodzie ogłaszano „najlepszymi”, okazała się ludźmi raczej bezwzględnymi, to ich pole informacyjne w naszych czasach znacznie straciło swoją pierwotną jasność i czystość.
Na peryferiach cywilizacji technicznych nadal istnieją społeczności lub nawet całe kultury (i nie jest ich tak mało), które z różnych powodów nie tylko zachowują w sobie cechy poprzednich epok – ery Barana, ery Byka lub nawet jeszcze wcześniejszych – ale także umożliwiły tym cechom „przetrwanie swojego stulecia” i dokonanie co najmniej jednego, a nawet kilku dodatkowych „nadplanowych” cykli rozwoju.
Pierwsza część tego stwierdzenia, czyli zachowanie w nich wielu cech głębokiej starożytności, cieszy etnografów, archeologów i innych naukowców rekonstruujących historię ludzkich społeczeństw. Nas natomiast bardziej interesuje druga część, która zakłada nie tyle rekonstrukcję elementów rozwoju tych społeczeństw – gdyż, jak już się przekonaliśmy, wszędzie na Ziemi były one mniej lub bardziej podobne – ile rolę i miejsce tych kultur w naszym współczesnym życiu w ogóle oraz w ezoterycznej filozofii w szczególności.
Rola i miejsce tych kultur we współczesnym świecie przypominałoby w dużej mierze los nieśmiertelnych Laputan z dzieła Swifta, którzy godnie przeżyli jeden ludzki wiek, a następnie przez kilka stuleci trwali w całkowitym marazmie, bądź los jednorocznej rośliny posadzonej w doniczce i pozostawionej na zimę w ciepłym pomieszczeniu — do Bożego Narodzenia taka roślina przybiera dziwaczne, obce jej formy, a do Maslenicy wysycha i umiera — gdyby nie potężne fundamenty tych kultur, jedyne wśród wszystkich późniejszych, wierne już siłą swej prostoty i piękna.
Wszystkie podobne kultury, rzecz jasna, nie będą mogły zostać przez nas omówione; wymienię jedynie te, które są ważne dla zrozumienia ich znaczenia.
Zacznijmy od kultury najbliższej nam geograficznie. Jak wiadomo, na samym krańcu naszej przestrzeni-czasu („od Waregów do Greków” i podręczników historii od 5 do 10 klasy) znajduje się Egipt — nie bez powodu Europejczycy przez tyle stuleci uważali go za najdalszy i najstarszy z cywilizowanych krajów. O Egipcie już mówiliśmy, spróbujmy teraz wyjrzeć poza jego granice.
Starożytny Egipt był wielkim krajem. Na dzisiejszych mapach jego terytorium podzielone jest na kilka części, z których największymi są właściwie Egipt (północna część Starożytnego) oraz Sudan (południe Starożytnego Egiptu).
W Sudanie żyją różne plemiona, a przez ostatnie dwa tysiąclecia działy się tam rozmaite zdumiewające rzeczy (na przykład pojawienie się mesjasza — mahdiego, o czym być może jeszcze porozmawiamy). Jedno z tych plemion nazywa się Bambara. To zwyczajni czarnoskórzy, o dobrej posturze, żyją oni także w Mali i niektórych innych krajach Afryki, które nigdy nie wchodziły w skład Egiptu.
Na początek zwróćmy się do kosmogonii Bambara — rzecz jasna, w skrócie, aby uchwycić jej istotę. Przedstawiam za: Arsienjew W.R. Zwieri — bogi — ljudi. M., 1991.
Świat powstał z pierwotnej pustki (a więc z tego samego chaosu, którego definicji nigdzie nie da się znaleźć. Ale my w trakcie naszych rozważań spróbujemy ją jednak odnaleźć). Pustka wydała dźwięk, wskutek czego powstał jej sobowtór. Od ich połączenia powstała wilgotna substancja (woda), a następnie doszło do wybuchu (! — co mówiliśmy o Wielkim Wybuchu?), który powołał do istnienia substancję stałą. Nie były to jednak jeszcze ziemia i przestrzeń, których jeszcze nie stworzono.
Podczas osadzania się substancji stałej (po wybuchu) powstały rzeczy i ich symbole. Wówczas z chaosu wyodrębniła się świadomość i skierowała się ku rzeczom, aby tchnąć w nie życie i nadać im imiona. Tak powstał aktywny duch Yo i 22 podstawowe elementy, od których pochodzą dźwięki, kolory, działania i uczucia (nic wam to nie przypomina?).
Od Yo pochodzi bóstwo Faro, „władca słowa”, które stworzyło siedem niebios oraz inne bóstwa. Przy tym Faro odpowiada żywiołowi WODY (żeński początek, w skrócie — jin), „budowniczy Ziemi” Pemba — Żywiołowi OGNIU (jang), prapramatka ludzi Muso Koroni — Żywiołowi ZIEMI (jin), a duch Teliko — Żywiołowi POWIETRZA (jang). Takie rozdzielenie żywiołów według zasady męskiego i żeńskiego początku całkowicie odpowiada, nawiasem mówiąc, poglądom hinduistów (braministów), pitagorejczyków, kabalistów i sufich.
Podobieństwo do już znanych nam kosmogonii jest niewątpliwe, a z egipskiej po prostu rzuca się w oczy — zwłaszcza jeśli wiedzieć, że dwudziestu dwóm marceinom Tarota przypisuje się egipskie pochodzenie: według legendy w podziemiach jednego ze starożytnoegipskich świątyń przechowywano 22 złote tablice, na których w postaci rysunków w formie symbolicznej zostały utrwalone wszystkie wiadomości zgromadzone przez egipskich kapłanów. Język przemija i umiera, a rysunek jest wieczny, dlatego kapłani postanowili sfotografować swoją wiedzę w obrazkach.
Tak, analogia nasuwa się sama. Co więcej: istnieje mnóstwo pięknych legend o przenikaniu się północy i południa — na przykład legenda o rzymskim batalionie, który zabłądził w Tropikalnej Afryce i dał początek rodowi białolicych i błękitnookich Berberów.
Ale: historię pisze się retrospektywnie!
Ponadto, dla nas, kiedy zagłębiamy się w ezoteryzm i wiemy, że przy analizie kwestii bytu (a więc problemów mikrokosmosu i makrokosmosu) prawo przyczyny i skutku nie ma zastosowania, i w tym, i w innych przypadkach nie ma znaczenia, kto u kogo zapożyczył: Bambara u Egipcjan czy Egipcjanie u Bambara. Zarówno jedni, jak i drudzy odzwierciedlili w swoich wyobrażeniach ogólne prawo światowej równowagi: Wszechświat jest urządzony w taki, a nie inny sposób, dlatego jego odbicie w świadomości dowolnych plemion i narodów będą podobne.
Przypomnijmy marksistowskie prawo jedności i walki przeciwieństw lub słowa Bhagwana Shri Rajnesha, znanego także jako Osho, wielkiego nauczyciela współczesnych rosyjskich i zagranicznych hinduistów. Wracając do tematu Starożytnych Indii i wyprzedzając temat współczesnych postindyjskich nauk, można powiedzieć, że zasługa Rajnesha polega właśnie na adaptacji pojęć wszechindyjskiego pluralizmu bogów i myśli do ograniczonego, racjonalistycznego postrzegania przez Europejczyków (a ściślej — w ogóle przez ludzi) Zachodu. Pisał on:
„Przeciwieństwa — to nie są przeciwieństwa. Spójrzcie głębiej, a poczujecie je jako tę samą energię” — to właśnie o czym mówiliśmy na wszystkich poprzednich wykładach… Pamiętacie spór między wedantą a mimansą, czy świat jest iluzją, czy nie?
Ale wróćmy do naszych egzotycznych kultur. Bambara, jak pamiętamy, zamieszkują także w Mali. Mali to już Tropikalna Afryka, obszar jeszcze bardziej swoistej kultury. Wystarczy, że w tym samym pasie tropikalnym, tylko nie na północnym zachodzie, a na południowym wschodzie, znajdowało się legendarne państwo Monomotapa (obszar Zimbabwe i Mozambiku).
Czas tych kultur jest cykliczny: „Co było, to będzie, i co czyniono, to będzie czynione” (Koh. 1:9). Człowiek i Wszechświat, a ściślej — ludzkie społeczeństwo (wspólnota) i Wszechświat są jednym, znajdują się w równowadze, której nikt nie może zakłócić. Dla członków takich społeczeństw „charakterystyczna jest świadoma orientacja przede wszystkim na dokładne odtwarzanie doświadczenia poprzednich pokoleń i przekazywanie go potomnym w niezmienionej postaci” (W.R. Arsienjew).
We współczesnej tradycji naukowej takie społeczeństwa lub kultury, niezależnie od tego, czy znajdują się w Afryce, Ameryce Południowej czy Australii, przyjęło się nazywać archaicznymi. I etnolodzy w tym przypadku mają rację: przecież, jak pamiętamy, na przykład wyobrażenia o cykliczności przestrzeni-czasu sięgają ery Byka, a niektóre inne wyobrażenia — jeszcze wcześniejszych okresów historii ludzkości.
Konserwacja lub, ściślej, ciągła reanimacja tych wyobrażeń odegrała w historii „społeczeństw archaicznych” nie mniej fatalną rolę niż w historii Indii, o czym mówiliśmy na poprzednim wykładzie. Jak pisze kandydat nauk historycznych Irina Timofiejewna Katagoszczina (Instytut Afryki Rosyjskiej Akademii Nauk), „trwałość tradycji sprawiła, że nosiciele archaicznej świadomości stali się w dużej mierze bezbronni wobec gwałtownie nadciągających zmian społecznych w Afryce w okresie kolonialnym i później” (Katagoszczina I.T. Archaiczne wyobrażenia przestrzeni-czasu i postęp społeczny w Tropikalnej Afryce. W: Przestrzeń i czas w kulturach archaicznych. Materiały z kolokwium, M., 1992).
Jednak właśnie ta „trwałość tradycji”, której fundamentem były najprostsze i naturalne wyobrażenia o świecie, sprawiła, że nosiciele tych kultur stali się odporni na wszystkie niezliczone nowinki drugiej połowy ery Ryb, począwszy od muzułmańskich i chrześcijańskich nauczycieli wiary, a skończywszy na cywilizatorskich zapędach kapitalistów i komunistów. „Cywilizacja tropikalno-afrykańska zachowała się”, jak stwierdził ktoś z naszych afrykanistów.
Nieznacznie parafrazując Dmitrija Michajłowicza Bondarenkę, wybitnego współczesnego afrykanistę, można powiedzieć, że „to, co dla nas jest treścią, dla nich jest jedynie formą, a to, co my uważamy za formę, dla Afrykańczyka jest właśnie treścią”. Innymi słowy, Afrykańczyk może chodzić w garniturze z krawatem i rozmawiać z wami o twórczości Kafki, ale wieczorem pójdziecie do domu oglądać telewizję, a on przemieni się w lamparta i wyruszy na rytualne polowanie.
Dlaczego lampart? Ponieważ „jesteśmy jednego krwi, ty i ja” – to dobrze rozumiał Rudyard Kipling, autor „Księgi dżungli”, zdając sobie sprawę, że Europejczyk ery Ryb zbyt mocno utracił więź ze swoim naturalnym początkiem, a jedynie ogromny stres może przywrócić go do pierwotnego wzorca zachowania (T. Shibutani. Psychologia społeczna. M., 1968). Nawiasem mówiąc, słynna idea „powrotu do natury” narodziła się u europejskich oświecicieli nie bez znaczenia właśnie dzięki „odkryciu” Afryki…
Na czym polega ten obraz świata, tak naturalny dla nosicieli „archaicznych kultur” i tak skutecznie przez nas zapomniany?
Rozważmy go na przykładzie BINI (Benijczyków) – ludu zamieszkującego zachodnioafrykańskie wybrzeże tropikalnej Afryki. Przedstawione za: D.M. Bondarenko. Benińskie społeczeństwo w przededniu pierwszych kontaktów z Europejczykami (cechy stadialne i cywilizacyjne). Dysertacja. Instytut Afryki, M., 1993 (w formie maszynopisu).
Wszechświat jawił się Benijczykom w postaci kilku koncentrycznych kręgów – światów, których granice są całkowicie określone, choć przenikalne. Najszersze, zewnętrzne koło stanowił Wszechświat, obejmujący zaludniony świat przodków, duchów i innych niematerialnych istot, a w jego centrum znajdowała się społeczność, której częścią była jednostka (ciało fizyczne wraz ze wszystkimi jego poziomami), z kolei składająca się z czterech światów lub kół – „dwojaka” (ciało eteryczne), duszy (ciało astralne), ducha (ciało mentalne) oraz wyższego „Ja” (monada):
——————————————— / W S Z E C H Ś W I A T —————————————– // Świat duchów przodków i bóstw ———————————- // Społeczeństwo (społeczność) —————————- | | | | CZŁOWIEK: | | | |
– dusza-dwojak, niematerialny szkielet fizycznej powłoki człowieka – świadomość, myślenie, początek psychiczny – duchowe ego – superego
Nawiasem mówiąc o dwojaku. „Z punktu widzenia Afrykańczyka, gdy człowiek zasypia na swojej macie, na scenę wkracza jego dwojak, który odbywa tę samą drogę, którą przemierza śpiący w świecie realnym, i wykonuje te same czynności… Właśnie w tym dwojaku kryje się osobowość człowieka” (N.A. Ksenofontowa. Osobowość, społeczeństwo i czas społeczny. W zbiorze: Przestrzeń i czas w kulturach archaicznych. Materiały sympozjum, M., 1992).
Łatwo rozpoznajemy tu znaną, czteroczęściową strukturę podziału makrokosmosu i mikrokosmosu, przy czym w podwójnej formie, co z kolei daje nam ponownie znane osiem elementów, których suma stanowi nie nazywany, ale domyślny dziewiąty (Ming Tan, patrz wykład 4). Czy wszystkie ziemskie języki (plemiona) rzeczywiście wywodzą się z Afryki, czy nie – nie ma to już znaczenia: rozpoznawalność schematu dowodzi, że wszędzie działają te same prawa, a „przeciwieństwa – to nie są przeciwieństwa…”.
Ten schemat jest tak prosty i wolny od wszelkich „kulturowych naleciałości”, teoretyzujących zastrzeżeń i komplikujących sprawę szczegółów, że może stanowić doskonałą ilustrację zasady podobieństwa, znanej nam z formuły Hermesa Trismegistosa: „To, co jest na dole, jest podobne do tego, co jest na górze”, o której wspominaliśmy na wykładzie 1.
Nie bez powodu afrykaniści – a są to ludzie nastawieni przeważnie bardzo akademicko, czyli daleko od naszego podejścia – nawet oni zauważają, że zasada podobieństwa stanowi najważniejszą podstawę myślenia ludów tropikalnej Afryki (zob. np.: N.M. Girenko. Socjologia plemienia. Powstanie teorii socjologicznej i główne komponenty dynamiki społecznej. M., 1991).
Ponadto przedstawiciele „archaicznych kultur” od dawna mieli jasną i drugą myśl, która również należy do kręgu najważniejszych ezoterycznych wyobrażeń: kosmos to nie struktura, nie mechanizm, nie martwa konstrukcja, lecz żywy organizm. Tym, którzy czytali prace współczesnej Agni-jogi, ta myśl powinna być dobrze znana.
Stąd wyobrażenie o życiu jako o najwyższej wartości, dlatego zabójstwo (nawet zwierzęcia) jest największym przestępstwem (przypomnijmy przykazanie „nie zabijaj” ery Barana) dla wszystkich poza myśliwymi, i dlatego myśliwi stanowią szczególną grupę społeczną, której członkom przychodzi przestrzegać wielu skomplikowanych rytuałów, aby nie dopuścić do naruszenia kosmicznej równowagi, gdyż nie ma większego naruszenia niż odbieranie życia („Zgódź się, że przeciąć włos może jedynie ten, kto go powiesił” – M. Bułhakow. Mistrz i Małgorzata. M., „Chudożestwienna litieratura”, 1973). Stąd liczne reguły i tabu myśliwskie, a także rytuały utożsamiania myśliwego ze zwierzęciem przeznaczonym na ofiarę (przedstawienie er Bliźniąt, Raka i Lwa): w świecie bowiem nic nie powinno znikać bez śladu, podobnie jak nic nie powinno pojawiać się z niczego, inaczej równowaga zostanie naruszona.
Tak, u opisanych powyżej Bambarów uważa się, że przy zabójstwie (zniszczeniu, naruszeniu integralności) obiektu uwalnia się specjalna energia – „Njama”, szkodliwa w przeciwieństwie do zwykłej energii życiowej „ni” (chi, prana) i zdolna wywierać niebezpieczny wpływ na ludzi, na równowagę i porządek w świecie. Polowanie jednak daje ludziom pożywienie, bez którego nie można się obejść; dlatego myśliwy (nie po prostu myśliwy, lecz członek najwyższej kasty, bramin, jeśli wrócić do tematu poprzedniego wykładu) musi wziąć na siebie odpowiedzialność za niedopuszczenie do rozprzestrzeniania się tej energii na niczym niewinnych otaczających go ludzi, inaczej ucierpią i ci, i tamci.
Stąd – rozwinięty do perfekcji system „magicznych i wedyjskich obrzędów, ofiar, przestrzegania tabu itd.” (D.M. Bondarenko). Powstałe w okresie ery Barana, obrzędy te zachowały swoją rolę jako czynniki stabilizujące życie społeczności także w „post-baranowym” okresie. Nie rozważając obecnie „rybizującego” wpływu mułłów muzułmańskich i katolickich księży na kształtowanie światopoglądu „archaicznych” ludów, zauważmy, że (ideologiczna) kolonizacja nie tylko nie doprowadziła do wyparcia starożytnych wierzeń i kultów, ale nawet w pewnym stopniu je wzmocniła w tej roli.
Przykładem tego może być kult VUDU, którego ośrodkiem uważa się Dahomeję, czyli ten sam Benin. Vudu (Wodoo, Voodoo) to słowo z jednego z afrykańskich języków (prawdopodobnie ewe), oznaczające „duch”. W okresie handlu niewolnikami mieszkańców zachodniego wybrzeża tropikalnej Afryki wywożono do Ameryki Północnej i Południowej, na Kubę oraz Haiti, dlatego kult rozprzestrzenił się także tam, wywołując przerażenie wśród zabobonnych Europejczyków.
Kult, według Europejczyka, jest naprawdę bardzo egzotyczny: „tańce węży”, ofiary, kult wielkiego boga-wojownika Afa (Ogun) oraz jego krwiożerczych pomocników (podobnych do Fobosa i Dejmosa Marsa – wyraźny produkt ery Barana), duchy-opiekunowie, duchy-przodkowie, duchy-władcy cmentarza, rytualne rozczłonkowanie zwłok, a w historycznej „anamnezie” także kanibalizm, i oczywiście „zombie” – niemal jedyne pojęcie, które Europejczycy przyswoili sobie z „wuduizmu”, jak go nazwali, ale za to wciąż cieszy doświadczonych scenarzystów i początkujących ezoteryków.
ZOMBI (ang. zombie, od nazwy trującego ziela w języku ewe): „żywy trup”, historycznie – ofiara czarowników afrykańskich plemion, praktykujących w rejonie Dahomei (współczesnego Beninu) i później na Haiti. Ofierze podsypywano w jedzeniu „proszek z…”, zawierający tetrodotoksynę lub inną silnie działającą truciznę, i człowiek umierał pozorną śmiercią, prawie nieodróżnialną od prawdziwej. Po kilku dniach „trupa” ożywiano, a on, całkowicie tracąc wolę (świadomość), podporządkowywał się woli czarownika. Zwykle ludzie-z. po tym żyli krótko. Przypadki wyleczenia (powrotu świadomości) są znane, ale bardzo rzadkie. Obecnie tak nazywa się ludzi „opętanych przez siły nadprzyrodzone”, czyli tracących osobistą wolę i podporządkowanych czyimś rozkazom. Szczegółowiej zob. np.: A. Malenkow, U. Sarbasz. W czym tkwi sekret zombie? „Nauka i życie”, nr 7/1989, s. 91.
Jednak i ten kult jest niczym innym jak wyrazem tego samego „tauryjskiego”, archaicznego spojrzenia na świat, które miało na celu lepsze zrozumienie i zapamiętanie, a do czego właśnie tworzone były obrzędy i rytuały. Jak pisze ten sam D.M. Bondarenko, zachowania rytualne były dla Afrykanów jedynie „aktywnym sposobem wpływania na bieg wydarzeń — w ostatecznym rozrachunku być może rzeczywiście «wszystko jest w rękach bóstw i przodków»? Ich należy się bać, ale można na nich wpływać…”. W tym przypadku działania rytualne mogły okazać się naprawdę skuteczne, gdyż wierzyli w nie nie tylko ci, którzy je wykonywali, ale także wszyscy ci, na których szkodę lub korzyść były one skierowane.
Skuteczność tych działań z punktu widzenia współczesnego ezoteryzmu tłumaczy się również tym, że przez tysiące lat istnienia wudu powstał potężny egrzegor (pole informacyjne), jednak z pewnego rodzaju „zamkiem kodowym”: zwrócić się do niego może nie każdy, a jedynie ten, kto posiada kod — przypomnijmy sobie kamienie-klucze od rodowych jaskiń na Wyspie Wielkanocnej.
Badania Thora Heyerdahla dały uderzające rezultaty, ponieważ po pierwsze, nosił on imię „zrozumiałe” dla lokalnego egrzegoru: Tera’i Mateata. Po drugie, zgodnie ze wszelkimi formalnościami przekazano mu kamień-klucz wraz z odczytaniem świętego tekstu i symbolicznym złożeniem ofiary. Po trzecie, zyskał swojego akua-aku (ducha-opiekuna) — emanację egrzegoru. Aku-aku jest zatem tym samym, co wudu.
Historia Heyerdahla pokazuje zresztą, że „klucz” od egrzegoru związany jest nie z przynależnością etniczną, a z tym, co przyjęło się nazywać „inicjacją”, czyli formalnym wtajemniczeniem lub koniecznym etapem wewnętrznego rozwoju.
To samo dotyczy wszelkich innych (nie tylko „akua-akim”) egrzegorów — na przykład wschodnich sztuk walki.
Jednak, dalece przeżywszy swój czas (i opuściwszy swoje pierwotne środowisko), wudu utraciło większość swojego ezoterycznego aspektu, a ściślej — przestało go rozwijać. Pozostało w ramach religii, która obejmuje stopniowo zanikające wierzenia i dobrze rozwinięty ze względu na swoją praktyczność kult. Jednak, ponieważ korzystanie z egrzegoru tego kultu bez „klucza” jest niemożliwe, nigdzie nie spotkasz ani przedstawicieli innych narodowości, ani sekt, ani nawet kół miłośników wudu, choć w Stanach Zjednoczonych, jak się wydaje, można znaleźć miłośników wszystkiego. Duchy wudu są coraz rzadziej potrzebne ludziom.
W tym względzie więcej szczęścia miały inne duchy — Winti. Istnieje taki kraj Surinam, dawna Gujana Holenderska, na północy Ameryki Południowej. Nie zagłębiając się w demograficzną analizę jego zróżnicowanej populacji, zaznaczmy, że należy on do tak zwanej kultury kreolskiej, która łączy w sobie elementy europejskie, afrykańskie, amerykańskie (indiańskie) oraz niektóre inne. W kulturze kreolskiej wszystkie one „stopiły się” w coś jakościowo nowego, swoistego, oryginalnego we wszystkich sferach życia człowieka, w tym także w ezoteryce.
Samo słowo Winti (Gwinti), ściśle rzecz biorąc, oznacza „duch” (podobnie jak wudu i aku-aku). Jednak tym samym słowem określa się także światopogląd mieszkańców Surinamu, ich „ludową religię” lub filozofię.
Co do swojego pochodzenia, Winti wywodzi się z życiowej filozofii Afrykanów, przywiezionej do Surinamu przez czarnych niewolników. Uważa się, że Winti przenika wszystko, co żyje, i składa się z dwóch najważniejszych elementów: wierzeń i uzdrawiania (a nie kultu, jak w „archaicznych” kulturach).
Pierwsze zakłada, że duchy-winti istnieją wszędzie. Taki duch może być twoim przodkiem, ale może też nim nie być; w ogóle może być duchem drzewa lub twojego znaku zodiaku. Jednak winti może opanować ciebie („dosiąść”, jak jeździec konia). Może to być dobre, ale może być i złe. W tym drugim przypadku człowiek musi zwrócić się do „swoich” winti, aby pomogły mu odzyskać swoje „ja”.
Złe uczynki, zaburzenia psychiczne, odejście od samego siebie powodują, że człowiek traci więź ze swoimi „winti”, bez których jest niczym w tym świecie. Człowiek naruszył kosmiczną równowagę, dlatego teraz należy go uleczyć: oto sens drugiej części filozofii Winti. Oczywiście, także w niej istnieją swoje rytuały, ale wszystkie one służą uzdrawianiu — zarówno ciała, jak i ducha. W rytuałach Winti człowieka nazywa się „Koń Boży”: duchy jego wewnętrznego, jak i zewnętrznego świata nieustannie nim kierują, sterując jego uczuciami i myślami. Oto jak pisze o tym jeden z współczesnych surinamskich poetów:
Edgar Cairo
Piosenka o utraconej duszy
Mój głos brzmi, ale gdzie jestem ja?
Żyję, ale gdzie jest moja dusza?
Dusza jest gotowa w każdej chwili
Zmienić swój zwykły wygląd,
Przekroczyć kolejny próg —
Ona żyje.
Kto pomaga rybie
Przekroczyć kolejny próg,
Iść coraz wyżej, stając się silniejszą
I odnajdując mądrość?
Przed progiem się zatrzymać — oto śmierć.
Tak ginie jeździec bez konia.
Tak ginie koń w górach bez jeźdźca —
Nie odnajdzie drogi do doliny.
I jestem sam. Ale kto pomoże mi
Przekroczyć kolejny próg?
Uzdrawianie zaś opiera się na metodach „medycyny ludowej”, znanych wszystkim narodom świata, głównie zaś — na wykorzystaniu substancji naturalnych i psychofizjoterapii. Jednak, jeśli najprostsze środki ludowe, których dobór zależy od naturalnych warunków danego regionu, są praktycznie znane wszystkim, to stosowanie „skomponowanych receptur”, a tym bardziej kompleksowych metod leczenia, to już zawód, wymagający wiedzy i doświadczenia, przy czym nie tylko w sferze praktycznej, ale i ezoterycznej. Osoby zajmujące się tym zawodem nazywane są rozmaicie — uzdrowicielami, healerami lub szamanami.
My posłużymy się słowem „szaman”, gdyż już weszło ono do naukowego obiegu jako termin (zob. np.: A. Mień, Doistoryczne mistyki. „Nauka i życie”, nr 2/1990). To właśnie to słowo przeniknęło do języków europejskich z języka jakuckiego w XVII wieku — porównaj sztukę Katarzyny Wielkiej „Syberyjski szaman”. Do Jakucji dotarło ono poprzez Mongolię z Indii (od sanskryckiego camas — „uspokojenie, spokój”).
Początkowo szaman, bez wątpienia, jest produktem ery Byka (przypomnijmy trzecią lekcję). Treść tego „zawodu” na przestrzeni kilku tysięcy lat uległa niewielkim zmianom, zmienił się jedynie poziom jego uświadomienia. Współczesny szaman to z reguły człowiek z wykształceniem medycznym, należący do etnosu-egrzegoru (czyli do rdzennej ludności) — surinamczyk, jeśli wrócić do ostatniego przykładu, lub Chińczyk, jeśli mowa o akupunkturze i posiadający prawdziwie ezoteryczną świadomość, czyli po pierwsze, nie tylko znający, ale głęboko odczuwający prawa mikrokosmosu i makrokosmosu, a po drugie, w pełni świadomy swojej odpowiedzialności (nie wolno naruszać kosmicznej równowagi).
Co więcej, jeśli pierwszy i drugi element są fakultatywne (szaman może nie mieć wykształcenia medycznego lub nie należeć do odpowiedniego etnosu), to brak trzeciego elementu (ezoteryczna świadomość) przemienia szamana w czarownika, curandero w brujo.
Słowem curandero (uzdrowiciel) w Ameryce Łacińskiej nazywa się prawdziwego szamana — takiego jak Eduardo Calderón z Ekwadoru, opisanego przez Douglas Sharon w jej książce „Czarodziej Czterech Wiatrów” (Sharon, Douglas. Wizard of the Four Winds. The Free Press, New York 1978; niem. Magier der Vier Winde. Verlag Hermann Bauer KG, Freiburg in Breisgau, 1. Aufl. 1987). On sam mówi o sobie tak:
„Oczywiście, szaman musi być dobry… Inaczej być nie może. Nawet zbierając rośliny, trzeba do nich podchodzić z dobrą duszą, a one wyjdą ci na spotkanie. Zła osoba znajdzie jedynie złe rośliny… Zanim zostałem curandero, złożyłem nauczycielowi obietnicę: pomagać ludziom, nie myśląc o własnej korzyści, pomagać wszystkim, którzy potrzebują pomocy — kimkolwiek by byli i jakie by życie prowadzili”.
Brujo zaś, nie zagłębiając się w lingwistyczne szczegóły, oznacza „czarnego maga”, „złego czarownika”.
We wszystkich krajach świata, od Czukotki po Ziemię Ognistą, zasady pracy szamanów są takie same. Wykorzystują oni związki istniejące między światem widzialnym i niewidzialnym (prawo podobieństwa), wpływając na nie za pomocą tysiącleciami wypróbowanych metod, aby przywrócić kosmiczną równowagę tam, gdzie została naruszona.
Na widocznym planie są to rytualne działania – taniec, muzyka, modlitwa, kadzidła, manipulowanie magicznymi przedmiotami (swoją drogą, chrystianizacja w tym przypadku nie tylko ograniczyła, ale i wzbogaciła ich wybór: współcześni szamani używają teraz różańca,/>krucyfiksów i chrześcijańskich modlitw). Na niewidocznym planie – rytualne zachowanie (przestrzeganie pewnych zasad życia i obchodzenia się z przedmiotami). W ten sposób, jak pisał W.R. Arsienjew, “Magia występuje nie tylko jako zbiór technik (instrument





