<p>zalogować się/zarejestrować</p>
<p>zalogować się/zarejestrować</p>
Astro Way Logo Astro Way Logo

A.L. Czyżewski – Ziemne oddziaływanie bur słonecznych część 1

Redakcja: O.Л., redaktor naukowy, kandydat nauk fizyczno-matematycznych B. M. Wołodymyrski, kandydat nauk filozoficznych L. W. Hołowanow, kandydat nauk geograficznych R. F. Usmanow, kandydat nauk fizyczno-matematycznych N. P. Cymahowycz
2090’–204. B3-^5-28-76
004(01)-76
© Wydawnictwo „Dumka”. 1976

PRZEDMOWA

Życie czasem obdarza nas spotkaniami z interesującymi ludźmi. Wiele lat temu miałem zaszczyt i wielką przyjemność poznać jednego z pionierów rodzimiej kosmicznej biologii – autora tej książki.

Przedstawiona do wiadomości czytelników książka należy do pióra wybitnego radzieckiego uczonego – profesora A. L. Czyżewskiego (1897–1964) i poświęcona jest aktualnemu problemowi – badaniu związków biosfery Ziemi z aktywnością Słońca.

To, że Słońce jest podstawą powstania i istnienia życia na naszej planecie, a także przyczyną większości procesów fizycznych i chemicznych, które na niej zachodzą, jest oczywistą prawdą znaną od niepamiętnych czasów. Jednak jego rola jest znacznie większa i bardziej złożona, niż przypuszczano wcześniej.

Aleksandrowi Leonidowiczowi Czyżewskiemu przypadł zaszczyt naukowego udowodnienia, że dla świata organicznego Ziemi istotna jest nie tylko energia stale emitowana przez Słońce, ale także zmiany „słonecznej działalności”, okresowo występujące, czyli aktywności Słońca.

Ponieważ strumień promieniowania cieplnego Słońca jest praktycznie stały, a owe zmiany zachodzące w górnych warstwach ziemskiej atmosfery w zależności od aktywności Słońca wydawały się nie mieć znaczenia dla niższych warstw, powłokę krajobrazową naszej planety dotychczas uważano za izolowany system samoorganizujący się. Co zaś tyczy się żywych organizmów, to sądzono, że długotrwała ewolucja powinna była wytworzyć odpowiednie mechanizmy ochronne przeciwko wpływowi wzmożonej aktywności Słońca. Krótko mówiąc, w nauce o życiu nadal żywe były idee geocentryzmu.

Czyż to nie tłumaczy faktu, że pionierskie prace Czyżewskiego nie zostały należycie docenione przez współczesnych?

Niniejsza książka – owoc starannych badań i śmiałych uogólnień – po raz pierwszy ujrzała światło dzienne za granicą w formie przedmowy zatytułowanej „Les Epidemies et les perturbations electromagnetiques du milieu exterieur”. Autor napisał ją w języku francuskim na oficjalne zamówienie paryskiego wydawnictwa „Hippokrates”. Wydana 36 lat temu, do dziś zachowała swoją świeżość. Treść jej niejako bezpośrednio zwraca się do naszych współczesnych. Ale szczególnie cenną będzie ona dla tych badaczy, którzy podchodzą do praktycznego rozwiązania zagadnień związanych z badaniem związków słoneczno-ziemskich.

Ogromna erudycja autora i siła jego naukowych uogólnień, zdawałoby się, dalekich od siebie faktów, są bardzo pouczające, i przede wszystkim dla młodzieży wkraczającej do nauki.

Książka niewątpliwie przyciągnie uwagę szerokiego grona czytelników, którzy interesują się palącymi problemami współczesnego przyrodoznawstwa. Zainteresowanie uczonych będzie jeszcze większe, gdyż metoda wykładu zawarta w niej odpowiada metodzie badawczej, a siła naukowego syntezy łączy się z oryginalnością myślenia autora.

Nie można nie wspomnieć słów Fryderyka Engelsa: „Formą rozwoju przyrodoznawstwa, o ile ono myśli, jest hipoteza… Gdybyśmy chcieli czekać, aż materiał będzie gotowy w czystej postaci dla prawa, to oznaczałoby to wstrzymanie do tego czasu myślącej refleksji, i już z tego powodu nigdy byśmy nie otrzymali prawa”.

Dociekliwy badacz przyrody A. L. Czyżewski odkrył, że wahania intensywności różnorodnych masowych procesów na naszej planecie są synchroniczne. Logiczne było przypuszczenie, że w dynamice systemów biologicznych na wszystkich poziomach ich naturalnej organizacji odzwierciedla się niestacjonarny i niejednorodny wpływ Słońca, i tutaj nie wystarcza rozpatrywać nasze Słońce jedynie jako źródło promieniowania energetycznego.

Swoje pierwsze rozważania na ten temat A. L. Czyżewski przedstawił w Kaludze w październiku 1915 roku w referacie „Okresowe oddziaływanie Słońca na biosferę Ziemi”. Były to jedynie śmiałe przypuszczenia oparte na stosunkowo ograniczonej liczbie faktów i obserwacji.

Dalsze gromadzenie materiału faktograficznego doprowadziło Czyżewskiego do całkowicie mocnego przekonania: okresowość wybuchów epidemii i pandemii, epizootii, epifitii pozostaje w bezpośrednim związku z zaburzeniami czynników fizjologicznych środowiska zewnętrznego („kosmo-tellurycznego”).

Ta myśl skłoniła Czyżewskiego w 1928 roku do podjęcia eksperymentalnych badań nad tym zagadnieniem – o swoich wynikach uczony poinformował w artykule „Promieniowanie kosmiczne jako czynnik biologiczny”, opublikowanym w 1929 roku w „Biuletynie Międzynarodowego Towarzystwa Biokosmicznego” (Tulon).

W latach 1927–1928 „Rosyjsko-niemiecki czasopismo medyczne”1, redagowane przez N. A. Siemaszko, publikuje cały cykl artykułów Czyżewskiego, w których przekonująco dowodzi on, że liczne zaburzenia funkcjonalne i organiczne w życiowej działalności i rozwoju systemów biologicznych – od poszczególnych organizmów do populacji – zależą od fizyczno-chemicznego środowiska, które ma swoje źródło w oddziaływaniach kosmicznych, zwłaszcza gwałtownych zmianach, zakłóceniach normalnego przebiegu procesów fizycznych na Słońcu.

Swoimi badaniami Czyżewski poszerzył wyobrażenia o warunkach istnienia życia na Ziemi, naukowo dowodząc istnienia stale działających związków biosfery z czynnikami kosmicznymi – do pojęcia „środowisko zewnętrzne” zaczęto zaliczać także przestrzeń kosmiczną.

Samo sformułowanie problemu „Słońce – biosfera” (patrz bibliografia na końcu książki), już na początku lat 20. XX wieku, i to na grunt praktyczny, należy uznać za ważną zasługę uczonego.

Badania Czyżewskiego wzbudziły żywe zainteresowanie uczonych zarówno w naszym kraju, jak i za granicą – przedstawicieli najróżniejszych specjalności. Szeroka prasa zareagowała skrajnymi opiniami – od bardzo entuzjastycznych po zdecydowanie krytyczne wypowiedzi. Tak bywa często, kiedy w nauce pojawia się nowy problem i dokonuje się nowe odkrycie, mające bezpośredni związek z żywotnymi interesami ludzkości.

W badaniach A. L. Czyżewskiego okazały się ściśle powiązane ogólna biologia, fizjologia i medycyna z jednej strony, oraz geofizyka, meteorologia i astronomia – z drugiej. Znani uczeni (K. E. Ciołkowski, P. P. Łazariew, W. M. Biechtieriew, N. A. Morozow, A. A. Sadow, A. W. Leontowicz i inni), a także zagraniczni badacze – Nordmann, Dubois, Smit, Brooks, Lessberg i inni – uznali zasadnicze znaczenie prac Czyżewskiego, gdyż wniosły one do nauki nowe poglądy i stawiały nowe problemy.

„Wszystkie te uogólnienia i śmiałe myśli są po raz pierwszy wyrażone przez autora w literaturze naukowej, co nadaje im dużą wartość i wzbudza zainteresowanie… – pisał K. E. Ciołkowski. – Ta praca jest przykładem połączenia nauk w jedną całość na monistycznym gruncie analizy fizyczno-matematycznej”.

W 1930 roku w Moskwie ukazała się drukiem książka Czyżewskiego „Epidemiczne katastrofy i okresowa działalność Słońca” (w nakładzie… 300 egzemplarzy), w której autor opublikował część zebranego przez siebie materiału statystycznego dotyczącego epidemii, aby ukazać najściślejszy związek zbiorowych reakcji żywych organizmów na prawie niedostrzegalne, najmniejsze zmiany otoczenia, spowodowane okresową działalnością Słońca, które umknęły uwadze epidemiologów, podobnie jak i całej praktycznej medycyny.

Czyżewski przedstawił nową, dobrze przemyślaną koncepcję „epidemicznych katastrof”, poszerzając ramy rozumienia najbardziej mrocznych problemów epidemiologii i odsłaniając, obrazowo mówiąc, maszynownię natury, gdzie skoncentrowane są mechanizmy zjawisk epidemicznych.

„Naszym zadaniem było – pisał on na końcu książki – przedstawić w szerokim ujęciu ogólnobiologicznym zagadnienie przejścia życiowych jakości wirusa ze stanu utajonego w aktywny pod wpływem zmian w otaczającej organizm fizyczno-chemicznej substancji” (str. 163).

Uczony absolutyzował swoje poglądy na mechanizm epidemicznych zaburzeń. „…Nie rościmy sobie pretensji do ich bezbłędności. Należy je traktować jedynie jako pierwszą próbę zbudowania roboczej hipotezy, nic więcej” (tamże).

1 Redakcyjne przypisy oznaczone odpowiednią cyfrą znajdują się na końcu książki. Gwiazdką w tekście oznaczono przypisy autora, umieszczone w przypisach. (Przyp. red.)

Jednocześnie ostrzegał epidemiologów przed uproszczonym rozumieniem złożonych przyczyn epidemii. Uczony nie był na tyle naiwny, by utożsamiać stan aktywności Słońca z epidemiologicznym rozprzestrzenianiem się tych czy innych chorób. „Tego rodzaju wniosek byłby zupełnie błędny — podkreślał Чижевський, przewidując możliwe zarzuty przeciwników. — Działalność Słońca, według wszelkiego prawdopodobieństwa, jedynie sprzyja (wyróżnienie nasze — O. H.) epidemiom, sprzyja szybszemu ich dojrzewaniu i nasileniu. Trzeba to rozumieć w tym sensie, że dana epidemia dzięki szeregowi czynników biologicznych mogłaby mieć miejsce także bez wpływu czynnika słonecznego, jednak bez niego mogłaby pojawić się nie w tym roku, w którym faktycznie wystąpiła, a siła jej rozwoju byłaby inna niż rzeczywista” (s. 162). Tak więc rolę okresowej działalności Słońca Чижевський rozumiał jako rolę katalizatora.

Чижевський przewidział możliwość prognozowania prawdopodobieństwa wystąpienia epidemii, wzrostu śmiertelności. Jednak do tego nie wystarczały jedynie obserwacje statystyczne — konieczne było gruntowne badanie wpływu gwałtownych zmian fizyczno-chemicznego środowiska, procesów elektronowych w układach koloidalnych, dyspersyjnych, zjawisk koagulacji i stabilizacji systemów bakteryjnych przenoszących jony określonego znaku itd., a także bardziej ogólnych — globalnych prawidłowości wzajemnego oddziaływania biosfery z okresową „aktywnością Słońca”. Uczony dążył do zgłębienia istoty procesów fizyczno-chemicznych, biofizycznych i biochemicznych, pojąć intymne mechanizmy interakcji żywej przyrody z zewnętrznym (w najszerszym znaczeniu tego słowa) środowiskiem, opracował teorię organicznej wymiany elektronowej (zob. „Prace” kierowanego przez niego w latach 30. Centralnego Laboratorium Naukowo-Badawczego Jonizacji, a także kapitalną monografię „Aerojonizacja w gospodarce narodowej”. M., 1960), ustalił wyjątkową reaktywność, odkrył efekt zapobiegania tym zaburzeniom zmianami właściwości maczugowców (zob. Zbiór „Medycyna lotnicza i kosmiczna”. M., 1963, s. 485–486), kładąc podwaliny pod strukturalną analizę krwi, odkrywając geometryczną uporządkowaność krwi. „Strukturalna analiza ruchomej krwi”. Wszystko to Чижевський umysłowo scalał w jedną system wzajemnego oddziaływania organizmu ze środowiskiem. Gdy mogło się wydawać, że rozprasza swoje siły, odchodzi od głównego nurtu, szedł od ogółu do szczegółu, aby następnie na nowych etapach powrócić do pierwotnych — ogólnych — zagadnień, ale już na jakościowo nowych pozycjach, wyposażony w nowe dowody. Taką była dialektyka jego twórczości. Oczywiście, Чижевський nie mógł rozwiązać wszystkich kwestii związanych ze złożonym kompleksem różnorodnych przejawów aktywności słonecznej w biosferze — to zadanie wykracza poza możliwości pojedynczego badacza, jest domeną wspólnych wysiłków wielu specjalistów, przedstawicieli różnych kierunków naukowych, jednak swoimi pionierskimi pracami kładł fundamenty geobiologii, szukał i często znajdował w systemie interakcji „organizm — środowisko” kluczowe ogniwa, czyniąc je przedmiotem badań twórczych i eksperymentalnych.

Nowe faktyczne dane oraz nowe logiczne powiązania zgromadzone przez Чижевskiego w okresie, kiedy zaczął pracować nad książką dla francuskiego wydawnictwa, jeszcze bardziej umacniały jego ogólną koncepcję. „Nowy punkt widzenia na główne etiopatogenetyczne momenty mechanizmu epidemicznego i na zmienność wiremii bakterii — pisał on we wstępie — otwiera, jak się zdaje, całkowicie nieoczekiwane perspektywy racjonalnej walki z epidemią, racjonalnej profilaktyki oraz terapii różnych chorób. Nowy punkt widzenia… jako elektrycznych rezonatorów. Ten punkt widzenia powinien być rozszerzony na żywe komórki w ogóle” (s. 23). Należy zaznaczyć, że tekst dla tego wydania został przygotowany do druku osobiście przez A. L. Чижевskiego niedługo przed śmiercią. Redakcja z należytą troską odniosła się do stylu autora: pasja, entuzjazm, wzburzenie, które przenikają strony książki, wydają się całkowicie na miejscu — tekst tchnie żywym słowem. Trzeba było posiadać głęboko przenikliwy umysł, aby w latach 30., na tle pogłębiającej się specjalizacji i dyferencjacji nauk przyrodniczych, dostrzec obiektywną tendencję tych nauk do zbliżania się, przeplatania, integracji, która nigdy nie jawiła się tak wyraziście jak obecnie. Co szczególnie ważne w tym, jak pisze autor, „dobroczynnym syntezie” — zastosowanie metod jednej nauki do drugiej, systematyczne, całościowe podejście do badania pozornie heterogenicznych zjawisk (astronomicznych i biologicznych), między którymi ujawnia się korelacyjny związek. „Teraz możemy powiedzieć — pisze Чижевський w pierwszym rozdziale — że w naukach przyrodniczych idea jedności i wzajemnego powiązania wszystkich zjawisk oraz poczucie świata jako niepodzielnej całości nigdy nie osiągnęły takiej jasności i głębi, do której stopniowo dochodzą w naszych czasach” (s. 24). Słowa te zdają się być wypowiedziane dzisiaj. Jednak w czasach, kiedy powstawała książka, taki pogląd jeszcze nie znajdował dla siebie odpowiedzi. Wiedza, którą dysponowała współczesna nauka na temat związków Słońce–Ziemia, daleka była od kompletności (nawet dzisiaj nie można jej uznać za wyczerpującą), a sam autor o tym wspomina. Jednak aktualność postawionego przez niego pytania nie budzi wątpliwości, a co więcej — zgromadzonego materiału faktycznego okazało się wystarczająco dużo, by udowodnić ścisły związek żywej przyrody ze środowiskiem kosmicznym. Wątpliwości nie mogło być: „Jak promieniowanie słoneczne, tak i promieniowanie kosmiczne są głównymi źródłami energii ożywiającej powierzchniowe warstwy kuli ziemskiej” (s. 29). Powstało zatem pytanie: w jakim stopniu procesy fizjologiczne organizmów żywych zależą od wahań dopływu tej energii?

W ogromnym oceanie życia przed wzrokiem przyrodników jawi się masa wzajemnie splecionych procesów pozostających w stanie rozwoju i okresowych zaburzeń. Na każdy obiekt żywej przyrody oddziałuje mnóstwo sił zewnętrznych: „…każda istota organiczna w każdej danej chwili jest tym samym i nie tym samym” (F. Engels, „Anty-Dühring”, M., 1969, s. 17). Tam, gdzie na powierzchni wydaje się, że mamy do czynienia jedynie z grą przypadku, z nieubłaganą konsekwencją w masie zdarzeń ujawnia się konieczna prawidłowość. Zauważmy, że przypadkowość jest zawsze czymś względnym i zawsze znajduje się w punkcie przecięcia koniecznych procesów. Przypadkowe i konieczne są dialektycznie splecione w każdym jednostkowym zjawisku, zaś masa przypadkowych zdarzeń ujawniających się w mniej lub bardziej jednorodnych obiektach charakteryzuje się statystycznymi prawidłowościami wyrażającymi miarę konieczności przypadku, stochastycznego. Dlatego całkowicie naturalnym był matematyczno-statystyczny sposób badania, przyjęty przez Чижевskiego jako podstawowy na pierwszych etapach studiowania związków Słońce–Ziemia. Przeanalizowawszy ogromny materiał w aspekcie historycznym, zwrócił on uwagę na to, że wcześniej epoki katastrofalnych zjawisk w przyrodzie wiązano z pojawieniem się różnego rodzaju „znaków”, przy czym systemy przepowiedni we wszystkich czasach były tożsame w sensie obiektów przewidujących te czy inne masowe wydarzenia. Najczęściej systemy te miały charakter religijny, za którym stało obiektywne źródło: stosunki społeczne i rzeczywistość otaczającej przyrody. Zachwycając się poezją porównań i wyolbrzymiając rolę niebieskich „znaków”, starożytni popadali w mistycyzm. Mimo to, krytykując ten nurt, wielu uczonych z powodu pewnego niedostatku danych naukowych zaprzeczało istnieniu związku przyczynowo-skutkowego między masowymi zachorowaniami, klęskami żywiołowymi w przyrodzie a czynnikami kosmicznymi. Чижевський przedstawia historyczny przegląd faktów zgromadzonych w licznych źródłach literackich dotyczących związku w czasie między epidemią i śmiertelnością z jednej strony, a z drugiej — zjawiskami meteorologicznymi, geofizycznymi i kosmicznymi, uogólnia informacje na temat prób ubiegłego wieku, by odkryć związek między zachorowalnością a procesem. Reprezentatywność przedstawionego w rozdziałach II i III materiału przemawia na korzyść apriorycznej myśli autora. Jednak to, oczywiście, wciąż daleko niewystarczające, i podejmuje on matematyczno-statystyczną analizę współzależności między epidemią a aktywnością Słońca.

Wcześniej autor skupia się na pochodzeniu i naturze okresowej aktywności Słońca. Od tego czasu astrofizyka poczyniła znaczne postępy, a jednak z nieosłabionym zainteresowaniem czytamy rozdział IV poświęcony naturze czynników słonecznych, które powodują zakłócenia w atmosferze ziemskiej i skorupie, oraz rozdział V dotyczący elektrycznych, magnetycznych i elektromagnetycznych perturbacji na naszej planecie, pojawiających się pod wpływem Słońca. Te zakłócenia wpływają na funkcjonowanie różnych struktur biosfery. Interesujący jest nie tylko materiał odzwierciedlający ówczesny, znany Cziczewskiemu, poziom wiedzy z zakresu heliologii i geofizyki, ale przede wszystkim sam tok rozwoju myśli autora, zmierzający do rozwiązania postawionego przez niego zadania.

„Ugruntowało się u nas głęboko przekonanie, że Słońce znajduje się w ogromnej odległości od nas… Jednakże pogląd ten jest całkowicie błędny. Jego błędność wynika z faktu, że nie uwzględniamy jednego najważniejszego czynnika – rozmiarów samego ciała niebieskiego i związanej z tym masy oraz wielkości powierzchni emitującej promieniowanie, czyli siły grawitacji Słońca” i jego siły. Rzeczywiście, Ziemia znajduje się od „światła świata” w odległości zaledwie 107 średnic Słońca, a jeśli dodać do tego ogromną moc procesów termojądrowych zachodzących w Słońcu, mimowolnie trzeba uznać, że nasza planeta znajduje się w polu jego ogromnego wpływu. Energia promieniowania Słońca jest głównym źródłem większości zjawisk fizykochemicznych w atmosferze, hydrosferze i powierzchniowej warstwie litosfery. Naturalnym było przypuszczenie, że gwałtowne wahania ilości tej energii, związane z procesem plam słonecznych, nie mogą nie odbić się na wymienionych zjawiskach. Ale to tylko jedna strona zagadnienia. Okresowy proces powstawania plam powoduje również elektryczne i magnetyczne zjawiska w skorupie ziemskiej i atmosferze. Synchronizm występowania zjawisk heliofizycznych i geofizycznych świadczy o ich związku przyczynowo-skutkowym. W czasach, gdy Cziczewski pisał swoją książkę, wątpliwości co do tego były już niewielkie. Natomiast kwestia związku tych procesów ze światem organicznym pozostawała dyskusyjna. Przyjmując za oczywisty fakt, że „życie ziemskie i jego wytwory są przekształconą energią promieniowania słonecznego”, uczony miał wszelkie podstawy, by sądzić, że wraz ze zmianami i odchyleniami drugiego muszą następować odpowiednie zmiany w pierwszym (patrz str. 112). I zwraca się on do analizy danych dotyczących epidemii i pandemii (patrz rozdział VI). Badanie ogromnego materiału statystycznego z badań epidemiologicznych oraz zestawienie dat kolejnego rozwoju masowych zachorowań z datami okresowej aktywności Słońca doprowadziły Cziczewskiego do wniosku, że wzrost, nasilenie i nasilenie epidemii i pandemii, co do zasady, przebiegają równolegle do wzrostu intensywności procesu. „Astronom, który czyta epidemiologię cholery, mimowolnie dziwi się faktowi, że dobrze znane mu lata burz słonecznych i huraganów powodują tak wielkie i ciężkie zjawiska, a z kolei lata spokoju słonecznego i ciszy pokrywają się z latami uwolnienia człowieka od bezgranicznego strachu przed nimi” (str. 120).

Aby upewnić się w wiarygodności związku cholery i innych epidemii z okresową aktywnością Słońca, Cziczewski posłużył się metodą, która później otrzymała nazwę „metody nałożenia epok”. Ponieważ dane astronomiczne świadczą, że aktywność Słońca średnio arytmetycznie daje 11-letni cykl, uczony sporządził tabelę, która daje poglądowe przedstawienie wielkości cykli słonecznych oraz względnego rozkładu między sobą lat z maksimami i minimami. Za punkt zerowy – swego rodzaju bazę – przyjęto maksima. Sumując liczby Wolfa-Wolfersa w pionie, Cziczewski otrzymał średnią krzywą aktywności słonecznej za dziewięć okresów. Następnie znalazł średnią arytmetyczną z ogólnej liczby okresów. Posługując się ramą cykli słonecznych, uczony w te same komórki wstawił dane statystyczne dotyczące zachorowań na cholerę w Rosji; sumując wszystkie liczby w pionie, znalazł średnią arytmetyczną analogicznie do poprzedniej. Uzyskane wyniki zostały naniesione na układ współrzędnych, i oczom ukazał się obraz zadziwiającego paralelizmu dwóch szeregów zjawisk: aktywności słonecznej i przebiegu epidemii cholery w Rosji przez 100 lat (patrz str. 131). Opisana metoda ma szerokie zastosowanie również w dzisiejszych badaniach heliobiologicznych. Nałożenie okresów na okres w znacznym stopniu zmniejsza wpływ na ogólny wynik przypadkowych przyczyn i pozwala ujawnić prawidłowości, które występują w rozkładzie zjawisk masowych w czasie w związku z aktywnością słoneczną.

Ciekawe związki zostały uzyskane przez Cziczewskiego między przebiegiem aktywności słonecznej a epidemią grypy. Analiza tych danych otworzyła możliwość prognozowania epidemii grypy. Realność takiej prognozy została potwierdzona przez następców A. L. Cziczewskiego (J. W. Aleksandrow, W. N. Jagodziński – patrz „Żurnał mikrobiologii, epidemiologii i immunologii” nr 10, 1966). Podobne wyniki zostały uzyskane przez Cziczewskiego dla szeregu innych chorób (dżuma, dur powrotny, błonica, malaria, zapalenie opon mózgowych itd.). Autorowi wydało się naturalnym wyciągnięcie wniosku, że prawdopodobnie „żywotność całej mikroflory Ziemi pozostaje w określonym związku z przebiegiem fizykochemicznych procesów” (str. 216), a z drugiej strony „stopień podatności człowieka na choroby zależy od aktywności słonecznej dzięki wahaniom dostępności inwazji” (tamże). Badania Cziczewskiego odsłoniły najbardziej ogólne tendencje rozwoju epidemii w czasie, którymi, oczywiście, nie wyczerpują się wszystkie tajemnice zjawisk epidemiologicznych, na co wskazywał sam uczony (patrz str. 236). Cziczewski słusznie podkreślał, że to właśnie złożoność wzajemnego oddziaływania struktur biosfery warunkuje niejednakowy przejaw związku mechanizmu epidemiologicznego z wahaniami aktywności słonecznej, wzajemną zależność i znane interakcje różnych obszarów biosfery między sobą, regulowane aktywnością słoneczną, doprowadziły go do sformułowania „prawa ilościowej kompensacji w funkcjach biosfery w związku z energetycznymi wahaniami w aktywności Słońca” (str. 238). Jego istota polega na tym, że ilościowe proporcje w przebiegu tego czy innego zjawiska na bardzo dużych obszarach dążą do zachowania się poprzez okresowe kompensacje, dając średnio arytmetycznie tę samą stałą wielkość lub bardzo bliską jej. Uogólniając tę prawidłowość, Cziczewski doszedł do wniosku, że w obrębie biosfery stale zachodzi proces sumowania dodatnich i ujemnych odchyleń, który w idealnym przypadku wygładza te odchylenia do zera. Wniosek ten, zdaniem uczonego, ma zasadnicze znaczenie dla zrozumienia mechanizmu związków Słońce–Ziemia, gdyż pozwala wyobrazić sobie doskonale harmonijną strukturę wzajemnego oddziaływania i współzależności różnych działów biosfery, regulowanych okresowymi zmianami promieniowania Słońca. Cały złożony system procesów biologicznych Ziemi był postrzegany przez Cziczewskiego jako coś jednorodnego, podobnego do integralnego organizmu (patrz str. 240). I właśnie wychodząc z takiego wyobrażenia należy podejść do analizy dynamiki epidemii, epizootii itd., do przewidywania zmian środowiska, które przekształcają utajoną, drzemiącą postać mikroflory w agresywną, dającą początek rozwojowi procesu patologicznego.

Biorąc pod uwagę, że astronomia dysponuje znanymi środkami prognozowania krótko- i długoterminowych wahań aktywności Słońca, „pojawi się możliwość terminowego podejmowania tych czy innych działań w dniach, kiedy szczególnie wzrasta stopień zachorowalności” (str. 246). Logicznie wynikającym następstwem wniosków Cziczewskiego stało się skierowanie jego uwagi na mikroorganizmy jako obiekt badań heliobiologicznych. Wstępne zapoznanie się z literaturą źródłową autorów krajowych i zagranicznych dało mu podstawę, by sądzić, że wahania aktywności słonecznej wpływają na intensywność wzrostu tkanki roślinnej, a zatem analogicznie muszą oddziaływać również na bakterie. W latach 1928–1929 Cziczewski przystąpił do badań eksperymentalnych, które jednak zostały przerwane z przyczyn niezależnych od uczonego. W 1934 r. powrócił do tego problemu, zapoznając się z kazańskim lekarzem-bakteriologiem S. T. Welchowerem.

Czyżewski przedstawia w swojej książce listy Welchowera z opisem jego obserwacji. Okazało się, że aparat receptorowy maczugowców reaguje wrażliwie na impulsy burz słonecznych: zmieniają się fizykochemiczne właściwości tych bakterii, co wyprowadza je ze stanu spoczynku w stan aktywnego życia, a co szczególnie interesujące, zmiany te zachodzą z wyprzedzeniem względem fluktuacji słonecznych. Odkryte zjawisko otrzymało w literaturze nazwę „efektu Czyżewskiego-Welchowera” (zob. „Krótki poradnik z kosmicznej biologii i medycyny”. M., 1967, str. 296). Zyskało ono duże znaczenie w związku z postępami astronautyki jako przewidywanie emisji słonecznych, szczególnie niebezpiecznych dla człowieka poza ziemską atmosferą. O tym Czyżewski referował na I Wszechzwiązkowej Konferencji z Medycyny Lotniczej i Kosmicznej jesienią 1963 r. (referat opublikowano w „Pracach” konferencji). Wymienione zjawisko zostało następnie potwierdzone pracami radzieckich uczonych (S.S. Biłokrisienko, B.M. Władimirski, M.M. Gorszkow, M.G. Dawidowa i inni). Przetworzenie przez Czyżewskiego ogromnego materiału statystycznego ujawniło równoległość w przebiegu krzywych ogólnej śmiertelności i aktywności Słońca. Badając dynamikę ogólnej śmiertelności, uczony całkiem logicznie rozpatruje chory organizm jako system wyprowadzony ze stanu stabilnej równowagi. Dla takiego systemu czasem wystarcza zupełnie nieznaczny impuls zewnętrzny, aby ta niestabilność gwałtownie wzrosła aż do śmierci organizmu. Takim impulsem mogą być nagłe zmiany fizycznych czynników otoczenia, których bodźcem są „kaprysy” aktywności Słońca. „…Byłoby zupełnie nierozsądnie przypuszczać – pisze Czyżewski – że choroby lub przypadki śmierci są spowodowane zjawiskami kosmicznymi lub atmosferyczno-tellurycznymi. Oczywiście, nie można tego dopuścić. Można mówić jedynie o impulsie zewnętrznym ze strony wymienionych czynników, który, padając na przygotowany organizm…”. Krótko mówiąc, chodzi o dialektykę wzajemnego oddziaływania czynników endogennych i egzogennych, z której wynika, że czas wzmożonej śmiertelności jest określany przez kosmiczne czynniki zaburzające, a liczba zgonów – gotowością organizmu do odbioru wpływów zewnętrznych. Czyżewski podkreślał, że należy ściśle rozróżniać: a) wpływ zewnętrzny na organizm i b) gotowość organizmu do jego odbioru – i nie sposób się z tym nie zgodzić. Jednocześnie nie sposób zaprzeczać, że stałe, długotrwałe wpływy kosmiczne same w sobie mogą stać się czynnikami prowokującymi. W rozdziale końcowym autor przedstawia rozważania dotyczące mechanizmu opisanych szkodliwych wpływów oraz środków ochrony przed nimi. Trzeba przyznać, że te słowa nie tylko nie straciły na znaczeniu z upływem lat, ale przeciwnie, nabrały do dnia dzisiejszego szczególnie ostrego zainteresowania. Idee autora dotyczące heliobiologicznej prognozy i środków profilaktycznych znalazły swoje praktyczne wcielenie niedługo przed drugą wojną światową we Francji (M. Faure), a po wojnie – także w ZSRR (N.A. Szulc, A.T. Płatonowa i inni). Problem „Słońce – biosfera” przyciąga obecnie uwagę specjalistów różnych dziedzin. Znajduje to odzwierciedlenie w organizacji seminariów i konferencji zarówno w naszym kraju (Ryga – 1965 r., Odessa – 1966 r., Symferopol – 1971 r., Sewastopol – 1972 r.), jak i za granicą (Bazylea – 1965 r., Frankfurt nad Menem – 1958 i 1968 r.). Referaty przedstawione na nich ukazywały wyniki świadczące o ważności badań heliobiologicznych. Na seminarium w Odessie postawiono kwestię utworzenia koordynacyjnego centrum do kierowania pracami w dziedzinie heliobiologii. Powołano grupę roboczą do problemu „Słońce – biosfera” przy Astroradzie Akademii Nauk ZSRR. W styczniu 1970 r. na specjalnym posiedzeniu Biura Wydziału Fizyki i Astronomii AN ZSRR omówiono kwestię „O rozwoju badań nad heliobiologicznymi powiązaniami” i uznano za celowe dalszy rozwój takich badań w instytucjach naukowych. W październiku 1971 r. Rada Naukowa ds. Geomagnetyzmu przy Wydziale Geologii, Geofizyki i Geochemii AN ZSRR przeprowadziła referaty na temat „Biologiczna efektywność krótkookresowych wahań pola geomagnetycznego oraz problem heliobiologicznych powiązań”. Uczestnicy posiedzenia jednogłośnie podkreślili znaczenie wpływu pola geomagnetycznego na procesy biologiczne. Problem omawiany został uznany za jeden z najważniejszych w ramach zagadnień wynikających z interakcji człowieka i jego otoczenia. Wiosną 1972 r. na sekcji nauk chemiczno-technologicznych i biologicznych Prezydium Akademii Nauk ZSRR odbyło się posiedzenie poświęcone kwestiom heliobiologii. Stwierdzono na nim, że „w ZSRR i za granicą coraz większego rozwoju nabierają badania w dziedzinie wpływu czynników kosmicznych, a w szczególności aktywności słonecznej, na procesy biologiczne zachodzące na Ziemi”. Wzrost znaczenia problemu powiązań Słońce–biosfera jest nierozerwalnie związany z postępem w badaniu i opanowywaniu przestrzeni kosmicznej. Jednocześnie uczestnicy posiedzenia stwierdzili, że „skala i poziom prac w dziedzinie heliobiologii w ZSRR nie odpowiadają teoretycznemu i praktycznemu znaczeniu tego problemu”. Rzeczywiście, wysiłki uczonych pracujących nad opracowaniem tej problematyki są rozproszone i praktycznie nie skoordynowane; problem jako całość nie znalazł jeszcze odzwierciedlenia w pięcioletnim planie badań naukowych z zakresu nauk przyrodniczych na lata 1976–1980. Przyznając duże znaczenie planowemu rozwojowi heliobiologii, sekcja nauk chemiczno-technologicznych i biologicznych Prezydium AN ZSRR przeprowadziła w grudniu 1975 r. specjalne posiedzenie poświęcone stanowi i perspektywom rozwoju badań. W uchwale sekcji podpisanej przez wiceprezydenta AN ZSRR akademika J.A. Owczinnikowa stwierdza się, że wybitną zasługą w postawieniu i opracowaniu tego problemu „jest A.L. Czyżewski, który jako pierwszy wyraził ideę o ścisłej zależności zjawisk zachodzących w biosferze od czynników kosmicznych, twórca nauki o biosferze”. Nagromadzony obecnie obszerny materiał naukowy potwierdza istnienie istotnego wpływu fluktuacji aktywności słonecznej na różnorodne procesy na Ziemi. Jednocześnie uchwała stwierdza, że „rozmach badań naukowych w tej dziedzinie nie odpowiada aktualności i dużej praktycznej doniosłości problemu. Opracowanie problemu prowadzone jest bez jednolitego planu i koordynacji”. Prawdziwym przeglądem prac z heliobiologii stały się „Czytania pamięci Aleksandra Leonidowicza Czyżewskiego”, które od 1968 r. organizuje Moskiewskie Towarzystwo Miłośników Przyrody (zob. zbiory „Słońce, elektryczność, życie”. M., 1969; M., 1972). Programy Czytania przekonująco świadczą o szybkim rozwoju ważnego kierunku naukowego. Na ostatnich czytaniach wysłuchano około 50 referatów. Wielu uczonych przyjechało z różnych miast naszego kraju. Czytania faktycznie przerodziły się w ogólnokrajową konferencję poświęconą problemowi „Słońce – biosfera”. Czyż to nie świadectwo wzrastającego zainteresowania kwestiami, które po raz pierwszy

kiedyś podniesione przez Czyszewskiego i przedstawione między innymi w tej książce! Niedługo przed śmiercią uczony wypowiedział znaczące słowa: „…współczesna dialektyka uczy, że zrozumieć jakiekolwiek zjawisko można jedynie w powiązaniu ze światem otaczającym. W dobie kosmosu nauka powinna coraz głębiej poznawać mechanizmy powiązań między Słońcem a żywą przyrodą”. My – świadkowie nowych i nowych osiągnięć kosmicznej przyrodoznawstwa i techniki – przekonujemy się, jak głęboko miał on rację i jak owocne otwarte przez niego drogi poznania są dla dzisiejszej nauki i praktyki.

O. G. Gazienko

PRZEDMOWA AUTORA

W latach 1915–1916 przystąpiłem do systematycznego badania wpływu elektrycznych, magnetycznych i elektromagnetycznych perturbacji w zewnętrznym fizykochemicznym środowisku na powstawanie, rozprzestrzenianie się i intensywność epidemii. Już w referacie „Wpływ okresowej działalności Słońca na powstawanie i rozwój epidemii” (1922 r., Kaługa) po raz pierwszy zostały podane ogólne charakterystyki tego wpływu oraz przedstawione teoretyczne rozważania. Niestety, ta praca pozostała nieopublikowana z przyczyn niezależnych od autora. Dopiero w książce „Fizyczne czynniki procesu historycznego” (1924 r., Kaługa) mogłem przedstawić w zwięzłej formie moje badania nad azjatycką cholerą. To samo zagadnienie zostało omówione w grudniu 1926 r. w Filadelfii przed dorocznym kongresem „American Association for the Advancement of Science” oraz w styczniu 1927 r. w Nowym Jorku, na posiedzeniu Akademii Nauk, w referatach o moich badaniach, wygłoszonych przez mojego przyjaciela naukowego, profesora W. de Smitta (Uniwersytet Columbia). Następnie, z bardziej szczegółowymi doniesieniami, występowałem kilka razy w szeregu towarzystw naukowych Moskwy i Leningradu w okresie 1926–1927 r.

We wrześniu 1927 r. w Berlinie na łamach „Rosyjsko-niemieckiego czasopisma” ukazała się moja praca „O zależności między okresową działalnością Słońca a epidemią cholery i grypy”. Inna praca została zamieszczona w grudniowym numerze tego samego czasopisma za 1928 r. pod tytułem: „O okresowości europejskiego duru powrotnego”. Dalsze badania nad rozwojem innych chorób (błonica, dżuma, zapalenie opon mózgowych, dur brzuszny, malaria itd.), a wreszcie badania nad zależnością między ogólną śmiertelnością a aktywnością Słońca, o synchronizmie śmiertelności, o związku między śmiertelnością z powodu gruźlicy a stopniem napięcia elektrycznego doprowadziły mnie do całkowicie pewnego stanowiska: funkcje życiowe patogennych mikroorganizmów pozostają w bezpośrednim związku z elektrycznymi i elektromagnetycznymi perturbacjami w zewnętrznej przestrzeni kosmo-tellurycznej, czyli zjadliwość bakterii jest funkcją promieniowania kosmo-tellurycznego środowiska (z wyjątkiem promieniowania).

Ta myśl skłoniła mnie do podjęcia w 1928 r. eksperymentalnego badania tego zagadnienia, a w 1929 r. uzyskałem całkowite eksperymentalne potwierdzenie mojego poglądu. Pracę tę opublikowałem w artykule: „La radiation cosmique comme facteur biologique” – „Bulletin de l’Association Internationale Biocosmique” nr 13. Toulon, 1929, s. 245–250. W tej pracy, między innymi, krótko przedstawiono moje doświadczenia nad badaniem wpływu specyficznych promieniowań Słońca na wzrost i rozmnażanie mikroorganizmów.

Następnie w okresie 1931–1932 r. badałem zagadnienie roli jonizacji atmosfery w funkcjach życiowych bakterii. Te laboratoryjne eksperymenty z lat 1928–1929 zostały w 1935 r. całkowicie potwierdzone w znakomitych badaniach rosyjskiego uczonego, doktora Z. T. Wielchowera. Jednocześnie mogę z wielką satysfakcją stwierdzić, że w okresie, który upłynął od chwili opublikowania mojej pracy z lat 1922–1924, zagadnienie to przyciągnęło, zarówno w Europie, jak i w Ameryce, uwagę badaczy, którzy potwierdzili moje główne wnioski i kontynuowali te prace.

Chciałbym tu szczególnie podkreślić nazwiska dr. M. Fohra – prezesa Międzynarodowego Instytutu Promieniowania Słonecznego, Ziemskiego i Kosmicznego, dr. G. Sardou, dr. J. Vallota (Nicea), którzy niezależnie od moich prac udowodnili, że śmiertelność pozostaje w związku z okresową działalnością Słońca, oraz prof. W. Vliessa (Strasburg), dr. G. Edströma (Lund), prof. A. Gleitsmanna (Berlin), których prace całkowicie zgadzają się z przedstawionymi przeze mnie poglądami na naturalną historię epidemicznych chorób. W ubiegłym roku (1934–1935) ukazały się znakomite prace dr. T. i B. Düll, które całkowicie potwierdziły moje główne założenia dotyczące związku między śmiertelnością a specyficznymi promieniami Słońca.

Zagadnienie przedstawione w tej książce stawia przed epidemiologią i mikrobiologią zupełnie nowe problemy, które muszą zostać rozwiązane przez naukę – problemy walki z epidemią, których etiologia jest ukazana w tej książce z zupełnie nowego punktu widzenia, dotychczas obcego epidemiologom i mikrobiologom. Naturalnie, prace przedstawione w tej dziedzinie, które zostaną omówione później, dopiero co się rozpoczęły. Wciąż pozostaje wiele niejasnych kwestii. Ale już teraz patrzymy w przyszłość z wielką nadzieją.

Nowa myśl dotycząca głównych czynników etiologicznych epidemicznego mechanizmu oraz zmienności zjadliwości bakterii otwiera, jak się wydaje, zupełnie nieoczekiwane perspektywy racjonalnej walki z epidemią, racjonalnej profilaktyki oraz terapii różnych chorób. Z drugiej strony nowy punkt widzenia otwiera nowy rozdział w nauce o mikrobach jako rezonatorach elektrycznych. Myśl ta powinna być rozszerzona na żywe komórki w ogóle.

W drugiej połowie tej książki przedstawione są ogólnie środki zapobiegawcze, które współczesna nauka może zalecić dla ochrony przed szkodliwymi wpływami specyficznych promieniowań kosmo-tellurycznego środowiska. Jednocześnie nie sposób nie zauważyć, że choć zagadnienie to zostało postawione przez nas na początku lat 20., to jednak wciąż zrobiono tak niewiele dla jego naukowego opracowania. Nowe idee z trudem przenikają do świadomości nawet najbardziej postępowych uczonych. Wymienieni tu niektórzy badacze pracujący w tej dziedzinie to kropla myśli w oceanie obojętności, sprzeciwu lub nieżyczliwości. Dla przekonania ludzkości potrzeba, jak się wydaje, wielu dziesięcioleci, a czasem i stuleci. Moja praca systematycznego przedstawienia przedmiotu zostałaby całkowicie usprawiedliwiona, gdyby posłużyła za podstawę nowych badań w tej dziedzinie.

Moskwa, 1936 r.

Rozdział I

KOŁYSKĄ ŻYCIA I PULS WSZECHŚWIATA

W dzisiejszych czasach w sferze nauk o przyrodzie zachodzi proces wielkiej wagi: stosowanie metod jednej nauki do drugiej i syntetyczne połączenie różnych dziedzin nauki w jedną całość. Coraz ściślej łączą się ze sobą matematyka, fizyka, chemia, biologia itd. Są jednak dziedziny nauki, do których z wielkim trudem przenikają promienie tej dobroczynnej syntezy. Wiele nauk z uporem broni swojej niezależności, strzeże swoich wieloletnich pozycji i granic, pomimo coraz częstszych ataków „przeciwników” – nagromadzenia nowych faktów i odkryć nowych praw. Jednocześnie gdzieś w głębokim podziemiu, w podziemnych warstwach ludzkiej myśli, stopniowo gromadzą się obserwacje wielkiej wagi i dojrzewają zalążki przyszłych, wspaniałych uogólnień.

I jeśli ktoś, stojąc na powierzchni tego ożywającego oceanu, złośliwie i ostro śmieje się z prób powiązania świata astronomicznych zjawisk ze światem zjawisk biologicznych, to w głębi ludzkiej świadomości od tysiącleci dojrzewa wiara, że te dwa światy są niewątpliwie ze sobą powiązane. I ta wiara, stopniowo wzbogacana obserwacjami, przechodzi w wiedzę.

Przestajemy już dziwić się najbardziej zdumiewającym faktom, najbardziej zdumiewającym odkryciom. Teraz możemy powiedzieć, że w naukach o przyrodzie idea jedności i powiązania wszystkich zjawisk we wszechświecie oraz poczucie wszechświata jako niepodzielnej całości nigdy nie osiągnęły takiej głębi, jaką stopniowo osiągają w naszych czasach. Ale nauka o żywym organizmie i jego przejawach pozostaje jeszcze obca temu rozkwitowi uniwersalnej idei jedności wszystkiego żywego ze wszystkim światobudową. Powstaje wrażenie, że świat organiczny został niejako oderwany od przyrody, postawiony siłą ponad nią i poza nią. Dla żywego, według powszechnego mniemania, istnieje tylko jedno środowisko – samo życie. Ze światem zewnętrznym – całą przyrodą – może ono,

jako kołyska życia i puls wszechświata, nie liczyć się, gdyż żywe – zwycięzca martwego.

I przy takim podejściu życie przestaje być rzeczywistością i staje się podobne do abstrakcji, formy geometrycznej lub znaku matematycznego. Niestety, stało się to dość charakterystyczne i załamuje się dopiero wówczas, gdy jakieś katastrofy żywiołowe, globalne kataklizmy wybuchają nad życiem. Dopiero wtedy, gdy miliony ludzkich istnień zostają w jednej chwili zmyte rozżarzoną lawą lub falami oceanu, podczas trzęsień ziemi, albo gdy całe regiony giną z głodu, dopiero wówczas człowiek zaczyna niejasno uświadamiać sobie nikczemność swojej fizycznej organizacji wobec fizycznych sił natury.

Tymczasem zawsze, od początku wieków, zarówno w burzliwych, jak i pokojowych epokach swojego istnienia, życie związane jest z całą otaczającą naturą milionami niewidzialnych, nieuchwytnych więzów – jest powiązane z atomami natury wszystkimi atomami swojej istoty. Każdy atom żywej materii pozostaje w stałym, nieprzerwanym związku z drganiami atomów otoczenia – natury; każdy atom żywego rezonuje z odpowiednimi drganiami atomów przyrody. I w tej myśli sama komórka żywa jest najbardziej czułym aparatem, który rejestruje w sobie wszystkie zjawiska świata i reaguje na nie odpowiednimi reakcjami swojego organizmu.

Wynika z tego podstawowe pytanie: czy możemy badać organizm jako coś odrębnego od kosmiczno-ziemskiego środowiska? Nie, nie możemy, gdyż żywy organizm nie istnieje oddzielnie, poza tym środowiskiem, a wszystkie jego funkcje są nierozerwalnie z nim związane. Rzeczywiście, fizyczne i chemiczne procesy zachodzące w otoczeniu wywołują odpowiednie zmiany w fizyczno-chemicznych, fizjologicznych czynnościach żywego organizmu, odbijając się na jego pracy układu sercowo-naczyniowego, na jego aktywności nerwowej, na jego psychice i wreszcie na jego zachowaniu. Tak, wahania ciśnienia atmosferycznego, stopień wilgotności powietrza, temperatura, ilość światła słonecznego itd. wywołują wahania w stanie wielu funkcji naszego organizmu, naszego napięcia nerwowego, w mniejszym lub większym stopniu, a w końcu odbijają się na naszym zachowaniu.

Nieskończenie wielka ilość i nieskończenie różnorodna jakość fizyczno-chemicznych czynników otaczającego nas ze wszystkich stron środowiska – natury. Potężne siły oddziałujące pochodzą z przestrzeni kosmicznej. Słońce, Księżyc, planety i niezliczona ilość ciał niebieskich związane są z Ziemią niewidzialnymi więzami. Ruch Ziemi sterowany jest siłami grawitacji, które wywołują w powietrznej, ciekłej i stałej powłoce naszej planety szereg deformacji, zmuszają je do pulsowania, wytwarzają pływy. Położenie planet w układzie słonecznym wpływa na rozkład i napięcie sił elektrycznych i magnetycznych Ziemi. Ale największy wpływ na fizyczne i organiczne życie Ziemi wywierają promieniowania docierające do Ziemi ze wszystkich stron Wszechświata. One łączą zewnętrzne części Ziemi bezpośrednio ze środowiskiem kosmicznym, upodabniają ją do niego, stale oddziałują z nim, a zatem i zewnętrzny obraz Ziemi, i życie, które ją wypełnia, są wynikiem twórczego wpływu sił kosmicznych. Dlatego też budowa ziemska

powłoki, jej fizykochemia i biosfera są przejawem budowy oraz mechaniki Wszechświata, a nie przypadkową grą lokalnych sił. Nauka nieskończenie poszerza granice naszego bezpośredniego postrzegania natury i naszego światopoglądu. To nie Ziemia, lecz kosmiczne przestrzenie stają się naszą ojczyzną, i zaczynamy odczuwać w całej jej prawdziwej wielkości znaczenie dla całego ziemskiego bytu oraz przemieszczanie się odległych ciał niebieskich, a także ruch ich posłańców – promieniowania. Te promieniowania są przede wszystkim elektromagnetycznymi drganiami o różnej długości fal i wywołują działanie świetlne, cieplne oraz chemiczne. Wnikając w środowisko Ziemi, zmuszają one do drżenia w unisonie każdy jej atom, na każdym kroku wywołują ruch materii i wypełniają życiem żywiołowym ocean powietrzny, morza i lądy. Spotykając życie, oddają mu swoją energię, dzięki czemu podtrzymują je i wzmacniają w walce z siłami nieożywionej przyrody. Życie organiczne jest możliwe tylko tam, gdzie istnieje swobodny dostęp kosmicznego promieniowania, gdyż żyć – to znaczy przepuszczać przez siebie strumień kosmicznej energii w jej kinetycznej postaci.

Oprócz elektromagnetycznych drgań do Ziemi kierowane są strumienie najdrobniejszych cząstek zdysocjowanej materii – elektronów i jonów, które niosą również ogromne zapasy kosmicznej energii. Niestety, wiemy bardzo niewiele o roli tych cząstek w życiu zewnętrznych powłok Ziemi, ale bez wątpienia odgrywają one bardzo znaczącą rolę, której możemy się jedynie domyślać.

Zatem przeważająca większość procesów fizykochemicznych rozgrywających się na Ziemi jest wynikiem wpływu sił kosmicznych, które w całości determinują procesy życiowe w biosferze. Dlatego też należy uznać ją za miejsce transformacji energii kosmicznej. Nasz światopogląd naukowy jest jeszcze bardzo daleki od prawdziwego wyobrażenia o znaczeniu dla królestwa organicznego kosmicznych promieniowań, które, nawiasem mówiąc, zostały przez nas jedynie częściowo zbadane. Być może one właśnie w pewnych granicach określają ewolucję świata organicznego. Ale w tej dziedzinie nie wiemy nic poza tym, że te promieniowania nie mogą nie oddziaływać na nas – muszą to czynić, gdyż całe życie organiczne powstało i rozwijało się pod ich wpływem, a każda komórka jest przesiąknięta promieniowaniami docierającymi z kosmicznych otchłani.

Kosmiczne promieniowanie, przenikające przez grube płyty ołowiu tak, jak przez cienką gazetę, wnika zarówno w powierzchniowe warstwy Ziemi, jak i w głębokie warstwy mórz i oceanów. Tam, pod grubymi warstwami wody, w ciemności wiecznej nocy, rozwija się osobliwe i różnorodne życie głębinowej flory i fauny. Mimowolnie nasuwa się pytanie: jak oddziałują na głębinowe rośliny i zwierzęta elektromagnetyczne fale docierające do nich, o dużej twardości kosmicznego promieniowania? Wiemy, że promieniowanie kosmiczne nie jest jednorodne. Składa się z całego szeregu oddzielnych komponentów, które posiadają różną zdolność przenikania, różną „twardość”. Różne składniki ziemskiej materii, reagując na każdy komponent po swojemu, musiały ujawnić się zewnętrznie w różnych formach. To przenikliwe promieniowanie hamuje funkcje fizjologiczne organizmu, co zostało pokazane w moich doświadczeniach z 1928–1929 roku. Jestem przekonany, że dalsze badania nad tym zagadnieniem mogą mieć znaczenie praktyczne, co zostało przeze mnie przedstawione w specjalnych artykułach. Oczywiście, to sprawa przyszłości. Znacznie bliższe współczesnej medycynie stoją inne pytania.

Dopiero częściowo zbliżyliśmy się do zrozumienia ogromnej roli, jaką odgrywa promieniowanie Słońca w organicznym życiu Ziemi. Co dla współczesnego ludzkości oznacza Słońce? Nic więcej jak zjawisko przyrody, podobne do wielu innych! Nie takie było dla naszych przodków… Słońce było dla nich potężnym bogiem, dającym życie, jasnym geniuszem, który poruszał umysły. Cała mitologia starożytnych przesiąknięta jest olśniewającą symboliką promienia słonecznego! Intuicja naszych przodków doprowadziła ich do tego samego wniosku, co zdobycze nauki! Ludzie i wszystkie stworzenia ziemskie są naprawdę „dziećmi Słońca” – tworem złożonego procesu światowego, który ma swoją historię, w której nasze Słońce zajmuje nieprzypadkowe, lecz prawidłowe miejsce obok innych generatorów sił kosmicznych. Bez wątpienia głównym pobudzaczem działalności życiowej Ziemi jest promieniowanie Słońca, całe jego

widmo, zaczynając od krótkich – niewidzialnych, ultrafioletowych fal i kończąc na długich, czerwonych, a także wszystkie jego strumienie elektronowe i jonowe. Stanowią one „przekaźniki stanów” i zmuszają każdy atom powierzchniowych powłok Ziemi do rezonowania w zgodzie z tymi wibracjami, które powstały na centralnym ciele naszego układu. W wielkiej różnorodności przejawów tej rezonansowości, gdzie nasza myśl pogrąża się w bezmiarze form, barw i dźwięków, stopniowo nauczyliśmy się rozumieć powiązanie i wspólność rozdzielonych zjawisk oraz przedstawiać je w jednej syntetycznej wizji życia świata słoneczno-ziemskiego. Wspaniałość zórz polarnych, kwitnienie róży, twórcza praca, myśl – wszystko to jest przejawem promienistej energii Słońca. Nauka już wie, że życie na Ziemi zawdzięcza głównie promieniowi słonecznemu. Ale jeszcze niewielu uczonych w pełni pojęło tę prawdę! Jednak nie tylko za pomocą fotosyntezy lub zjawisk termicznych Słońce realizuje swoje przenikanie w prywatne życie Ziemi, posiada ono jeszcze inne drogi – bezpośredni wpływ niektórych części słodkiego widma na fizykochemiczne przemiany i na żywotność mikroorganizmów. W zrozumieniu tego wpływu nauka dopiero zaczęła torować swoje ścieżki. Bez wątpienia, w słonecznym widmie mamy cały szereg „specyficznych” promieni, które wywierają na organizmy żywe szczególne działanie. Do laboratoryjno-eksperymentalnego wyjaśnienia tej głęboko interesującej kwestii przystąpiłem w latach 1928–1929 i uzyskałem dowody, które w pełni potwierdzają dopiero co wyrażoną myśl. Jak promieniowania słoneczne, tak i kosmiczne są głównymi źródłami energii ożywiającej powierzchniowe warstwy kuli ziemskiej. Powstaje pytanie: w jakim stopniu zależy żywa komórka w swoim fizjologicznym życiu od napływu kosmicznych radiacji i od tych wahań lub zmian, którym kosmiczna radiacja ulega? Aż do ostatniego czasu na to pytanie mogliśmy dać jedynie odpowiedź negatywną. Jednak pod naporem dowodów eksperymentalnych nauka przygotowała grunt pod przyjęcie nowej myśli i zmusiła do rozpoczęcia nowych badań w dziedzinie bezpośredniego wpływu energetycznych promieniowań kosmosu na nasz organizm oraz jego poszczególne części. Badanie pozaziemskich wpływów mogło zostać zrealizowane jedynie przy dużej ilości danych statystycznych. Podczas gdy dane obserwacji dotyczące pojedynczych jednostek nie mogły dać nam niczego pewnego w tym kierunku, badanie jednoczesnych zjawisk w wielkich masach, badanie jednoczesnych reakcji pomogły nam odkryć pewne prawidłowości, których przyczynę należało wyjaśnić. Jeśli na człowieka oddziałują siły kosmiczne, należałoby przypuszczać, że w tym samym czasie w różnych częściach kuli ziemskiej średni kierunek tych lub innych zjawisk będzie mniej więcej taki sam (zachorowalność, umieralność, pobudliwość nerwowo-psychiczna itp.). W 1915 r. po raz pierwszy postawiłem to pytanie i zacząłem je badać. Przebieg badań był niezwykle utrudniony z powodu wielu okoliczności. Mimo to miałem szczęście odkryć cały szereg wspaniałych zjawisk odpowiedniości między różnymi fenomenami w wielkich masach a czynnikami kosmicznymi. Badania statystyczne z niezbicie wykazały, że w tych latach, w tych miesiącach, w tych tygodniach, kiedy elektromagnetyczna i radioaktywna aktywność Słońca wzrasta, na Ziemi, na różnych jej kontynentach, w różnych krajach, wzrasta również liczba masowych fenomenów, na przykład zachorowalność, umieralność z różnych przyczyn i wiele innych. Okazuje się, że istnieje wspaniała odpowiedniość między słonecznymi a ziemskimi fenomenami. Jednocześnie wiemy, że okresowa aktywność Słońca – proces nie do końca samodzielny. Istnieją poważne podstawy, aby sądzić, że znajduje się on w pewnej zależności od położenia planet układu słonecznego w przestrzeni, od ich konstelacji względem siebie i względem Słońca. Już wiele lat temu astronomowie przypuszczali, że Słońce jest najsubtelniejszym instrumentem, który uwzględnia cały wpływ planet odpowiednimi zmianami. Zatem i ziemskie zjawiska, zależne od okresowej aktywności Słońca, stoją niejako pod kontrolą planet, które mogą być znacznie bardziej oddalone od nas niż Słońce. Badania przeprowadzone w celu wyjaśnienia wpływu planet na aktywność Słońca dały całkowicie pozytywne rezultaty: w okresach aktywności słonecznej ujawniają się okresy ruchów planetarnych. Ale to jeszcze nie granica możliwych domysłów. Cały układ słoneczny jest częścią systemu gwiazd naszej galaktyki. Być może zarówno erupcyjna aktywność Słońca, jak i zjawiska biologiczne na Ziemi są współdziałającymi efektami jednej wspólnej przyczyny – wielkiego elektromagnetycznego życia Wszechświata. To życie ma swój puls, swoje okresy i rytmy. Nauka przyszłości powinna rozwiązać pytanie, gdzie rodzą się i skąd wychodzą te rytmy. Statystycznie ustaliłem, że perturbacje słoneczne bezpośrednio wpływają na układ sercowo-naczyniowy, nerwowy i inne układy człowieka, a także na mikroorganizmy. Ale czy możemy ograniczać tę sferę zjawisk jedynie do tych prawidłowości, które zostały odkryte? Nigdy. Kołyska życia i pulsy Wszechświata nie mogą być ograniczone. Powinniśmy starać się pogłębiać nasze badania nad zjawiskami kosmicznymi. W nauce zawsze tak bywa, że najpierw odkrywane są najgrubsze zjawiska, które rzucają się w oczy. Do kategorii takich grubych zjawisk należy zaliczyć te, które odkryliśmy. Ale to dopiero początek nauki, jej pierwsze kroki – pierwsza próba. Jesteśmy jeszcze bardzo dalecy od odkrycia subtelnych szczegółów, które z pewnością istnieją w złożonym kompleksie wpływu środowiska kosmicznego na człowieka. W tej dziedzinie wciąż nic nie wiemy. Co więcej, trudno nam obecnie cokolwiek trafnie przewidzieć lub trafnie przewidzieć. Podejmując takie próby, zawsze ryzykujemy znalezienie się na fałszywej drodze. Powinniśmy mieć jedynie pewność, że proces rozwoju świata organicznego nie jest procesem samodzielnym, autochtonicznym, zamkniętym w sobie, lecz jest wynikiem działania czynników ziemskich i kosmicznych, z których drugie są najważniejsze, gdyż kształtują stan środowiska ziemskiego. W każdej chwili świat organiczny znajduje się pod wpływem środowiska kosmicznego i w najczulszy sposób odbija w sobie, w swoich funkcjach zmiany lub wahania, które zachodzą w środowisku kosmicznym. Łatwo możemy sobie wyobrazić tę zależność, jeśli przypomnimy sobie, że nawet niewielka zmiana temperatury naszego Słońca spowodowałaby najbardziej bajeczne, najbardziej nieprawdopodobne zmiany w całym świecie organicznym. A takich ważnych czynników, jak temperatura, jest bardzo wiele: środowisko kosmiczne niesie do nas setki różnych sił, które nieustannie się zmieniają i wahają. Niektóre promieniowania elektromagnetyczne, docierające od Słońca i gwiazd, można podzielić na bardzo dużą liczbę kategorii, różniących się między sobą długością fali, ilością energii, stopniem przenikalności i licznymi innymi właściwościami. Promieniowania korpuskularne, radioaktywne, pył kosmiczny, gazowe molekuły, którymi wypełniona jest cała przestrzeń świata, są również potężnymi twórcami życia ziemskiego i jeźdźcami jego losów. Zmiana niektórych właściwości promieniowania kosmicznego lub przenikliwego mogłaby natychmiast zniszczyć wszelkie życie na Ziemi lub w niewiarygodny sposób zmienić jego formy. Promienie ultrafioletowe o krótkiej długości fali mogłyby szkodliwie oddziaływać na całą biosferę, gdyby nie były zatrzymywane przez nieznacznej grubości warstwę ozonu w górnych obszarach atmosfery. Zmiana ilości elektronów lub pyłu kosmicznego docierającego do Ziemi miałaby taki wpływ na zjawiska meteorologiczne, że spowodowałaby najbardziej nieprzewidywalne perturbacje w świecie roślinnym, zwierzęcym i ludzkim. Jako przykłady bierzemy skrajne możliwości, których prawdopodobieństwo realizacji jest niewielkie. Wszechświat znajduje się w dynamicznej równowadze, a napływ tych lub innych czynników energetycznych odbywa się stale: jedne stopniowo zwiększają się lub zmniejszają w swojej ilości, inne ulegają okresowym lub aperiodycznym wibracjom. Ziemskie życie organiczne ulega wszystkim tym zmianom w funkcjach energetycznych środowiska kosmicznego, gdyż istota żywa ze względu na swoje właściwości fizjologiczne jest najczulszym rezonatorem.

Strumień elektronów i protonów, który wyrwał się z otworu plamy słonecznej i przelatuje w pobliżu Ziemi, wywołuje ogromne zakłócenia we wszelkich fizycznych i organicznych strukturach planety: rozbłyskują światła zorzy polarnej, Ziemię ogarniają burze magnetyczne, gwałtownie wzrasta liczba nagłych zgonów, gwałtownie wzrasta liczba nieszczęśliwych wypadków spowodowanych szokiem układu nerwowego i tym podobne.

Nadzwyczaj dużą rolę odgrywają również elektromagnetyczne drgania emitowane przez plamy lub protuberancje i docierające do powierzchni Ziemi. Szczególnie istotne znaczenie należy przypisać elektromagnetycznym drganiom o krótkiej długości fali. Drgania te mogą powstawać na powierzchni Słońca w obszarze plam i protuberancji i docierać do powierzchni Ziemi dzięki swej dużej przenikliwości. Jak wykazały badania ostatnich lat nad biologicznym działaniem promieniowania o krótkiej fali, promieniowania te wywierają potężne działanie biologiczne i fizjologiczne, a zatem stanowią szczególnie silne czynniki środowiska zewnętrznego. Jeśli zaburzone obszary na Słońcu produkują w przestrzeń zewnętrzną krótkie fale elektromagnetyczne, docierające do powierzchni Ziemi, to bez wątpienia fale te są jednym z owych potężnych czynników biologicznych, którymi tak obfite jest Słońce. Różne komórki organizmów żywych oraz różne organizmy jednokomórkowe są w odmienny sposób nastawione na odbieranie energii krótkofalowego promieniowania Słońca. Otóż, jesteśmy otoczeni ze wszystkich stron strumieniami energii kosmicznej, która dociera do nas od odległych mgławic, gwiazd, rojów meteorów oraz Słońca. Byłoby zupełnie niesłuszne uważać jedynie energię Słońca za jedynego twórcę ziemskiego życia w jego aspekcie organicznym i nieorganicznym. Należy sądzić, że przez bardzo długi okres rozwoju materii żywej energia odległych ciał kosmicznych, takich jak gwiazdy i mgławice, wywierała ogromny wpływ na ewolucję substancji żywej.

Poprzez strumienie kosmicznych promieniowań żywa materia musiała dostosować do nich swój rozwój i wytworzyć odpowiednie odbiorniki, które mogłyby wykorzystać to promieniowanie, bądź też urządzenia ochronne, które chroniłyby żywą komórkę przed wpływem sił kosmicznych. Ale nie ulega wątpliwości jedynie jedno: żywa komórka jest rezultatem wpływów kosmicznych, słonecznych i telurycznych oraz stanowi ten obiekt, który został stworzony napięciem twórczych zdolności całego Wszechświata. I kto wie, być może my, „dzieci Słońca”, jesteśmy jedynie słabym echem tych wibracji żywiołowych sił kosmosu, które, przepływając wokół Ziemi, lekko ją dotknęły, dostrajając w unisonie do tej pory drzemiące w niej możliwości. Przyzwyczailiśmy się trzymać się grubego i wąskiego antyfilozoficznego poglądu na życie jako na rezultat przypadkowej gry jedynie ziemskich sił. To, oczywiście, nie tak. Życie zaś, jak widzimy, w znacznie większym stopniu jest zjawiskiem kosmicznym niż ziemskim. Powstało ono pod wpływem twórczej dynamiki kosmosu na bierny materiał Ziemi. Żyje ono dynamiką tych sił, a każde uderzenie organicznego pulsu jest zsynchronizowane z uderzeniem kosmicznego serca — tej wspaniałej całości mgławic, gwiazd, Słońca i planet.

Przez ogromny okres czasu wpływu sił kosmicznych na Ziemię utrwaliły się pewne cykle zjawisk, które powtarzają się prawidłowo i okresowo zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Począwszy od 3-105 34 Rozdział I obrotu atmosfery, dwutlenku węgla, oceanów, dobowej, rocznej i wieloletniej okresowości w fizyczno-chemicznym życiu Ziemi, a kończąc na towarzyszących tym procesom zmianach w świecie organicznym, wszędzie znajdujemy cykliczne procesy, które są rezultatem wpływu sił kosmicznych. Gdybyśmy spróbowali graficznie przedstawić obraz różnorodności tej cykliczności, otrzymalibyśmy szereg sinusoid, które nakładają się na siebie lub przecinają się wzajemnie. Wszystkie te sinusoidy z kolei okazałyby się poprzecinane drobnymi zębami, które również przedstawiałyby zygzakowatą linię itd. W tym nieskończonym zbiorze różnej wielkości wzniesień i upadków odzwierciedla się bicie wszechświatowego pulsu, wielka dynamika przyrody, której różne części rezonują ze sobą zgodnie.

Gdybyśmy kontynuowali naszą analizę dalej, zobaczylibyśmy, że maksima i minima zjawisk kosmicznych i geofizycznych odpowiednio pokrywają się z maksimami i minimami tych czy innych zjawisk w świecie organicznym. Zobaczylibyśmy, że jeden cykl zjawisk biologicznych, jeśli chodzi o czas występowania maksimów lub minimów, dobrze pokrywa się z zegarem maksymalnych lub minimalnych napięć podczas tych czy innych elementów kosmicznych lub geofizycznych. Maksima i minima innego cyklu biologicznego pokrywają się z maksimami i minimami tego czy innego zjawiska kosmicznego lub geofizycznego7. I oto, widząc wszystkie te krzywe, które wspólnie wznoszą się i wspólnie opadają, nasza wyobraźnia przedstawia sobie drgającą dynamikę kosmo-telurycznego środowiska w postaci bezkresnego oceanu, pokrytego szeregami narastających i rozpadających się fal, wśród których życie i zachowanie poszczególnego organizmu upodabniają się do ledwie dostrzegalnej i bezwolnej trzciny, która podporządkowuje się w swoim zachowaniu, jak i w tym oceanie, wszystkim kaprysom otaczającej fizycznej żywiołowości.

Przed wzrokiem badaczy przyrody w ogromnym oceanie ziemskiego życia otwiera się obraz wspaniałych i burzliwych falowań, wśród których pojedynczy osobnik ginie bez śladu. Pływając na łachmanie łodzi po tym morzu i pokonując napór każdej nadbiegającej fali, pływak pogrążony jest w szumie i zamęcie burzliwej żywiołowości. Kołyska życia i pulsy Wszechświata, a horyzont jego ogranicza się do najbliższej grupy fal. Morze jawi mu się jako chaotyczna i bezprawna istota. Lecz wystarczy mu wznieść się wysoko ponad wzburzoną powierzchnię, by obraz, który ogląda, całkowicie się zmienił. Szum i zamęt już więcej go nie niepokoją, a z wysokości widzi on, jak wielkie masy fal poruszają się dostojnie i miarowo, raz wznosząc się, raz opadając, a w tym ruchu on dostrzega surową harmonię. Chaotyczna struktura tych czy innych zjawisk w jego dynamicznych formach, wraz ze zmiennym punktem widzenia, ulega tej samej zmianie i przekształca się w swoją przeciwną — w ruchu, który jest podporządkowany niepowstrzymanym wahaniom kosmicznej lub słonecznej energii. Patrząc na ten nowy, rozpostarty przed nim obraz, mimowolnie zdumiewamy się owej surowej matematycznej dokładności, która, niezmieniona, ujawnia się w wahaniach ruchu wskazanych zjawisk w czasie, które dawniej wydawały się nam dowolnymi i przypadkowymi. Widzimy, jak najsurowsze jakościowe i ilościowe prawa rządzą ich biegiem, i zaczynamy odczuwać całą swoją słabość wobec tej żywiołowej siły życia, podporządkowanej nieubłaganym prawom.

Wśród wielkiego bogactwa masowych zjawisk w różne czasy przed nami coraz wyraźniej ujawnia się żywiołowy rytm w ich życiu, raz w bitwie ich wzniesień, raz w głębokich upadkach8. Ale nie ograniczymy naszych badań ramami układu słonecznego i przyznamy się do tego, że w kształtowaniu masowych zjawisk we wszystkich ich przejawach nie mogą nie uczestniczyć również inne siły kosmosu, które dotąd pozostają ukryte. Powoli, lecz nieubłaganie, nauka zbliża się do opracowania podstawowych źródeł zasilania, które skrywają się w odległych głębinach Wszechświata. A przed naszymi zdumionymi wzrokowi rozpościera się obraz wielkiego koła budowy świata, którego poszczególne części są powiązane ze sobą najmocniejszymi więzami i pokrewieństwami, o których dawno już marzyli.

W świetle tej myśli widzimy, jak z biernej i amorficznej materii Ziemi powstają najbardziej złożone systemy, których części znajdują się w najsubtelniejszym rezonansie z różnymi obszarami świata. I mimowolnie nasuwa się stara idea, że nasze poznanie zjawisk przyrody jest niczym innym, jak odbiorem przez nasze narządy poznania echa prawdziwych procesów zachodzących we Wszechświecie. Na wszystkie sądy i wnioski badaczy przyrody jeszcze niedawno kładł się pewien odcisk poglądów o autonomiczności życia obiektów biologicznych, o ich niezależności od zewnętrznych sił świata, o szczególnych drogach, którymi podąża świat organiczny. Ten odcisk systematycznie hamował wolne badanie zagadnienia, a wszystko, co stało w sprzeczności z nim, uznawane było za herezję lub mrzonkę i temu wszelkimi sposobami przeciwstawiano się. Nauka powinna wkroczyć na nową drogę, wolną od uprzedzeń, i toczyć walkę ze starymi tradycjami w imię wolnego badania przyrody, które przybliża nas do prawdy. Ale z drugiej strony musimy podkreślić wielkie znaczenie nauki, która bada zjawiska przyrody. Bez wątpienia człowiek opanowuje siły otaczającego świata, uczy się nimi kierować, zmuszając je do pracy na swoją korzyść, bądź też uczy się bronić przed nimi, jeśli niosą mu one niszczycielskie lub szkodliwe wpływy. W podporządkowaniu sobie przyrody i zwycięstwie nad nią upatruje się ostateczny rezultat, ostateczne tryumf ludzkiej wiedzy. Ale aby umieć zwyciężyć przyrodę, trzeba ją poznać, i to poznać możliwie dogłębnie. Bez tego głębokiego poznania zwycięstwo nad przyrodą jest niemożliwe, a próby walki z nią bezsensowne.

Moje prace statystyczne i eksperymentalne wykazały ogromną rolę pozaziemskich, słonecznych, swoistych promieniowań — elektromagnetycznych i korpuskularnych — w powstawaniu i rozwoju epidemicznych chorób, ludzkiej patologii i śmiertelności. Gdy tylko astronomia i fizyka odkrywały te czy inne zjawiska, okazywało się, że biosfera Ziemi pozostaje w pewnej zależności od nich: człowiek, zwierzęta, mikroorganizmy, rośliny odczuwają na sobie ich działanie.

Kołyska życia i pulsy Wszechświata

Epidemiolodzy odwracali się od badania tych zjawisk, jakby to ich nie mogło interesować. Kosmiczne i słoneczne promieniowanie, korpuskularne i krótkofalowe, elektryczne i magnetyczne zjawiska w atmosferze ziemskiej i jej skorupie, wpływające na życie biosfery, pozostają poza uwagą medycyny. Jak bardzo ona odbiega od współczesnej astronomii, astrofizyki, geofizyki itd.! Dawni lekarze wyróżniali się większą szerokością poglądów i tolerancją. Istnieje tendencja do sprowadzania głównych zjawisk epidemiologii jedynie do czynników społecznych. Mimo potęgi tych ostatnich, dowiedzionej z absolutną dokładnością, nie można lekceważyć badania innych czynników, które w pewnym stopniu mogą wpływać na przebieg i rozwój epidemicznej choroby.

Należy sądzić, że dalsze badania pokażą, jakie miejsce w szeregu czynników społeczno-ekonomicznych i biologicznych powinny zajmować wpływy środowiska fizyczno-chemicznego w ogóle, promieniowania słonecznego i kosmicznego oraz elektryczności atmosferycznej i ziemskiego magnetyzmu w szczególności. I jakie by to miejsce nie było, w ogólnym dynamicznym kompleksie czynników warunkujących epidemie, nauka powinna mu poświęcić należytą uwagę. Jednak już obecnie można stwierdzić, że w odniesieniu do całego szeregu chorób zakaźnych wpływ warunków społeczno-ekonomicznych nie ma zasadniczego znaczenia. Tak na przykład epidemie grypy, w przeciwieństwie do cholery, czerwonki, tyfusu, wybuchają bardzo często poza jakąkolwiek określoną zależnością od warunków społeczno-ekonomicznych i obejmują wszystkie warstwy ludności.

W rozwoju szeregu epidemii obserwujemy niezwykle różnorodną grupę wirusów, ich bardzo wybredną zmienność na przestrzeni dziesięcioleci, wszystkie próby wyjaśnienia której na ogół zakończyły się fiaskiem, pozostając do dnia dzisiejszego nierozwikłanymi. Miejmy nadzieję, że dzięki przyjacielskiej współpracy i międzynarodowej solidarności uczonych nauka zdoła nauczyć się walczyć z epidemiom, je zwyciężać i w ten sposób wydłużać ludzkie życie do możliwie największej granicy.

FANTAZJE I PRZEWIEDLENIA STAROŻYTNYCH

Już w starożytności zauważono, że zdarzają się epoki, kiedy nic nie zakłóca spokojnego biegu życia, czego sprzyja nie tylko człowiek, ale i sama natura. Są jednak czasy, kiedy zarówno świat przyrody, jak i świat ludzki są wzburzone: klęski żywiołowe, powodzie lub susze, trzęsienia ziemi czy wybuchy wulkanów, masowe naloty szkodliwych owadów, powszechne choroby wśród zwierząt i ludzi dotykają całe kraje.

W takie czasy dociekliwemu spojrzeniu obserwatora nie ulega wątpliwości istnienie związku między organizmem a otaczającym środowiskiem. Ta myśl o związku żywych organizmów z zewnętrzną naturą przewija się niczym czerwona nić przez całe ogromne doświadczenie historyczne ludzkości: spotykamy ją zarówno w sferze przednaukowego myślenia, jak i w pracach badaczy przyrody.

Oczywiście, idea związku między człowiekiem a siłami zewnętrznej przyrody narodziła się u zarania ludzkiego istnienia. Na fundamencie tej idei narodziła się i bujnie zakwitła najstarsza z nauk — astrologia, która (jeśli odrzucić wszystkie jej mistyczne błędy) nauczała o związku wszystkich rzeczy i wszystkich zjawisk. Jedna z gałęzi astrologicznej wiedzy — astrologiczna medycyna — twierdziła, że procesy chorobowe zachodzące w żywym organizmie znajdują się pod bezpośrednim wpływem sił kosmicznych dzięki ich potężnemu i tajemniczemu „wpływowi”. Ten „wpływ” — influentia, jak mówili Rzymianie — warunkuje stan organizmu zarówno podczas zdrowia, jak i choroby. I w nowoczesnym terminie medycznym „influenza” jeszcze słychać echo magicznego związku między zjawiskami przyrody a organizmem ludzkim.

Na tym samym płodnym gruncie wyrosło ziarno antropogeografii, która począwszy od czasów Herodota (485–425 r. p.n.e.) i Tukidydesa (ur. ok. 460 r. p.n.e.) niezmiennie potwierdzała zależność żywego organizmu i jego przejawów od otaczającej go przyrody.

FANTAZJE I PRZEWIEDLENIA STAROŻYTNYCH

Pierwsze próby wykrycia współzależności między zjawiskami atmosferycznymi a zachorowalnością doprowadziły do stwierdzenia związku, który starożytni lekarze nazywali „constitutio anniversaria” oraz „constitutio temporis”. W nowoczesnych językach mamy różne określenia na ten związek: Witterungskrankheiten, Saisonkrankheiten, maladies saisonnaires itd.

Wreszcie w rosyjskim kronikarskim terminie „powietrze” słychać echo nieuświadomionej wiary w siły żywiołowe. Już starożytni lekarze, wyprowadzając ze swoich obserwacji istnienie zależności między człowiekiem, zwierzęciem a otaczającym środowiskiem, starali się wyjaśnić niektóre chorobliwe zjawiska w organizmie ludzkim wpływem tego środowiska.

Opisując powszechną chorobę mieszkańców wyspy Eginy, rzymski poeta Owidiusz (43 r. n.e. – 17 r. n.e.) wskazywał, że choroba ogarnęła nie tylko ludzi i zwierzęta, ale i rośliny. O tym samym mówił inny rzymski poeta — Lukrecjusz (98–55 r. p.n.e.) — przy opisie morza w Attyce. Jeszcze wcześniej Sofokles (496–405 r. p.n.e.) w „Królu Edypie” wskazywał na to, jak choroba przechodziła z pól uprawnych na zwierzęta i płody ludzkie.

Z przekazów Tukidydesa wiadomo, że epidemia, która szalała w Attyce między 436 a 427 r. p.n.e., towarzyszyły silne trzęsienia ziemi, powodzie morskie, susze i nieurodzaje. Tukidydes wspomina: podczas attyckiej zarazy przeciw ludziom zwróciły się wszystkie siły świata zewnętrznego, co według ludowych wierzeń zwykle towarzyszy pojawieniu się morowych wrzodów.

Grecki historyk czyni pewne uwagi na temat tego, że nasilenie moru w 427 r. towarzyszyły szczególnie groźne zjawiska w świecie zewnętrznej przyrody: wulkany Wysp Liparyjskich znajdowały się w okresie nadzwyczajnej aktywności; Eubea, Orobia, wyspa Atalanta i inne miejsca zostały zalane wodą wskutek silnych trzęsień ziemi; w Atenach wstrząsy gruntu zniszczyły Pritanejon i inne budowle.

Grecki historyk Diodor Sycylijski w I w. p.n.e. przypisuje główny wpływ na mor w Atenach wpływom atmosferycznym: temperaturze powietrza, wyparowaniom i braku etezji.

Dion Kasjusz (II w.), Hieronim (340–420 r.) oraz Orozjusz (IV w.) w swoich pracach czynią podobne uwagi na temat tego, że głód w 5 r. n.e. i silniejsze trzęsienia ziemi we Włoszech miały miejsce jednocześnie. Za panowania Klaudiusza, w latach 51–52 n.e., Grecja i Italia cierpiały jednocześnie z powodu głodu i trzęsień ziemi. W tym samym czasie głód panował także w Judei i Palestynie; w Jerozolimie głód osiągnął przerażające rozmiary. Po dziesięciu latach, za panowania Nerona (54–68 r.), powtórzyły się trzęsienia ziemi i głód. Po wybuchu Wezuwiusza za cesarza Tytusa (79–81 r.), w 97 r. nastała silna morowa zaraza, „jakich nie często się zdarzają” (Swetoniusz).

W różnych opisach morowej zarazy Antonina (lub Heliosa) podane są pewne wskazówki na temat tego, że ta okrutna powszechna choroba

okres 165–180 n.e. towarzyszyły groźne zjawiska przyrody: trzęsienia ziemi, powodzie, najazdy rojów szarańczy i susze itd. Przykładem ogólnego zakłócenia w przyrodzie może być okres od 251 do 266 roku. Najsilniejsze wstrząsy ziemi miały miejsce w Kornwalii, Rzymie, Afryce i Azji, doszło do wybuchu Etny. W. Seibel (W. Zeybel) starannie zebrał informacje dotyczące licznych potężnych zjawisk w przyrodzie, które poprzedzały i towarzyszyły epoce dżumy 580–581 r. n.e., czyli dżumie Justyniana. Według tej szczegółowej pracy, od 513 roku rozpoczęła się seria niezwykłych zjawisk w przyrodzie, które zakończyły się dopiero w 570 roku. Seibel dzieli ten okres na trzy części: I. 512–533 r. W 526 r. – silny rozwój wszystkich zjawisk w przyrodzie. II. 533–547 r. To samo nasilenie wystąpiło w 544 r. III. 547–570 r. Pierwsza grupa zjawisk, według Seibla, miała miejsce jeszcze przed nadejściem wielkiej dżumy, druga zbiega się z jej pierwszym, głównym pojawieniem, trzecia poprzedza, częściowo towarzyszy drugiemu silnemu rozwojowi dżumy. Od 513 roku – roku wybuchu Wezuwiusza – rozpoczął się okres niszczycielskich trzęsień ziemi, które osiągnęły swój najsilniejszy rozwój w słynnym trzęsieniu ziemi w Antiochii, kiedy zginęło około 250 tysięcy osób, a miasto zostało zniszczone.

W 542 r. dżuma pojawiła się w Konstantynopolu, w 543 r. trzęsienia ziemi wstrząsały okresowo całą Europę, w 544 r. fantazji i przepowiedni starożytnych A I miejsce straszna powódź na trackim brzegu; w 545–547 r. wahania gruntu i powodzie obserwowano w krajach Europy. Począwszy od 551 r. otworzył się nowy cykl katastrof naturalnych od najsilniejszego trzęsienia ziemi we wszystkich krajach starożytnego świata na wybrzeżach Morza Śródziemnego. Trzęsienia ziemi trwały z nieco mniejszym natężeniem niż początkowo, aż do 557 r. Od tego momentu ogólne wzburzenie przyrody wraz z dżumą zaczęło przesuwać się ze wschodu na zachód. W. Seibel, powołując się na świadectwa Prokopiusza (Procopius), Teofana (Pheophanus) i Kedrena (Cedrenus), wspomina także, że w 526 r. doszło do tak znacznego zmniejszenia i pociemnienia światła słonecznego, że utraciło ono swój blask i stało się podobne do Lusa. „Zdecydowanie – mówi Prokopiusz – Słońce wydawało się takie, jakie bywa podczas zaćmienia; jego światło nie było czyste i nie takie, jak zawsze. Od tego czasu wojna, głód i inne nieszczęścia nieustannie niszczyły ludzi”. Seibel uważa, że pociemnienie Słońca zależało od zakażenia powietrza tymi obcymi oparami, które często towarzyszą silnym epidemiom. Kronikarze tamtej epoki wspominają także o ogniowym meteorycie, o niszczycielskich burzach, o pojawieniu się trzech komet w okresie silnej dżumy, o ruchu szarańczy w ostatniej epoce epidemii, o niezwykłym rozmnożeniu ryb i o całym szeregu nadzwyczajnych zjawisk w świecie roślinnym i zwierzęcym. Także i to, że w każdym takim okresie rozwój dżumy był najsilniejszy w drugim roku – od 1348 do 1351 r. Prawie we wszystkich opisach dostrzegamy dążenie

Rozdział II

42 zestawić pojawienie się dżumy z żywiołowymi zjawiskami przyrody i wyjaśnić na podstawie tych zestawień jej powstanie w tym lub innym miejscu. Na szczególną uwagę zasługują opisy podane przez Covino (Covi-no), Mussiego (Mussis), cesarza Kantakuzena (Kantakuzen), Boccaccia (Boccaccio), Petrarkę (Petrarca), K. Megenberga (K. Megenberg), Mascho, Cosle, hiszpańskich lekarzy. Wszyscy oni zwracają uwagę, że wśród zjawisk przyrody główną rolę odgrywają zarówno czynniki kosmiczne, jak i geofizyczne: stan Słońca, gwiazd, Księżyca, trzęsienia ziemi, mgły oraz szkodliwe wyziewy w atmosferze. Biorąc pod uwagę fakt, że te informacje, zapisane w różnych krajach, często wskazują na zjawiska analogiczne lub podobne do siebie, zasługują one na to, aby je rozpatrzyć.

Jednym z najważniejszych dokumentów odnoszących się do początkowego okresu epidemii należy do Mussiego. Autor ten opowiada o strasznych znakach, które poprzedzały epidemię „czarnej śmierci” na Dalekim Wschodzie, w Chinach: padał deszcz ze wężami i żabami, które, wpełzając do domostw ludzi, uśmiercały ich jadowitymi ukąszeniami. W Indiach trzęsienie ziemi zniszczyło wiele miast, po czym z nieba zstąpiło płomień i spaliło je doszczętnie wraz z ludźmi i zwierzętami. W wielu miejscach „z nieba płynęły strumienie krwi, a spadały kamienie”. Oczywiście, nie można poważnie potraktować wszystkich tych opisów, jednak należy zauważyć, że największe wzburzenia w przyrodzie zostały wcześniej odnotowane na Dalekim Wschodzie w Azji. Chińscy kronikarze opowiadają, że już w 1333 r. wystąpiło wiele nienormalnych zjawisk w przyrodzie. Tego roku miały miejsce upały i susze, które spowodowały głód, następnie nieustannie padały deszcze, które zatopiły całe okręgi i doprowadziły do śmierci około pół miliona ludzi. W następnym roku ponownie odnotowano susze i choroby, które zniszczyły do pięciu milionów ludzi. Szczególnego natężenia żywiołowe życie przyrody na Wschodzie osiągnęło do 1337 r., kiedy trzęsienia ziemi, powodzie, głód, niszczycielskie najazdy szarańczy, straszne epidemie nieustannie niszczyły mieszkańców Wschodu. Te same zjawiska powtórzyły się ponownie z nie mniejszą siłą w okresie 1345–1348 r., i dopiero po 1348 r. nieco osłabło szaleństwo żywiołów.

Niektórzy współcześni, według słów G. Heasera (Haeser), twierdzą, że jednocześnie w innych częściach świata podobne wydarzenia poprzedzały rozprzestrzenianie się czarnej śmierci. Megenberg opisuje głównie trzęsienia ziemi, które poprzedzały i towarzyszyły epidemiom. Tak więc w 1348 r., w roku największego rozprzestrzeniania się czarnej śmierci, Europą, z południa na północ i ze wschodu na zachód, przetoczyło się kilka silnych trzęsień ziemi, w wyniku których zostało zniszczonych dziesiątki kwitnących miast i setki zamków, płonęły duże obszary lasów, a rzeki wystąpiły ze swoich brzegów. Ludzie tracili zmysły, nie wiedzieli, co robić, dokąd się schronić. Dziesiątki tysięcy mężczyzn błąkały się po drogach, cierpiąc z głodu i pragnienia, i w końcu padały z wyczerpania i umierały.

Vinario, Covino i inni współcześni czarnej śmierci opowiadają o różnych odchyleniach w okresie meteorologicznych czynników, które miały miejsce podczas czarnej śmierci. Wspominają o nieczystym powietrzu, ciężkich wyziewach, gęstych chmurach zasłaniających niebo oraz o przykrym upale, który męczył ciało i utrudniał oddychanie. Nadzwyczajny smród i wyziewy, które unosiły się z ziemi, zostały odnotowane w różnych miejscach: w Egipcie, Grecji, Dalmacji, Niemczech. We Włoszech w 1347 r. ludzi przerażały „tajemnicze pary” („ingens vapor”), które przemieszczały się z północy na południe. Mussi, między innymi, wspomina o wpływie nowiu na zaostrzenie epidemii.

Astronomowie tamtej epoki, jak można się było spodziewać, twierdzili, że przyczyną wszystkich nieszczęść, które dotknęły ludzkość, jest groźne połączenie planet Jowisza i Saturna. Covino w swoim poemacie „De convivio Solis in domo Saturni” w 1132 strofach przedstawia astrologiczne poglądy na wpływ konstelacji na losy ludzkości i wyjaśnia epidemię dżumy połączeniem Jowisza z Saturnem.

Wreszcie Heaser, opierając się na swoich wszechstronnych badaniach, uznaje, że „czarna śmierć była chorobą pandemiczną. Jej pochodzenie pozostawało w bardzo ścisłym związku z niezwykłymi wstrząsami w przyrodzie, w wyniku których rozprzestrzeniła się we wszystkich krajach znanych w XIV w.”.

Należy tu jeszcze odnotować następujące, niezwykle interesujące dla nas wskazówki, podane przez tego samego Vinario w jego pracy o dżumie. On odnotowuje szereg następujących po sobie wybuchów dżumy oraz stopniowe osłabienie jej z okresem około 11 lat (patrz tab. 1).

Tabela 1

Rok | Zachorowalność | Ozdrowieńcy
1348 | 2/3 ludności | Prawie nikt
1361 | 1/2 ludności | Bardzo nieliczni
1371 | 1/10 ludności | Wielu
1382 | – | Bardzo wielu

Podczas tej strasznej pandemii dżumy odnotowano, że w świecie zwierzęcym również występowały wskazówki, iż choroba nie oszczędzała także zwierząt. W Afryce ciała padłych zwierząt od razu czerniały; grzbiety pokrywały się ranami, chudły, słabły i umierały w ciągu kilku dni. Podobne zjawiska obserwowano również w Anglii. Opowiadają, że rzekomo ptaki odlatywały z miejsc dotkniętych chorobą, ryby znikały z zatok morskich.

Epidemiczne rozprzestrzenianie się kiły pod koniec XV w., które stanowi wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju przykład w historii tej choroby, towarzyszyło również całemu szeregowi niezwykłych zjawisk przyrody, odnotowanych przez wykształconych współczesnych. Astrolodzy i poeci w swoich dziełach wyrażali zabobonny pogląd tamtej epoki na to masowe zachorowanie, uznając ponownie niekorzystne połączenie planet za główną przyczynę epidemii (Theodorici Ulseni Frisii Seb, Brant).

Oprócz tej prawie powszechnej wiary w działanie niekorzystnych połączeń planet, sprawcami epidemii uważano również niezwykłe burze, ulewy i powodzie, które z wyjątkową siłą ujawniły się w ostatnich dziesięcioleciach XV w. Pod wpływem tych wzburzeń w przyrodzie doszło do ogólnej zmiany charakteru choroby: kiła rozwinęła się w nowych, wcześniej nieznanych formach; po raz pierwszy pojawił się tyfus plamisty w Hiszpanii oraz potne febry w Anglii, a także szereg wybuchów epidemii dżumy w wielu krajach Europy. Według Fracastoro (Fracastoro), autora tamtej epoki, epidemia kiły rozprzestrzeniła się głównie w wyniku „epidemicznej konstytucji organizmów”, która powstała pod wpływem czynników zewnętrznych, a po ustaniu tego wpływu poprzez bezpośrednie zarażenie od chorego. Rzeczywiście, dążenie do powiązania

Powszechne rozprzestrzenienie się syfilisu pod koniec XV wieku, wraz z modyfikacjami „epidemicznej konstytucji”, można spotkać również u wielu innych obserwatorów. Nawet w wskazaniach na wpływ niebezpiecznych połączeń gwiazdozbiorów występuje jedynie mistyczny wyraz tego wspólnego poglądu. Znajdujemy również świadectwa, że wielu współczesnych i późniejszych badaczy epidemii „potowej gorączki” w Anglii uważało, iż choroba ta swoją powszechnością zawdzięcza serii zjawisk meteorologicznych. Najważniejszym z tych zjawisk uznaje się zupełnie nadzwyczajną wilgotność powietrza, która odznacza okresy tych epidemii, a mianowicie: 1486, 1507, 1518, 1529 oraz 1551 roku. Tą samą okolicznością tłumaczy się, że Anglia zwykle służyła miejscem powstania i największego rozwoju danej epidemii, gdyż ogólna roczna suma opadów nad jej terytorium jest bardzo duża.

W XVI wieku uczeni starają się wyjaśnić różne epidemie wpływem gwiazdozbiorów. Dzięki odrodzonemu platonizmowi, a w Niemczech neoplatońskiej nauce ojca farmaceutycznej chemii Teofrasta Bombasta z Hohenheimu, bardziej znanego pod imieniem Paracelsusa (Paracelsus, 1493–1541), „nieprzyjazne gwiazdozbiory”. 1501–1586), który, będąc jawnym zwolennikiem astrologii, połączył swoją wiedzę z alchemią, matematyką i medycyną. Rok 1478 tłumaczy się tym, że rok ten był przestępny.

W Niderlandach do ciężkiego jarzma hiszpańskiej tyranii dołączyły niszczycielskie zjawiska w przyrodzie i śmiertelne epidemie, a także „epidemie” o charakterze wojskowym. „Zdawało się — pisze Curths — jakoby przyroda umówiła się z człowiekiem, aby zgubić kraj”. Rozprzestrzenienie się epidemii „bagnisto-miazmatycznych” chorób w drugiej połowie XVII wieku na podstawie całego szeregu wiarygodnych źródeł pozostawało w bezpośrednim związku z zjawiskami meteorologicznymi, przy czym zgodnie z wahaniami tych ostatnich obserwowano wyraźne wahania w rozwoju i przebiegu samych epidemii.

B. Ramazzini (Ramazzini), który uważnie obserwował wahania epidemii bagiennej febry w 1693 roku, zauważa, że epidemia ta nasilała się zawsze przy nowiu. Młody księżyc zaś nasilał również inne choroby, które występowały jednocześnie: czerwonkę i tyfus plamisty. Wpływ wpływów atmosferycznych na zakażenie dżumą w tym samym stuleciu odnotowuje również P. Castro (P. Castro). Wielu lekarzy XVIII wieku również zauważyło związek, jaki istniał między zjawiskami przyrody a rozwojem tych lub innych chorób. Na początku stulecia dostrzeżono związek dotyczący trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów, zórz polarnych i innych zjawisk (Baglevi). Oczywiście, przy konstatowaniu tych związków dużą rolę odgrywały zabobonne poglądy tej epoki. Znacznie cenniejsze są wskazania na współzależność między stanem lat a szerzeniem się epifitii i epizootii (Raiet, Laubender, Heisinger, Lorinser, Konold, Ramazzini). Istnieją wskazania, że uspokojenie w ogólnym porządku przyrody zbiega się z gwałtownym skróceniem epidemicznych zachorowań (W. Hillary, I. Rutty, J. Huxhami). Jednak już od drugiej połowy XVIII wieku rozpoczyna się nowy okres najsilniejszych chorób epidemicznych i wielkich wydarzeń w przyrodzie, których związek uważano za zupełnie niewątpliwy (Janisch). Zauważono, że stan pogody wywiera decydujący wpływ na nasilenie i osłabienie epidemii febry: po silnych deszczach stale następowało osłabienie jej, a przy wysokim stanie barometru — nasilenie. Analogiczny związek został również odnotowany między wzrostem przypadków czerwonki a gwałtownymi wahaniami elementów meteorologicznych (Baser). Okres 1770–1775 lat wyróżniał się nadużywaniem i przewidywaniem starożytnych dotyczących rozwoju klęsk żywiołowych, chorób epidemicznych. W następnej dekadzie wybuchł szereg epizootii, spośród których należy wyróżnić dżumę bydła, która przeszła przez całą Europę. Towarzyszyły jej najsilniejsze wstrząsy w budowie przyrody: trzęsienia ziemi, burze, grzmoty, suche mgły itd.

XVIII wiek wyróżnia się tym, że po raz pierwszy do badania zjawisk i epidemii zostały zastosowane przyrządy meteorologiczne. W XIX wieku te obserwacje były przedmiotem uwagi wielu znanych lekarzy, a metodyka ich została doprowadzona do wysokiej doskonałości. Jednakże nieznajomość, a także ignorowanie wielu czynników otaczającego środowiska nie przyniosły trwałych rezultatów.

prawidłowości między dwoma szeregami zjawisk nie zostały odkryte. Pamiątki starożytnej pisemności, latopisy wszystkich narodów i wszystkich czasów, ludowy epos, podania utrwalone w kronikach, pełne są zestawień między zjawiskami w fizycznej postaci natury Ziemi lub środowisk ludzkości. Dążenie do zestawiania tych zjawisk ma podstawy zarówno w astrologicznych wierzeniach, jak i w wydarzeniach codziennego życia, co niezmiennie potwierdza i umacnia to dążenie. Różne niebieskie zjawiska ludzie uważali za zwiastuny groźnych lub ciężkich wydarzeń w ludzkim świecie, uważali je za znaki lub znamiona, którymi niby natura uprzedza swoją mowę „bądź gotów”. Dziwne zabarwienie nieba, strzeliste chmury, promienie, słupy i wachlarze zorzy polarnej, koła wokół Słońca i Księżyca, straszne burze, znaki na Słońcu, pod którymi starożytni raz po raz szukali, szumy towarzyszące zorzy polarnej lub wyładowaniom burzowym — te „głosy proroctw”, czyli różne sygnały, których pochodzenia nie znano, wahania gruntu, lądowanie komety — wszystkie te najpiękniejsze i najstraszniejsze zjawiska natury człowiek uważał za zwiastuny nadchodzących burz, zwiastuny groźnych morowych powietrz — jednym słowem, za znaki. Całkiem niezrozumiałe jest to, że w swoich wyjątkach starożytni znacznie przeceniali rolę i znaczenie niebieskich znaków, a nawet popadali w grube błędy, zachwycając się poezją porównań. Bez wątpienia jedynie to, że starożytni znacznie przewyższali nas ostrością w sztuce obserwacji zjawisk natury oraz wyrafinowaną biegłością logicznych wniosków.

Daleko nie co roku zdarzają się wielkie zjawiska geofizyczne i meteorologiczne, jak na przykład zorze polarne widoczne w średniej Europie, lub katastrofy żywiołowe na kształt niszczycielskich trzęsień ziemi czy niszczących powodzi. Gdyby zjawiska te zdarzały się co roku, nie wiązano by ich z tymi lub innymi epidemią czy innymi masowymi wydarzeniami, tak jak w związku z epidemią inne okresowe zjawiska w przyrodzie.

Jest jeszcze jedno cudowne potwierdzenie słuszności tej myśli, że dostrzeżone przez starożytnych związki między znakami a masowymi społecznymi wydarzeniami na kształt epidemicznych chorób nie są wytworem fantazji, a wynikiem wielowiekowych obserwacji nad prawidłowością współwystępowania, która uparcie się powtarza. Potwierdzenie znajdujemy w tym zdumiewającym fakcie, że system znaków wszystkich narodów i we wszystkie czasy był identyczny w sensie obiektów, które zwiastowały wydarzenia. Pomimo że system ten opierał się na podłożu religijnym, zawsze miał on na względzie społeczny aspekt życia starożytnych. Dla Chińczyka i dla rosyjskiego kronikarza, dla Galijczyka i Mongoła promień zorzy polarnej lub koło wokół Słońca oznaczały to samo — groźne nieszczęście od morowego powietrza lub innych klęsk. Tak więc, przez całą wielowiekową historię powszechnych chorób widać dążenie do podkreślenia pewnego wpływu natury na człowieka.

Jednakże, pomimo że już od XVII wieku dzięki wynalazkowi przez Galileusza i Torricellego pierwszych mierniczych instrumentów meteorologicznych prowadzone są obserwacje nad wyjaśnieniem tego wpływu, należy uznać, że aż do dzisiejszego dnia żadne z kardynalnych pytań w tym kierunku nie zostało rozwiązane. Wyjaśniono jedynie niektóre ogólne cechy. Ale jest jedna dziedzina medycyny, która z wielką uwagą śledziła wpływ zewnętrznego fizycznego środowiska na nasz organizm. Jest to psychiatria. Fakt, że fizykochemiczne zjawiska świata zewnętrznego wpływają na fantazje i widzenia starożytnych, a najczęściej warunkują nasze zachowanie, był znany już w starożytności. Jego korzenie sięgają znowu astrologii i dawnej antropogeografii. Na chwilę obecną w psychiatrii zgromadzono bogaty materiał obserwacji, który czeka na swojego Kopernika. Na cześć rosyjskich lekarzy należy zaznaczyć, że niezmiennie brali udział w badaniu tego problemu (Grejzenberg, M. I. Niżegorodcewa, P. I. Kowalewski i inni), jak i zagraniczni badacze (Faissac, Turell Eyselein, Lombroso, Krypiakiewicz, Pederson, Dexter i inni).

Byłoby więc niezwykle niesprawiedliwe uważać, że badania współzależności między różnymi epidemią a jednocześnie wielkimi wstrząsami zachodzącymi w zewnętrznej przyrodzie nie dają niczego pouczającego i są wynikiem przednaukowego myślenia. Przeciwnie, znajdujemy w pamiętnikach lekarzy — współczesnych tych lub innych epidemii — bogaty materiał do najciekawszych wniosków. Podobnie jak kronikarze w swoich kronikach odnotowywali współzależność między zjawiskami społecznymi a kosmicznymi lub geofizycznymi, tak i lekarze, opisując przebieg tych lub innych epidemii, zestawiali je z różnymi zjawiskami natury. I te współzależności nie są przypadkiem, a owym subtelnym i nieuchwytnym związkiem, którego rozwikłanie wymyka się współczesnej nauce.

„Straszne konwulsje natury — pisał sławny historyk P. Nibuhr (P. Niebuhr, 1776–1831 r.) w swojej „Rzymskiej historii” („Römische Geschichte”) — często towarzyszyły i zbiegały się w czasie z różnymi epidemią i innymi. Jeśli obserwacje historyków i uczonych wszystkich czasów i wszystkich narodów są prawdziwe, jeśli rzeczywiście epoki zjawisk żywiołowo-katastroficznych w przyrodzie, którym towarzyszy pojawienie się różnych „znaków”, zbiegają się z rozwojem tych lub innych epidemicznych chorób, to przede wszystkim należy wyjaśnić kilka pytań:

1. Czy katastrofy żywiołowe są lokalizowane w jednej części Ziemi, czy

2. Czy w określonym przedziale czasu obejmują całą Ziemię?

3. Czy takie epoki powtarzają się okresowo i czy wyjaśniono ich okres?

4. Jeśli istnieje okresowość, to jak ona

Zrozumiałe. Czy podejmowano również próby powiązania tej okresowości z przebiegiem jakichkolwiek zjawisk kosmicznych?

Spójrzmy, jak nauka zbliżała się do odpowiedzi na postawione pytania w owym czasie.

Rozdział III Poszukiwania tajemniczych powiązań

Pod koniec XVII wieku wybitny włoski lekarz, „ojciec zawodowej higieny”, B. Ramazzini (1633–1714) w swych pracach epidemiologicznych wyciągał poważne ogólne wnioski meteorologiczne. Począwszy od czasów Ramazziniego, spotykamy całą plejadę badaczy, którzy poświęcili swe prace wyjaśnieniu związku między zachorowalnością a zjawiskami meteorologicznymi. Wśród nich widzimy T. Sydenhama (Th. Sydenham, 1624–1689), Willisa (Willis, 1621–1675), Mortona (Morton, 1835–1903), Williama Granta (W. Grant). Szczególnie należy wyróżnić nazwiska Sydenhama i Stolla, którzy włożyli wiele trudu w wyjaśnienie wpływu pór roku na zachorowalność.

W Niemczech jednym z pierwszych F. Hoffmann (F. Hoffmann, 1660–1742) prowadził wspólne obserwacje pogody i zachorowalności. Począwszy od połowy XVIII wieku w rzadkim dziele z patologii szczegółowej nie pomijano związku między zaostrzeniami w przebiegu tej czy innej choroby a nadzwyczajnymi kombinacjami właściwości atmosfery. Wreszcie w ubiegłym stuleciu pojawiło się wiele szczegółowych badań dotyczących tych współzależności i powiązań.

W pierwszej połowie stulecia problem wpływu czynników zewnętrznych na choroby był dokładnie badany we Francji przez szkołę medyczną w Montpellier. Wyszła z niej cała seria doskonałych prac, takich jak znakomite badania R. d’Amadora (R. d’Amador) i Füstera (Fuster), a także Delpecha (Delpech), Alquie (Alquie), Roucher’a i innych. Ch. Sarda w swym czasie. Spośród późniejszych badaczy Knovenagel (Knovenagel) twierdził, że wahania elementów meteorologicznych muszą szkodliwie lub korzystnie wpływać na stan zdrowia publicznego. A. Magelssen (A. Magelssen) pisał, że w wielkich miastach zawsze znajdują się różnego rodzaju bakterie chorobotwórcze; szczególnie zaś stają się one trujące tylko okresowo, co pozwala wysnuć przypuszczenie o wpływie warunków zewnętrznych. Według niego samym istnieniem bakterii nie można wytłumaczyć wahań zachorowalności i umieralności. Mówiąc o ważnym znaczeniu samego organizmu, jego konstytucji w każdej danej chwili, autor ten przytacza następujące porównanie: zbiór najbardziej trujących bakterii jest dla nas nieszkodliwy, jak garść śrutu. Ta ostatnia staje się niebezpieczna dopiero wtedy, gdy mamy proch, spust, karabin i strzelca. W przypadku epidemii tymi czynnikami ubocznymi są przyczyny zewnętrzne.

„Dobrze byłoby wiedzieć — pisze Magelssen — czy większy lub mniejszy stopień toksyczności bakterii zależy od zmian zachodzących jednocześnie w atmosferze, czy też ta ostatnia powoduje większą lub mniejszą podatność na bakterie zarówno w jednym organizmie, jak i w całej populacji”.

T. Altschul (T. Altschul), podobnie jak Knovenagel, sprzeciwiając się nauce o wyłącznym znaczeniu bakterii dla rozwoju tych czy innych chorób, wskazywał na odczuwalną, lecz niezbadaną okresowość, a jakieś inne czynniki warunkują tę okresowość. W istocie, pyta on, dlaczego w jednym roku błonica lub inna choroba przebiega niepostrzeżenie, a w innym — silnie się rozwija i dotyka populacji tysiącami?

Wpływ czynników meteorologicznych, geofizycznych i kosmicznych, bezpośrednio lub pośrednio oddziałujących na człowieka, wywołując choroby; tajemniczych powiązań — czy mniejszej żywotności. Jak by nie było, wahania pogody w odniesieniu do zachorowalności należy uznać za istotny czynnik pomocniczy.

Z tych rozważań zrodziła się swego czasu teoria M. Pettenkofera, który twierdził, że choć cholera szerzy się za pomocą kontaktów międzyludzkich, to jednak jej zarazki stają się aktywne i niebezpieczne tylko okresowo, pod wpływem miejsca i czasu, czyli pod wpływem pewnych fizycznych i chemicznych właściwości otoczenia, które są wielkością zmienną. W swych badaniach Pettenkofer skupił się głównie na fizyczno-chemicznych właściwościach gleby, którą uważał za magazyn zakaźnego początku. Do dojrzewania zarazka cholery potrzebny jest średni stopień wilgotności gleby, określona zawartość odpadków organicznych, określony poziom wód gruntowych itd. Jednakże, pomimo iż zaobserwowano zbieżność takiego czynnika, jak wahania poziomu wód gruntowych, z pojawieniem się cholery w danej okolicy nie raz, to jednak nie znajdują one dla siebie teoretycznego wytłumaczenia Pettenkofera, przeciwnie — wręcz mu zaprzeczają.

Tak więc epidemiolodzy od dawna zauważyli, że wiele epidemii w swym powstaniu i przebiegu wykazuje dziwactwa, których nie sposób dokładnie i całkowicie wyjaśnić. Tak więc, na przykład, problem rozprzestrzeniania się epidemii cholery w czasie i przestrzeni, mimo wnikliwych poszukiwań przeprowadzonych niegdyś przez Pettenkofera, R. Kocha (R. Koch, 1843–1910) i innych, wciąż uważany jest za otwarty. Dlaczego w jednych latach epidemia wybucha gwałtownie, w ciągu kilku miesięcy obejmując ogromne terytoria, rozprzestrzeniając się na wszystkie części świata i zabierając miliony ofiar, a w innych latach — nie pojawia się wcale lub lokalizuje się w ściśle ograniczonym rejonie, pomimo iż wszystkie inne warunki są równe? W rezultacie rozwoju niektórych epidemii, na przykład epidemii grypy, można wymienić niemal jednoczesne pojawienie się lub gwałtowne nasilenie zachorowalności w wielu odległych od siebie punktach naraz. Gdy w 1847 roku grypa dotknęła Anglię, Danię, Belgię, Francję i Szwajcarię, wielu odniosło wrażenie, że grypa we wszystkich krajach wybuchła tego samego dnia.

Z drugiej strony lekarze zauważyli nie tylko niejako „samoistne” pojawienie się epidemii, ale także ich „samoistne” ustępowanie. Tak więc w sprawozdaniu dotyczącym epidemii dżumy w Wietlance Strachowski pisze: „Być może w otoczeniu doszło do czegoś, co nagle przerwało epidemię w guberni astrachańskiej jeszcze przed przybyciem komisji przeciwdżumowej”. Ustalono również, że stopień nasilenia epidemii czasem się zmienia: w pewnych okresach nasila się, w innych słabnie, a wahania te nie zawsze można wytłumaczyć właściwościami wirusa lub wpływem znanych czynników klimatycznych, sezonowych czy meteorologicznych. Nasilenie wielu epidemii może występować zarówno zimą, jak i latem, toteż żadnych prawidłowych zależności od wymienionych czynników dla wielu chorób epidemicznych nie udało się ustalić, pomimo precyzyjnych obserwacji i masowych pomiarów.

Od dawien dawna istnieje pogląd, że w etiologii grypy ważną rolę odgrywają takie czynniki meteorologiczne, jak wahania temperatury, stopień wilgotności powietrza itd. Jednak jeszcze w XVI wieku wysunięto pogląd, który zachowuje swą moc także i dziś, iż epidemia grypy może wybuchnąć w każdej chwili, o ile zaistnieją różnorodne czynniki meteorologiczne. Z obliczeń Hirscha (Hirsch) wynika, że większość epidemii rozpoczęła się w okresie grudzień–luty, lecz tenże autor zwraca uwagę na to, że wiele epidemii, rozpoczętych zimą, trwa następnie wiosną i latem, obejmując w ten sposób inne pory roku, kiedy przestają działać czynniki, które miały miejsce zimą. To samo dotyczy epidemii cholery. Tak w Niemczech, jak i w niektórych miejscach Rosji cholera pojawiała się i nasilała czasem w najsurowsze zimy, kiedy — wydawałoby się — zaprzestają działać czynniki, które, jak się powszechnie uważa, sprzyjają rozwojowi cholery.

Całkowicie niewyjaśnione jest także, dlaczego w pewnych okresach dochodzi do przemiany sporadycznej lub endemicznej postaci choroby w epidemię lub wreszcie pandemię. Zjawisko to było szczególnie wyraźnie widoczne w epoce epidemii grypy w latach 1918–1919 w Australii, otoczonej kordonem sanitarnym. Znane są przypadki tzw. „epidemii okrętowych”, czyli epidemii wybuchających nagle na statku, który przez długi czas przebywał na otwartym morzu.

Wobec epidemii można postawić następujące pytania:

  • Czy w pewnych epokach zwiększa się żywotność tych czy innych bakterii?
  • Czy w tych samych epokach zmniejsza się odporność organizmu?
  • Czy zachodzi jednocześnie i powszechnie (w przypadku epidemii lub pandemii) jedno i drugie?

Z drugiej strony ustalono, że fala epidemiczna, przemieszczając się szerokim pasem, czasem oszczędza niektóre okolice, omijając je.

Jeśli jednak epidemia w końcu przeniknie na te tereny, rozwija się na nich dość powolnym tempem. Powstaje pytanie, czym uwarunkowane jest to dziwne zjawisko, które czasem ma miejsce, pomimo kontaktu mieszkańców z sąsiednimi regionami dotkniętymi silną formą epidemii? Specyficznymi właściwościami organizmów mieszkańców lub geofizycznymi czynnikami, które w taki czy inny sposób utrudniają rozwój bakterii właśnie na danym terenie? Tak więc epidemia może się pojawić, ale może też nie. Czas jej wystąpienia w medycynie pozostaje nieznany, nieznany jest również jej koniec. Epidemia może zatrzymać się na niewielkim obszarze, może rozprzestrzenić się na cały kraj, kontynent, przedostać się za ocean. Może przy najlepszych nawet warunkach sanitarnych pochłonąć wiele ofiar i przy całkowitym braku jakiejkolwiek wiedzy o higienie przebiegać zupełnie pomyślnie. Epidemia może szaleć, nie ustępując potężnym środkom obronnym, przenikać przez najstaranniej strzeżone granice i nagle, jakby bez żadnej przyczyny, po kilku wahaniach, które stopniowo gasną, całkowicie ustąpić. Powstające w ten sposób pytania należy uznać za całkowicie otwarte, przynajmniej w odniesieniu do większości chorób epidemicznych. Ich rozwiązanie, jak się wydaje, „wychodzi daleko poza obszar, w którym kompetentna jest współczesna medycyna”. Rzeczywiście, bardzo często zdarza się, że wbrew opinii lekarzy-bakteriologów i epidemiologów choroba 55 Rozdział III wybucha, kiedy zechce, i słabnie zupełnie niespodziewanie dla wszystkich. Zniknięcie, a następnie ponowne pojawienie się epidemii, zanik, a następnie pojawienie się mikroorganizmów w środowisku zewnętrznym, znaczne wahania zjadliwości drobnoustrojów zawsze kazały myśleć, że same chorobotwórcze mikroby stanowią materiał wybuchowy, gotowy zapłonąć od nikłej iskry, której rolę odgrywają nieznane siły kosmiczne w ciemnym procesie epidemicznym. Tak więc od dawien dawna jedną z najbardziej uderzających cech epidemicznego mechanizmu uznawano katastrofalno-żywiołowy charakter pojawienia się epidemii.

Wykluczeniem są jedynie przypadki okresowych zjawisk sezonowych, które znane były jeszcze za czasów Hipokratesa. Prawdopodobnie nie pomylimy się, twierdząc, że epidemiologii znane są jedynie bardzo nieliczne stałe (w czasie i przestrzeni) prawidłowości charakteryzujące przebieg tej czy innej epidemii. Można na przykład stwierdzić, że klęski społeczne, takie jak wojny, głód, towarzyszą rozwojowi tyfusowych epidemii. W granicach takich truizmów zwykle kończą się nasze wiadomości o związku między przebiegiem epidemii a zjawiskami w środowisku geofizycznym, biologicznym czy społecznym. Dopiero bardzo powoli nauka zdobywa wyobrażenie o pewnych stałych prawidłowościach w przebiegu i rozwoju chorób epidemicznych. Prawidłowości te najczęściej nie trafiają w pole widzenia specjalistów-epidemiologów, gdyż należą raczej do rzędu zjawisk fizycznych, a nie biologicznych, gdyż za zjawiskami biologicznymi uznajemy znaczną część autonomii. Właśnie w trakcie epidemii bardzo często spotykamy się z zjawiskami, których nie da się wyjaśnić z biologicznego punktu widzenia, jak na przykład nagłe i gwałtowne wybuchy, nagłe zaostrzenia chorób lub, przeciwnie, nagłe osłabienia i ustąpienia przy całkowitym zachowaniu wszystkich innych i tajemniczych. Próby wyjaśnienia tych istotnych zjawisk samodzielnymi zmianami w życiowych właściwościach czynnika chorobotwórczego, jak wiadomo, nie odniosły sukcesu. Jednocześnie z głębi wieków wzrastało przekonanie o potężnym wpływie fizyczno-chemicznego środowiska na całą tę kapryśną i dziwaczną grę wirusa. Rzeczywiście, cała masa zjawisk geofizycznych została wzięta pod uwagę przy badaniu związku między czynnikami zewnętrznymi a chorobami epidemicznymi. Dokładnie badając kwestię wpływu na nie ciśnienia atmosferycznego, stopnia jego wilgotności, wahań termicznych, zmian wysokości poziomu wód gruntowych itp., udało się jednak jedynie w pojedynczych przypadkach odnaleźć takie prawidłowości, które stale i powszechnie zachowywały swoją moc. W większości przypadków miało miejsce co następuje: podczas gdy w jednym miejscu zaobserwowano, że po spadku ciśnienia barometrycznego liczba zachorowań na daną epidemię wzrosła, w innym miejscu taki sam efekt następował przy wzroście ciśnienia. W jednym punkcie nadmierna suchość powietrza miała taki sam wpływ, jaki w innym – całkowite jego nasycenie parą wodną. Choroba często szerzy się i postępuje zarówno przy niskiej, jak i wysokiej temperaturze. Słowem, jeśli chodzi o wymienione powyżej zjawiska geofizyczne, wszystkie one ogólnie rzecz biorąc w etiologii choroby wykluczają się wzajemnie. Prawdą jest, że można by zaprzeczyć, iż gwałtowne zmiany w przebiegu któregokolwiek z tych czynników meteorologicznych mogą zakłócić trwałą fizyczno-chemiczną równowagę organizmu i tym samym, osłabiając go chwilowo, stworzyć grunt dla łatwiejszego przeniknięcia do organizmu czynnika chorobotwórczego. Rzeczywiście, zjawiska tego rodzaju obserwuje się często, co dało powód wielokrotnie wiązać ciśnienie atmosferyczne, wilgotność, temperaturę itp. z gwałtownymi skokami w liczbie zachorowań lub zgonów. Bez wątpienia gwałtowne zmiany któregokolwiek z elementów meteorologicznych mogą wywierać szkodliwy wpływ na organizm, zakłócając trwałą równowagę procesów fizyczno-chemicznych i tym samym pomagając osłabić siły oporu organizmu oraz sprzyjać 58 Rozdział III inwazji. Bez wątpienia dla człowieka najbardziej niebezpieczny jest jedynie moment następujący bezpośrednio po nagłej zmianie w przebiegu któregoś z elementów meteorologicznych. Następnie organizm zaczyna przystosowywać się do powstałej sytuacji fizycznej i przywraca zakłóconą równowagę dynamiczną. Można sądzić, że sprawcami takiego rodzaju fizycznych wstrząsów organizmu są nie same w sobie czynniki meteorologiczne, które stopniowo nasilają się lub słabną w swojej intensywności bądź działaniu, lecz wielkość skoku, wielkość przejścia od jednego stanu do drugiego. Tak więc, wiążąc wpływ danych zjawisk meteorologicznych na zachorowalność, być może popełniamy grubą pomyłkę, przypisując im tak wyjątkowy wpływ. Wpływ ten jest jedynie drugim decydującym dla niektórych organizmów impulsem. A pierwszy moment tkwi nie w nich. Istnieją pewne zjawiska meteorologiczne, geofizyczne i kosmiczne, jeszcze nam dokładnie nieznane, które stanowią główny dźwignię poruszającą epidemiczny mechanizm i wywołują wszystkie te efekty, które stawiają w ślepą uliczkę epidemiologów.

Jeszcze D. Arago (D. Arago, 1786–1853 r.) wysunął teorię wpływu czynników chemicznych środowiska powietrznego na pojawienie się epidemii cholery. Następnie M. Faraday (M. Faraday, 1791–1867 r.) bronił poglądu o wpływie na choroby cholery znanego stanu elektryczności atmosferycznej, która powoduje powstawanie ozonu. Wpływ atmosferycznego ozonu na choroby został specjalnie zbadany w Montpellier w okresie 1857–1858 r. Herapath starał się uzasadnić pogląd, że wzmocnienie ujemnego znaku pola elektrycznego atmosfery skłania do cholery. Natomiast Quetelet, wiążąc elektryczność atmosferyczną z chorobami cholery, uważał, że ich liczba wzrasta przy małym napięciu elektryczności atmosferycznej. Podczas epidemii cholery 1837–1838 r. wielu lekarzy przyczyną cholery uznawało zmiany w „elektryczności i magnetyzmie ziemi i powietrza”. Najpełniej po raz pierwszy jeszcze w 1848 r. rosyjski lekarz Giwartowski postawił problem związku między chorobami cholery a elektrycznością atmosferyczną na podstawie własnych obserwacji.

Poszukiwania tajemniczych związków 59

Girsh wskazuje, że dokładne obserwacje F. Schulze (F. Schultze, 1840–1921 r.), Voltoliniego (Voltolini), Wettego (Wette) i innych wykazały, że ozon 60

Ryc. 1. Napięcie pola elektrycznego atmosfery w różnych częściach kuli ziemskiej (krzywe 2–5), heliocentryczność (krzywa I) i ziemski magnetyzm (krzywa 6) według L. Bauera)

bierze niewytłumaczalny udział w powstawaniu cholery. Boekel w Strasburgu i Saintpierre w Montpellier w połowie ubiegłego wieku podjęli próbę wyjaśnienia kwestii wpływu ozonu poprzez obserwacje. Można tu zauważyć, że Fovau de Courmelles wskazywał na brak niektórych chorób na południu, stawiając tę okoliczność w zależności nie tyle od gorącego klimatu, co od napięcia elektryczności atmosferycznej i obecności ozonu3.

Ostatni, według jego opinii, ma odgrywać ogromną rolę w chorobach płuc jako silny środek antyseptyczny. Wreszcie, Lammont w Monachium już w latach 60. ubiegłego wieku jako jeden z pierwszych wskazał na możliwy związek między epidemią a perturbacjami w polu elektrycznym i magnetycznym Ziemi, które z kolei zależą od wpływu czynnika kosmicznego. Po okrutnych epidemiach, które miały miejsce w połowie ubiegłego stulecia, wielu rosyjskich i zagranicznych lekarzy doszło do wniosku, że podczas epidemii cholery ładunek elektryczny atmosfery miał głównie unipolarny charakter ujemnego znaku. Zatrzymując się na tym zjawisku, F. Inozemtsev pisał: “Za każdym razem wraz z pojawieniem się atmosferycznych burz widzieliśmy, że liczba chorych na cholerę dostarczanych do szpitali nagle znacznie wzrastała, a także liczba zgonów była większa niż przed pojawieniem się burzy. Ogólny dzienny wskaźnik zachorowalności i śmiertelności pokazuje to samo w dniach burz, gdyż wszędzie liczba nowych chorych i zmarłych była wyraźnie nieproporcjonalna do przebiegu epidemii – zwiększona”.

Inny rosyjski badacz, N. Skolowski, w 1908 r. wygłaszał referaty na temat roli zjawisk meteorologicznych, a w szczególności częściowo epidemii. Wreszcie u B. Mura (W. Moore), w wydaniu z 1886 r., znajdujemy odniesienie do plam na Słońcu, które, jak pisał Murr, według niektórych badaczy, mogą wywierać pewien wpływ na stan środowiska, sprzyjając rozwojowi epidemii.

Zasługuje na uwagę również okoliczność, zauważana wielokrotnie, że podczas panujących epidemii cholery nawet w tych krajach, które cholera oszczędziła, jednocześnie rozwijają się masowe ostre choroby żołądkowe. Zmiany niektórych konstytucjonalnych cech człowieka, skłaniające go do chorób określonego typu.

Dolna krzywa – to samo zjawisko w Lindenburgu. Różnica szerokości geograficznej Manili i Lindenburga wynosi 37° (według Bongardsa).

Rozdział III

Współcześni lekarze epidemiolodzy i bakteriolodzy. Tak na przykład A. Kraft (A. Craft, Chicago, 1919) dostrzega podobieństwo między grypą a chorobą kesonową i uważa, że pierwotne uszkodzenie organizmu wyrządza jakiś czynnik chemiczny, torujący drogę samej infekcji. Jeszcze bardziej stanowczą opinię wyraził K. Richter (C. Richter, San Francisco, 1921). Według niego tym czynnikiem chemicznym jest ozon. Obecność i zmniejszenie ilości ozonu Richter wiąże z cyklonami i antycyklonami. Pomysł Richtera jest echem wypowiedzi o naturze grypy Schonbeina (Schonbein), sformułowanej jeszcze na początku ubiegłego stulecia.

Podczas gdy wymienione powyżej czynniki meteorologiczne, takie jak temperatura, ciśnienie, wilgotność itd., ulegają stopniowym wahaniom i dają nawet w dwóch blisko położonych punktach różne wskazania z powodu złożoności ogólnego systemu ruchu mas powietrznych, istnieje niewielka grupa zjawisk, które jednocześnie obejmują ogromne obszary, zachowując swoją stałość na dużych terytoriach. Przykładem pierwszych mogą być perturbacje ziemskiego pola magnetycznego, które, jak wiadomo, jednocześnie mogą być obserwowane w wielu rejonach Ziemi. Zapisy burz magnetycznych otrzymane w różnych obserwatoriach, w swoich głównych szczegółach są całkowicie podobne. Przykładem drugiego jest stan pola elektrycznego atmosfery. Rozpatrzenie krzywych wahań elektryczności atmosferycznej otrzymanych w różnych miejscach pokazuje, że jednorodne wahania następują prawie jednocześnie w wielu od siebie oddalonych punktach. Można z pełnym przekonaniem patrzeć na przebieg elektryczności atmosferycznej w dowolnym punkcie Europy jako typowy dla całego kontynentu europejskiego w tym okresie.

H. Bongards (N. Bongards) przeprowadził jednoczesne obserwacje nad ilością emanacji radioaktywnych w Lindenburgu i Manili, przy czym otrzymał dla tych odległych od siebie miejsc absolutnie jednakową okresowość, równą 27–28 dniom. Porównując dane otrzymane w wymienionych dwóch punktach ze spektroheliogramami wapiennych chmur Słońca, Bongards wywiódł wniosek, że źródłem emanacji wykrytych w atmosferze Ziemi jest aktywność Słońca.

Rozdział IV

Wir burz Słońca

Zanim przejdziemy do rozpatrzenia zagadnienia o związku między epidemią a aktywnością Słońca, konieczne jest skupienie naszej uwagi na zjawiskach i naturze okresowej działalności Słońca. Bez tego rozpatrzenia pozostaną dla nas niezrozumiałe wszystkie te zjawiska, które rozgrywają się pod wpływem Słońca w polu elektrycznym i magnetycznym naszej atmosfery – a więc dokładnie w tym miejscu, w którym żyjemy. Zbyt wielki jest związek istot organicznych ze środowiskiem kosmiczno-tellurycznym, aby można było przemilczeć największy generator energii – Słońce ze wszystkimi jego podstawowymi cechami.

Pomimo że jeszcze w głębokiej starożytności człowiek intuicyjnie pojął czołową rolę Słońca w życiu naszego świata, nazwał je swoim bogiem, stworzył o nim najlepsze mity, legendy, baśnie i sagi oraz poświęcił mu najpiękniejsze świątynie, pomimo że już w czasach prehistorycznych w umysłach uczonych i filozofów, poczynając od nauki o Słońcu jako przyczynie wszystkiego istniejącego, nauka o Słońcu rozpoczęła się dopiero wówczas, gdy europejscy uczeni Fabricius (Fabricius), Scheiner (Scheiner), Galileusz (Galileo) oraz Harriot (Harriot) w latach 1610–1611 niezależnie od siebie rozpoczęli badania plam na powierzchni tego ciała niebieskiego. Po szeregu sporów, noszących raczej charakter teologiczny niż naukowy, istnienie plam zostało uznane za bezsporne i za nimi zostały ustanowione systematyczne obserwacje. Obserwacje te zapoczątkowały fizykę Słońca.

Już po dwóch latach, opierając się na danych o ruchu plam, Galileusz, a wraz z nim równocześnie Fabricius i Scheiner odkryli prędkość obrotu ciała słonecznego wokół własnej osi, określając pełny czas obiegu na 26–27 dni. Od tego czasu nieprzerwanie przez trzy stulecia setki wybitnych astronomów kierowały swoje spojrzenia na plamy słoneczne, aby wyjaśnić ich naturę.

Wir burz Słońca

Plamy są ogromnymi tworami, które w pewnych okresach stają się widoczne nieuzbrojonym okiem, co już w starożytności pozwalało chińskim kronikarzom odnotowywać plamy i budować różne przypuszczenia na ich temat. Grupy plam osiągają niekiedy kolosalne rozmiary liniowe, równe 250 tys. km, i pokrywają powierzchnie setek milionów kilometrów kwadratowych. Tak na przykład lutowa plama z 1917 r. miała około 250 tys. km. Okresy istnienia plam są równie różnorodne i kapryśne jak ich rozmiary. Bardzo często obserwuje się plamy, które żyją zaledwie kilka dni, aby zniknąć bez śladu, ale zdarzają się plamy, które utrzymują się przez trzy lub cztery obroty Słońca, czyli prawie trzy miesiące.

Jak wiadomo, jedno obrócenie Słońca wokół osi zajmuje około 27 dni (czas synodyczny obrotu). Zatem plama, która zachowuje swoją aktywność, przez 13,5 dnia przechodzi przez tarczę słoneczną, aby następnie na taki sam okres zniknąć z oczu obserwatora. Od momentu pojawienia się plamy zza brzegu Słońca do wejścia jej w płaszczyznę centralnego południka słonecznego mija około tygodnia. Warto jednak zaznaczyć, że terminy te nie są całkowicie dokładne, gdyż Słońce nie obraca się jak ciało stałe, którego wszystkie części poruszają się razem. Plama znajdująca się w strefie równikowej, pod warunkiem jej długiego istnienia, wykonuje pełny obrót wraz z Słońcem w ciągu 25 dni, podczas gdy plama powstała na szerokości 45° dokonuje pełnego obrotu w 27,5 dnia. Bliżej biegunów okres obrotu Słońca jest jeszcze dłuższy.

Zdumiewającą okolicznością jest to, że plamy nie tworzą się na wszystkich szerokościach geograficznych. Powstają one głównie w dwóch pasach położonych po obu stronach równika – mianowicie między 10° a 30° szerokości (są to tak zwane “królewskie szerokości”).

Na samym równiku plamy występują bardzo rzadko, rzadziej pojawiają się powyżej 35° szerokości geograficznej. Wzrost liczby plam pociąga za sobą rozszerzenie pasów, w których plamy są obserwowane. Już dawno zauważono, że liczba plam jest bardzo zmienna: zdarzają się lata, kiedy przez tarczę Słońca cały czas, jedna po drugiej, przechodzą plamy o dużych rozmiarach, i odwrotnie, czasami przez cały miesiąc udaje się zaobserwować zaledwie kilka małych plamek — od 5 do 10.

Zagłębcie się głębiej w astrologię

Darmowe kalkulatory, mapa urodzenia, Tarot online oraz inne narzędzia do samopoznania.

Udostępnij:

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Updating
  • Brak produktów w koszyku.